„Chcemy przetrwać i pozostać na wolności”. Jak białoruscy uchodźcy szukają schronienia w Polsce

Od początku powyborczych represji do Polski wyjechało już ponad 150 Białorusinów, by tu ubiegać się o azyl polityczny. Boją się, że w ojczyźnie będą prześladowane za przekonania polityczne i surowo karane za udział w pokojowych protestach. Wielu z nich przebywa obecnie w obozach dla uchodźców, ponieważ bez znajomości języka i bez środków do życia nie mają gdzie się podziać. W tej trudnej sytuacji Białorusinom pomagają wolontariusze i ich rodacy, którzy na stałe mieszkają w Polsce. Dziennikarze Belsat.eu odwiedzili dwa obozy dla uchodźców w Białej Podlaskiej i rozmawiali o warunkach życia z tymi, którzy muszą się ukrywać przed reżimem Łukaszenki za granicą.

Białorusini są teraz rozproszeni po całej Polsce. Większość z nich, około 50 osób, przebywa obecnie w obozach w Białej Podlaskiej, mieście położonym w pobliżu granicy polsko-białoruskiej. Ze względu na trudną sytuację epidemiologiczną, każdy, kto przybył do Polski w celu ubiegania się o azyl, musi odbyć 10-dniową kwarantannę w miejscu zorganizowanym we własnym zakresie lub, jeśli nie ma takiej możliwości, w określonym przez straż graniczną ośrodku. Nasi rozmówcy odbyli już kwarantannę i mogą swobodnie wychodzić poza teren obozu.

Ośrodek dla cudzoziemców w Białej Podlaskiej. 9 października 2020 r. Zdj. Jana Prakopczyk/belsat.eu

Ihar

Ihar W., aktywista z Nowopołocka z 19-letnim doświadczeniem i członek Białoruskiej Partii Socjaldemokratycznej „Hramada”, wraz z żoną Natalią i małą córeczką przyjechał do Polski z Ukrainy na początku września. Ihar jako jeden z pierwszych poprosił państwo polskie o ochronę. Teraz jego rodzina mieszka w Horbowie, dawnym przydrożnym kompleksie hotelowym, który polskie władze wykupiły i przekształciły w ośrodek dla uchodźców. Wcześniej zamieszkiwali go głównie Czeczeni i Ukraińcy, jednak teraz większość stanowią Białorusini.

Ihar opowiada historię swojej ucieczki i przybycia do Polski:

– Byłem jednym z pierwszych zatrzymanych 9 sierpnia. Czekaliśmy na wyniki głosowania w jednym z lokali wyborczych. Milicjanci przyszli, by nas stamtąd nas przegonić. Wyraziłem swoje niezadowolenie, po czym sześciu mundurowych zaciągnęło mnie do milicyjnej więźniarki na oczach mojej córki i żony. Za „chuligaństwo i opór wobec milicji” dostałem 10 dni aresztu. Odsiedziałem 5 dni, bo 14 sierpnia moi koledzy z rafinerii „Naftan-Palimir”, gdzie pracowałem, zaczęli strajkować. Tak na marginesie, to nie lokalni milicjanci nas pobili, oni byli w szoku. Zostaliśmy tak potraktowani przez witebskich funkcjonariuszy. Później wielu miejscowych odeszło ze służby.

Ihar i Natalla – uchodźcy polityczni z Białorusi – trafili do ośrodka w Białej Podlaskiej. 9 października 2020 r. Zdj. Jana Prakopczyk/belsat.eu

Po aresztowaniu Ihar rozpoczął śledztwo na własną rękę. Odszukał trzy osoby, których krewni brali udział w protestach, a później zmarli i ich ciała znaleziono w dziwnych okolicznościach.

– Wiadomo, że wyszli na protest, ale okoliczności ich zgonu zostały zatajone i oficjalnie jako przyczynę podano śmierć naturalną. Zacząłem zbierać dowody. Jeden ze znajomych milicjantów ostrzegł mnie, bym przestał węszyć, bo będę ścigany za znieważenie funkcjonariuszy. Wtedy dla własnego bezpieczeństwa postanowiłem wyjechać.

Miejscowa fundacja pomaga uchodźcom, dostarczając im jedzenie i odzież. 9 października 2020 r. Zdj. Jana Prakopczyk/belsat.eu

Wkrótce Ihar został wpisany na listę poszukiwanych. Do tego czasu rodzinie udało się wyjechać na Ukrainę, a stamtąd przyjechali do Polski.

