Ćwierć wieku przedostatniego dyktatora Europy


Alaksandra Łukaszenki można nie lubić i go krytykować, ale trudno nie docenić zupełnie wyjątkowej umiejętności trwania u władzy. Epoka Łukaszenki obchodzi właśnie dwudzieste piąte urodziny.

Ćwierć wieku temu 10 lipca 1994 r. Alaksandr Łukaszenka wygrał drugą turę wyborów prezydenckich. Zdobył 80 proc. poparcie. Bardzo polubił takie wyniki wyborów. Tak bardzo, że w kolejnych wyborach robił naprawdę wszystko, by nie były niższe. Nawet, jeśli „wszystko” oznaczało podeptanie zasad dopiero raczkującej na Białorusi demokracji. Albo rozjechanie opozycji. Dosłowne i fizyczne.

Alaksandr Łukaszenka pozuje do zdjęcia ze swoim idolem Fidelem Castro. Hawana, 2.09.2000. Zdjęcie: Jose Luis Magana/AP

Ale to było później. Wtedy, 25 lat temu zaczynało się całkiem normalnie, a nawet typowo, jak na tamten czas i tę część Europy. Oto młody, ambitny aparatczyk z prowincjonalnego Szkłowa zyskuje ogromną popularność w kraju umęczonym i wciąż zszokowanym upadkiem sowieckiej stabilizacji. Mówi coś o przywróceniu ZSRR. Krzyczy, że wszyscy kradną i że wyśle ich w Himalaje. Nobliwego Stanisława Szuszkiewicza oskarża o kradzież stu dolarów.

Zmęczonym korupcją i biedą Białorusinom ubrany w ortalionowy dres swojak z wąsami podoba się. Młody aparatczyk pokonał wtedy starego aparatczyka, Wiaczesława Kiebicza. W następnych latach do perfekcji udoskonalił model para-demokratycznej autokracji. To ten model skopiują po nim z różnym powodzeniem i własnymi usprawnieniami Władimir Putin, Leonid Kuczma i Wiktor Janukowycz.

Kremlowska nadzieja

W czasie kampanii wyborczej w 1994 r. Łukaszenka miał prosty przekaz: chce by było jak dawniej. Czyli, jak w ZSRR. Tego samego chciało większość Białorusinów. Ba, tego samego chciało większość Rosjan.

Kiedy już został prezydentem bardzo szybko przywrócił Związek przynajmniej symbolicznie. Po pełnym nadużyć referendum w 1995 r. pojawiła się czerwono-zielona flaga i godło przypominające symbol Białoruskiej SRR. Stopniowo wracały inne symbole, motywy, styl zarządzania państwem i retoryka. Z czasem nawet bardziej sowiecka, niż w ostatnich latach Związku.

12.04.1995: Koniec demokracji i początek dyktatorskich rządów Łukaszenki.

Symbolicznym i faktycznym początkim dyktatury na Białorusi było wprowadzenie wojska na teren parlamentu na osobisty rozkaz Łukaszenki

Opublikowany przez Biełsat po polsku Czwartek, 12 kwietnia 2018

W trzecim roku prezydentury Łukaszenka założył razem z Borysem Jelcynem ZBiR (Związek Białorusi i Rosji). Namiastki dawnego Związku nie tworzył jednak wyłącznie dlatego, że kierował się resentymentem, nostalgią, czy wyborczą pragmatyką (bo tego oczekiwali Białorusini). Myślał o Moskwie. Marzył o Kremlu.

Siedział na nim wtedy Borys Jelcyn. Coraz słabszy i walczący o przetrwanie wśród kremlowskich koterii. Jelcyn nie radził sobie z wojną w Czeczenii, z Ameryką, własnoręcznie wyhodowanymi oligarchami i dramatycznym spadkiem poziomu życia Rosjan. A Łukaszenka? Też sobie nie radził, ale umiał ładnie opowiadać, co trzeba zrobić. Jeździł po Rosji, intrygował z rosyjskimi komunistami, z merem Moskwy Jurijem Łużkowem, z Jewgienijem Primakowem. I całkiem poważnie marzył, że jeśli odbudują choćby mini-ZSRS, to on kiedyś będzie rządził na Kremlu.