– Tylko ja miałem wizę. Jechaliśmy zwykłym autobusem rejsowym. Nie chcieli nas zabrać, ale miejscowi wyjaśnili sytuację, zgodzili się zabrać nas do granicy. Bardzo pomocna była również ukraińska straż graniczna: skontaktowali się z Polakami, powiedzieli, że Białorusini szukają azylu i chcą przyjechać, byli dla nas dobrzy. Posadzili nas w autobusie.

Rodzinę czekał długi wywiad i 8 godzin na granicy, po czym została zabrana do ośrodka w Białej Podlaskiej przy ulicy Dokudowskiej. To miejsce, gdzie można poddać się kwarantannie i wykonać niezbędne testy. Po spełnieniu tych formalności można opuścić ośrodek i mieszkać samodzielnie lub pozostać tam i czekać na wywiad. Rodzina Ihara nie posiadała wystarczających środków finansowych, by opuścić ośrodek, więc została przeniesiona do Horbowa.

Dziennikarze zrobili zakupy dla uchodźców z Białorusi. 9 października 2020 r. Zdj. Jana Prakopczyk/belsat.eu

– Teraz są tu głównie rodziny z małymi dziećmi. Młodzi ludzie przenoszą się do prywatnych mieszkań. Oczywiście, my też o tym myśleliśmy, ale wynajęcie mieszkania jest bardzo drogie, a jako uchodźcy nie możemy pracować – wyjaśnia Ihar.

Oszczędności wystarczyłyby może na miesiąc, ale nie dłużej. A jak tu wyjechać nie mając niczego?

– Oczywiście, chcemy opuścić obóz i żyć swobodnie. Białorusini nie lubią być u kogoś na garnuszku, żyć za darmo. Chcemy pracować, zdjąć ciężar utrzymania nas z państwa polskiego. Zaapelowaliśmy do burmistrzów, napisaliśmy do biura Morawieckiego o rozważenie zmian w ustawie. Na przykład w Sopocie władze mają rozważyć przyznanie mieszkań socjalnych uchodźcom, którzy czekają na decyzję w swojej sprawie.

Wspólne zdjęcie mieszkańców ośrodka, którzy zgodzili się z nami porozmawiać. Zdj. Jana Prakopczyk/belsat.eu

Bardzo pomagają lokalni aktywiści i białoruska diaspora. Tutaj Ihar poznał Pawła, Białorusina, który mieszka w Polsce od 13 lat. Biznesmen oddał swój samochód na potrzeby mieszkańców ośrodków. Wspiera również programy wolontariatu i pomaga ludziom, którym nie są obojętne losy Białorusinów.

Ośrodek nie jest miejscem przystosowanym do odbywania w nim kwarantanny. Jak mówi Ihar, nie było tam papieru toaletowego, szamponu i innych środków higieny. Warunki sanitarne nie prezentują się najlepiej: są tu myszy, karaluchy. Polacy nie spodziewali się tak wielu Białorusinów, więc zwrócili się o pomoc do Kościoła – wyjaśnia nasz rozmówca.

Klapki nr 40 i papier toaletowy – mówi przez telefon wolontariusz Paweł. Sam kupuje rzeczy potrzebne uchodźcom. Zdj. Jana Prakopczyk/belsat.eu

– Ogólnie rzecz biorąc, Polacy traktują nas dobrze, chcą nam pomóc, ale administracja nie przewidziała kwarantanny. Nic nie dostaliśmy, nie wliczono tego do budżetu. Pisałem, gdzie tylko mogłem, wszedłem na czat mieszkańców Białej Podlaskiej, znalazłem Pawła. Nie wiedział, że tu jesteśmy, ale tego samego dnia dostaliśmy papier i zestaw produktów higienicznych. Później dostaliśmy nawet karty SIM, dzięki czemu mogliśmy złapać kontakt ze światem zewnętrznym. Postawiono trutki na myszy, a administracja zaczęła działać.

Ihar zauważa, że Polacy bardzo troszczą się o dzieci. Jego córkę natychmiast zapisano do szkoły. Na terenie obozu znajduje się przedszkole, po szkole dzieci przebywają tam z nauczycielką. Na terenie obozu znajduje się stołówka, która działa od poniedziałku do czwartku. Od piątku do niedzieli mieszkańcy dostają prowiant – ziemniaki, mięso i warzywa. Dostają również jednorazowy dodatek w wysokości 140 złotych i dodatkowo 70 zł na drobne wydatki. Białorusini otrzymują również bezpłatną opiekę medyczną.

Jednak rodzina nie wie, jaka przyszłość czeka ich w Polsce.

– Nie znamy przebiegu swoich praw. Czujemy strach, dezorientację, nie ustalono dla nas terminu wywiadu, nikt się z nami nie skontaktował. Nie wiemy, czy możemy tu zostać.


Ihar

Ihar L. – były funkcjonariusz Komitetu Śledczego obwodu grodzieńskiego, prowadził śledztwa w sprawach szczególnie ważnych. Próbowano wciągnąć go w fabrykowanie spraw przeciwko niewinnym ludziom, którzy uczestniczyli w protestach. Otwarcie sprzeciwił się przemocy i nagrał apel do ministra spraw wewnętrznych Juryja Karajewa, w którym nazwał go człowiekiem bez honoru i sumienia w związku usprawiedliwianiem działań podwładnych. Milicjant został zwolniony i był prześladowany, wywierano presję na jego ojca.

Ihar z przybył do Polski wraz z pierwszą falą Białorusinów, którzy starali się o uzyskanie azylu politycznego. On i jego żona oraz dwoje małych dzieci przeszli przez ośrodek na ulicy Dokudowskiej, a po 10 dniach kwarantanny zostali przeniesieni do Horbowa.

Były funkcjonariusz Komitetu Śledczego z Grodna mieszka teraz w ośrodku dla uchodźców. Zdj. Jana Prakopczyk/belsat.eu

Twierdzi, że mógł opuścić kraj tylko drogą powietrzną.

– To była szybka decyzja: nabyliśmy bilet wieczorem, a wyjechaliśmy rano. Nie chcieli nas wypuścić, chociaż mamy wizy humanitarne na 3 miesiące. Pytali, co zamierzamy robić w Polsce. Później dowiedziałem się o przeszukaniach w moim biurze, może do domu również przyszli. Nie utrzymuję kontaktu z moimi byłymi współpracownikami.

Mężczyzna przyznaje, że gdyby posiadał środki na samodzielne życie i przeczekanie, nie ubiegałby się o azyl.

Ośrodek w Białej Podlaskiej. Zdj. Jana Prakopczyk/belsat.eu

– Wprowadzilibyśmy się do wynajętego mieszkania, ale nie możemy pracować na przebywając tu na podstawie wizy humanitarnej. Pomoc udzielana przez Polskę uchodźcom nie wystarczy na wynajęcie mieszkania. Im większa rodzina, tym mniej pieniędzy przypada na osobę. Na przykład dla naszej czteroosobowej rodziny jest to 1500 złotych.

Ihar mówi, że do ostatniej chwili wahał się, jechać czy nie, ale 27 sierpnia jego ojciec został wezwany na przesłuchanie. Ihar wyjechał następnego dnia.

– Jako pierwsi przylecieliśmy samolotem. Straż graniczna nie wiedziała, co z nami zrobić. Przyjechali ludzie, którzy przeprowadzali wywiady, pobrali odciski palców, kazali nam przyjechać do Białej Podlaskiej w ciągu dwóch dni. Sami szukaliśmy sposobu, żeby się tam dostać. 28 sierpnia było tam około 10 Białorusinów.

Najbliższy przystanek autobusowy. Zdj. Jana Prakopczyk/belsat.eu

Jak twierdzi Ihar, Białorusini przyjeżdżają codziennie. Wiele osób nie chce dzielić się swoimi historiami i nie nawiązuje szczególnego kontaktu.

– Przyjeżdżają różni ludzie. Był na przykład mężczyzna, który przepłynął Bug. Przywieziono go w spodniach i klapkach, bez koszuli. Szukali na granicy dziury, przez którą się wymknął, ale jej nie znaleźli. Ludzie nie biorą ze sobą rzeczy, są nieprzygotowani. Myślę, że wielu „szczęściarzy” nie jest w żaden sposób związanych z protestami.

Ihar opowiedział nam o warunkach zakwaterowania. W pokoju, w którym mieszka, znajdują się dwie kanapy, stół, dwa krzesła, jest łazienka i jedna kuchnia na piętro. Samotne osoby mieszkają w pokojach dla 3-4 osób.