Rachuby upadły, kiedy na Kreml wkroczył Władimir Putin. Młody wówczas pułkownik KGB/FSB sporo się nauczył od Łukaszenki, jeśli chodzi o wykorzystanie posowieckiej nostalgii. Grał nią subtelniej. Bardziej finezyjnie łącząc w swojej narracji o przyszłości tęsknotę za ZSRR z rosyjskim imperializmem.

Putin był przy tym bardziej brutalny. I nie wahał się dociskać i wykorzystywać Łukaszenkę. Z czasem to Putin wygrał pojedynek o rząd dusz. Rosyjski prezydent bezapelacyjnie jest dziś postrzegany przez Rosjan, ale i Białorusinów, jako spadkobierca, kontynuator i odnowiciel post-sowieckiego imperium. Co gorsze, dla Łukaszenki, dziś to Putin prze do budowy mini-ZSRR z Rosji i Białorusi. Tyle, że Łukaszenka nie ma w tym związku szans na pozycję lidera. Putin przewidział dla niego rolę wasala.

Przedostatni dyktator?

Alaksandr Łukaszenka i Władimir Putin. Za nimi Nursułtan Nazarbajew, były prezydent Kazachstanu. Zdjęcie: Mikhail Metzel/TASS

Statystyki w rankingu europejskich dyktatorów, pod względem stażu, dają Łukaszence mocną pozycję. Jeszcze nie lidera. Rządzą takie postacie, jak Francisco Franco (39 lat rządów), Antonio Salazar (36 lat), Josip Broz Tito (35 lat), czy wreszcie Józef Stalin (31 lat). Białoruski prezydent ze swoim ćwierćwieczem ma jeszcze kilka lat, by wejść do ścisłej czołówki.

Długo nazywano go ostatnim dyktatorem Europy. Ale ostatnio jakby mniej i rzadziej. Najpierw w Europie pojawiły się nadzieje, że może z „ostatnim dyktatorem” da się dogadać. Dostał propozycję współpracy od Brukseli. Powstało Partnerstwo Wschodnie. Przez chwilę o dyktaturze było jakby ciszej. Wystarczyło, żeby w swojej ulubionej grze w dwa ognie między Europą i Rosją Łukaszenka znowu zwrócił się na wschód i w 2010 r. spacyfikował brutalnie powyborcze protesty opozycji, by znowu był dyktatorem. Ale już parę lat później okazało się, że nie takim ostatnim.

Na wschodzie wyrósł mu konkurent. Władimir Putin skopiował od Łukaszenki, udoskonalił i nadał rozmachu instrumentarium autorytarnego państwa policyjnego z demokratyczną fasadą. Na wojnach w Gruzji i na Ukrainie przekonał Europę, że nie jest tylko jakimś tam malowanym dyktatorem zdolnym do wysyłania OMON-u na liberałów z transparentami. I, że jego autorytaryzm to nie tylko fałszowane wybory i propaganda w telewizji. Putin zaczął stosować przemoc w relacjach międzynarodowych.

Gdzie Łukaszence do Putina? Nigdy nikogo przecież nie najechał. Nie groził armią. A wojny w Donbasie sam się przestraszył. Dziś to Putin jest ostatnim i najgroźniejszym dyktatorem Europy. Tym, który realnie wpływa, również na tendencje populistyczne i autorytarne w samej Europie. Zdetronizował Łukaszenkę. I sprawia, że nie wiadomo, czy po obchodzonym dziś ćwierćwieczu rządów Alaksandr Łukaszenka doczeka się kolejnych rocznic i wyprzedzi choćby Stalina i Tito w rankingu.

“Będę żył wiecznie”. Co siedzi w głowach dyktatorów i ich dzieci?

Michał Kacewicz/belsat.eu

Zobacz też
Komentarze