Ośrodek w Białej Podlaskiej. Zdj. Jana Prakopczyk/belsat.eu

– Wydają śniadanie i obiad, a potem robisz co chcesz. Są darmowe kursy języka polskiego, ale nie spodziewano się tak wielu Białorusinów. Na każdego przypada jedna lekcja.

Ihar jest jedyną w obozie osobą z prawem jazdy. Jeździ więc po artykuły spożywcze dla osób objętych kwarantanną. Wkrótce rodzina przeniesie się do prywatnego mieszkania, gdzie również będą pracować jako wolontariusze.

– Nie jestem imigrantem ekonomicznym. Nie chciałem wykonywać rozkazów wymierzonych przeciwko ludziom, więc wylądowałem tutaj. Służyłem z godnością, nie wstydzę się swojej pracy. Zrezygnowałem z 3-pokojowego mieszkania i nowego samochodu. Chcę wrócić do domu. Polacy wiedzą, że jeśli uchodźcy będą mogli podjąć pracę, to zacznie przybywać znacznie więcej osób. Wielu nie chce ubiegać się o status uchodźcy, tylko przeczekać obecną sytuację, dlatego chcemy otrzymać pozwolenie na pracę.


Alaksandr

Mieszkaniec Pińska, Alaksandr, przybył do Polski 25 września na podstawie wizy humanitarnej. W swoim rodzinnym mieście pracował w prywatnej firmie rolniczej, a za swoje poglądy polityczne został zwolniony jeszcze przed wyborami. Podczas kampanii wyborczej zbierał podpisy dla Swiatłany Cichanouskiej. Mężczyźnie grożono, co zmusiło go do przeniesienia się do Mińska, a tam brał udział w protestach i marszach.

Mieszkańcy ośrodka w Białej Podlaskiej. Zdj. Jana Prakopczyk/belsat.eu

Alaksandra śledziły służby, tajniacy dyżurowali obok jego mieszkania. Pewnego dnia całą dobę podążał za nim milicyjny bus, a dzień później chłopak postanowił uciec przez okno sąsiadów na parterze.

Udało mu się uzyskać wizę humanitarną i po przylocie na lotnisko w Warszawie został wysłany na kwarantannę. Musiał ją odbyć we własnym zakresie. Chłopak mówi, że nie wyjaśniono mu, że Straż Graniczna mogła go od razu wysłać do ośrodka dla uchodźców.

– Nie wiedzieli, co ze mną zrobić. Zapytali, czy mam gdzie odbyć kwarantannę, pokazałem im rezerwację z booking.com. To był błąd, bo w tym hostelu i tak by mnie nie przyjęli, nie było tam do tego warunków. Zostałem na ulicy w środku Warszawy z wyłączonym telefonem i bez żadnych kontaktów. Nikt nie chciał mnie poddać kwarantannie. Ktoś na czacie w Telegramie podpowiedział mi, gdzie spędzić te 10 dni, wydałem prawie wszystkie swoje pieniądze.

Ośrodek w Białej Podlaskiej. 9 października 2020 r. Zdj. Jana Prakopczyk/belsat.eu

Po kwarantannie Alaksandr udał się na ulicę Taborową w Warszawie, gdzie znajduje się Wydział do Spraw Cudzoziemców, ale jego dokumenty nie zostały przyjęte.

– Kiedy przyszedłem złożyć wniosek o status uchodźcy, kazali mi czekać. Jak powiedzieli „ich jest mało, a nas cała masa”. Musiałem wynająć pokój na jeszcze dwa dni. Kiedy udało mi się złożyć dokumenty, wysłano mnie do Białej Podlaskiej, na ulicę Dokudowską. Tutaj musiałem przejść badania lekarskie i zrobić testy.

Dziennikarze zrobili zakupy dla uchodźców z Białorusi. 9 października 2020 r. Zdj. Jana Prakopczyk/belsat.eu
Wolontariusz Paweł pomaga uchodźcom we wszystkim: od robienia im zakupów po poszukiwanie pracy. 9 października 2020 r. Zdj. Jana Prakopczyk/belsat.eu

Do ośrodka w tym samym dniu z Alaksandrem przybyło jeszcze siedmiu Białorusinów, ale nie chcieli rozmawiać z dziennikarzami. Chłopak nie ukrywa swojej twarzy, ponieważ jest pewien, że białoruskie służby specjalne wiedzą o jego ucieczce.

Warunki w ośrodku na Dokudowskiej są dość skromne: pokoje 20-metrowe dla 8-12 osób, przy ścianach stoją dwupiętrowe łóżka. Wychodzić można od 7:00 do 23:00. Ośrodek jest otwarty, można być nieobecnym przez 48 godzin. Jest tu telewizor, Wi-Fi, stadion z miejscem do ćwiczeń. Podobnie jak innym, nie wydano mu papieru toaletowego i środków higieny.

Uchodźcom brakuje czasem podstawowych rzeczy – jak np. papieru toaletowego. 9 października 2020 r. Zdj. Jana Prakopczyk/belsat.eu

– Pierwszej nocy nie dostałem nawet pościeli. Spałem w tym, w czym przyjechałem. Trzeba zrozumieć, że uciekamy i nie mamy nawet pantofli. Jestem weganinem. Z suchego prowiantu, który nam dali, mogłem zjeść tylko ciastka i sok. W jadalni dali mi naleśniki z twarogiem, których nie mogę jeść. Na śniadanie – jabłko, kilogram chleba i kawałeczek masła. Ale jestem zadowolony, bo później mnie wysłuchali i na kolację dali mi raz sałatkę ze szpinakiem i oliwkami.

Ośrodek w Białej Podlaskiej. 9 października 2020 r. Zdj. Jana Prakopczyk/belsat.eu

Po ośrodku na Dokudowskiej, również Alaksandr został wysłany do Horbowa. Tutaj dzieli pokój z dwoma innymi Białorusinami.

– Pokój mierzy kilka metrów, na podłodze są materace. Nie jest komfortowo, nie ma szafy. Są tam dwa krzesła i trzy materace, a między nimi wąskie przejście na balkon. Nie wiem, jak można tu mieszkać przez pół roku. Przeprowadzka była dużym rozczarowaniem. Zanim przyjechałem, w moim łóżku była mysz, zabita. Warunki nie zachęcają do pozostania tutaj, ale jak mam przenieść się do prywatnego mieszkania?

– Obok drogi niedaleko jest sklep z dużym asortymentem, ale za pieniądze, które dostaję nie da się przeżyć, wynająć mieszkania. Nielegalna praca grozi deportacją. W ciągu tego tygodnia, od kiedy mieszkam w Horbowie, przybyło tu kilkunastu Białorusinów. Ale 70 proc. wynajmuje prywatne mieszkania. Nie wiem, czy Polska jest naprawdę przygotowana na taki napływ Białorusinów.

Kilkoro Białorusinów wyszło do dziennikarzy, aby porozmawiać z nimi o swoim życiu w ośrodku. 9 października 2020 r. Zdj. Jana Prakopczyk/belsat.eu

Chłopak opowiada o pomocy wolontariuszy z Białegostoku, Warszawy, Białej Podlaskiej. Jak mówi, uchodźcom w obozach przekazywane jest wiele rzeczy ze zbiórek, ale tylko jedna trzecia z nadaje się do użytku, reszta jest do wyrzucenia.

– Ludzie nie są gotowi na zimno, przyjeżdżają bez zimowych rzeczy. Najbardziej potrzebne są środki higieny, witaminy. Przez stres zaczęły mi wypadać włosy, mam problemy ze skórą. Banalne patyczki do uszu, domowe drobiazgi, które są w każdym domu. Trzeba zrozumieć, że jesteśmy tu bez niczego. Takie małe rzeczy poprawiłyby nasze samopoczucie.

Wolontariusze przywożą Białorusinom odzież i obuwie, ale nie wszystkie rozmiary pasują. Mieszkańcy ośrodka wystawiają zbędne rzeczy przy śmietniku – może przydadzą się bezdomnym? 9 października 2020 r. Zdj. Jana Prakopczyk/belsat.eu

Teraz Alaksandr czeka na główny wywiad, termin rozmowy nie został jeszcze wyznaczony.


Alaksandr

Wśród Białorusinów, którzy mieszkają w dawnym hotelu, jest jeszcze jeden Alaksandr. Mężczyzna przybył do Polski 7 września przez przejście graniczne w Bruzgach. Musiał przekroczyć granicę na rowerze, bo pieszo Straż Graniczna go nie przepuściła.

– Przyjechałem na granicę z dwiema torbami. Powiedzieli mi, że nie mogę przejść, muszę przejechać, bo zgodnie z zasadami, nie można wypuszczać ludzi bez pojazdu. Autobusy nie zabierają Białorusinów bez wizy, grozi za to 3000 euro grzywny. Znalazłem rozwiązanie: we wsi obok kupiłem od starszej pani rower i na nim przekroczyłem granicę. Natychmiast powiedziałem Polakom, że się oddaję w ich ręce i proszę o międzynarodową ochronę.

Mężczyzna został poturbowany podczas zatrzymania 10 sierpnia w Mińsku. Zachował kopię wyjaśnień złożonych w Komitecie Śledczym. Biała Podlaska, 9 października 2020 r. Zdj. Jana Prakopczyk/belsat.eu

Alaksandra zatrzymano 10 sierpnia na ulicy Puszkińskiej, kiedy wracał do domu ze sklepu.

– Wyszedłem z metra i poczułem się jak na wojnie. Wybuchy, strzały, nieśli człowieka bez nogi. Byłem w szoku. Wepchnęli mnie do milicyjnego busa i zaczęli bić. Tłumaczenie, że nie brałem w niczym udziału, było be sensu.

Wolontariusz Paweł wozi w samochodowym schowku białoruską biało-czerwono-białą flagę. W Warszawie często bierze udział w demonstracjach i akcjach wsparcia dla Białorusinów. Biała Podlaska, 9 października. Zdj. Jana Prakopczyk/belsat.eu

Jak mówi mężczyzna, był torturowany przez trzy dni w areszcie na ul. Akreścina. Czwartego dnia został przeniesiony do żeńskiego ośrodka odwykowego w Słucku.

– Kobiety wywieźli, a zamknęli tam ludzi z aresztu. Dostałem 15 dni. Zmuszaili mnie do podpisania fałszywego oświadczenia. Odmówiłem. Milicjant przycisnął moją głowę do stołu, uderzył pałką w stół i powiedział: „Jeśli tego nie podpiszesz, rozwalę ci głowę”. Gdy UE zaczęła domagać się uwolnienia ludzi, wypuścili nas, żądając podpisania kawałka papieru, na którym przyznajemy się do winy i żałujemy. Wiedziałem, że jeśli tego nie podpiszę nie wyjdę, nie wyjdę i nie zrobię obdukcji.

Biała Podlaska, 9 października 2020 r. Zdj. Jana Prakopczyk/belsat.eu

16 sierpnia Alaksandr udał się do Komitetu Śledczego ze skargą, ale nie chcieli go przyjąć.

– Po złożeniu przeze mnie skargi, przez długi czas nie było żadnej reakcji. Pewnego dnia stałem na przystanku, czekałem na autobus, podszedł do mnie dobrze zbudowany mężczyzna i powiedział: „Jeśli nie dasz sobie spokoju znajdziemy cię powieszonego w lesie”.

Niektórzy uchodźcy przyjechali w klapkach. Brakuje im ciepłego obuwia i odzieży. Biała Podlaska, 9 października 2020 r. Zdj. Jana Prakopczyk/belsat.eu

Alaksandr również przebywa w ośrodku w Horbowie. Nie ma możliwości, żeby przenieść się do prywatnego mieszkania. Mówi, że nie jest przygotowany na zimno.

– Nie mam kurtki zimowej i spodni do chodzenia po domu. Uciekłem, zapewniano nas, że nam pomogą, że wszystko będzie dobrze, a teraz krążą pogłoski, że wiele ludzi dostaje odmowy. Nie wiemy, co będzie dalej.


Lizawieta i Alaksandr

Lizawieta i Alaksandr pochodzą z Mohylewa, pracowali w branży IT i marketingu w Mińsku, wynajmowali mieszkanie. 9 sierpnia poszli na powyborcze protesty i oboje trafili do aresztu na ulicy Akreścina. Para została zatrzymana na Placu Zwycięstwa. Lizawieta odsiedziała w areszcie pięć dni, Alaksandr – trzy.

Zakupy dla białoruskich uchodźców. Biała Podlaska, 9 października 2020 r. Zdj. Jana Prakopczyk/belsat.eu

– Bili nas wszędzie. Milicjanci zmusili nas do przeczołgania się na kolanach wzdłuż ogrodzenia i wciąż nas bili. Rozbierali nas do naga, zmuszali do klęczenia i bili. Jako jeden z pierwszych trafiłem do aresztu na Akreścina. Torturowali ludzi pod drzwiami naszej celi. Słyszeliśmy płacz, jęki, a potem ciszę, jak gdyby ludzie umierali. Ale nie pobili nas milicjanci, którzy tam pracowali, tylko funkcjonariusze OMON-u. Milicjanci sami płakali widząc, co robi OMON.

Para wyjechała do Polski bez wiz 2 września. Zabrali dokumenty, wyłączyli karty SIM i zamknęli konta bankowe. Jak sami zauważyli, „całkowicie się wyzerowały”. Busem dojechali do przejścia granicznego w Bobrownikach, wyszli na przystanek i pieszo przeszli do granicy. Trzeci samochód się zatrzymał. Alaksandr powiedział kierowcy, że jadą do Polski i poprosił tylko o przewiezienie ich na polską stronę.

Białorusini kontaktują się ze sobą głównie poprzez komunikator Telegram. W samochodzie Pawła zawsze leżą drzewca do flag. 9 października 2020 r. Zdj. Jana Prakopczyk/belsat.eu

– Wysadził nas na granicy, zgłosiliśmy się do polskich pograniczników. O 16:00 rozpoczęliśmy procedurę, o 2:00 w nocy ją zakończyliśmy. Zabrano nas do Białegostoku do lekarza, a stamtąd Straż Graniczna zabrała nas na kwarantannę do ośrodka na Dokudowskiej. Nie wiedzieliśmy nic o kwarantannie, nie wiedzieliśmy, że będziemy musieli siedzieć w zamkniętym pomieszczeniu przez 10 dni. Kto zabiera papier toaletowy podczas ucieczki? Wielu nie miało nawet mydła. Dziesięć dni później, dali nam wyniki testów, zabrali nas do Horbowa. Stamtąd udaliśmy się do prywatnego mieszkania.

Para mieszka obecnie w Krakowie, wynajmuje mieszkanie na podstawie tymczasowych dokumentów, które są wydawane zamiast paszportu. Funkcjonariusze byli w mieszkaniu matki Alaksandra w Mohylewie, gdzie był zameldowany. Mężczyzna twierdzi, że prześladowania zaczęły się po tym, jak poszedł złożyć skargę do Komitetu Śledczego i innych instancji.

Ośrodek w Białej Podlaskiej, 9 października 2020 r. Zdj. Jana Prakopczyk/belsat.eu

– Zaczęły się pogłoski, że ci, którzy złożyli skargę do Komitetu Śledczego, zostali po raz drugi zamknięci w więzieniu. Wiem, że moich kolegów z celi ponownie aresztowano za wniesienie skargi. Boimy się, że pójdziemy do więzienia i już nie wyjdziemy. To dla nich nie problem aresztować kogoś na kolejną dobę, wystarczy wyjść i przejść kilka metrów. Kazali mi podpisać dokument, że jeśli zostanę zauważony gdzieś na proteście, zostanie wszczęta sprawa karna. Baliśmy się wyjść do sklepu.

Alaksandr i Lizawieta przyjechali do Białej Podlaskiej na wywiad. Teraz muszą poczekać na decyzję w swojej sprawie.

– Procedura udzielenia azylu trwa do sześciu miesięcy. Jeżeli w tym czasie sytuacja na Białorusi ulegnie zmianie, możemy wrócić na Białoruś. Boimy się, że otrzymamy odmowę, że zostaniemy deportowani na Białoruś, gdzie grozi nam więzienie za to, że mamy odmienne poglądy. Nie wiadomo, czy dostaniemy pozwolenie na legalny pobyt. Chcemy przetrwać i pozostać na wolności.

Jak dotąd nie ma oficjalnych statystyk dotyczących tego, ilu Białorusinów ubiegało się o azyl polityczny w Polsce. 6 września szef Kancelarii Premiera RP Michał Dworczyk oświadczył, że ponad 100 osób złożyło w Polsce wniosek o azyl polityczny. 20 września członek opozycyjnej Rady Koordynacyjnej Paweł Łatuszka, oświadczył, że w Polsce jest już około 500 białoruskich uchodźców. Dla porównania, jak podaje organizacja „Dapamoha” (Pomoc), na Litwie jest jest ich około 300.

Daria Kuraczkina, ksz/ belsat.eu

Wiadomości