Boże Narodzenie w imperium ateizmu. Wspomnienia ze wschodniej Białorusi

Choć dziś białoruscy katolicy mogą swobodnie obchodzić Boże Narodzenie, wciąż żyją osoby, które ryzykowały wszystkim, by w ich rodzinie przetrwała wiara przodków. Z takimi niezwykłymi kobietami rozmawiał Zmicier Łupacz, korespondent Biełsatu z Głębokiego.

Niezorientowanemu czytelnikowi może się wydawać, że rzymskokatolicy na Białorusi mieszkają tylko na zachodzie, na tych terenach, które przed wojną należały do ​​II Rzeczypospolitej. Wschód natomiast zamieszkują albo prawosławni lub ateiści.

Arcybiskup Kondrusiewicz: „Białoruś to moja ojczyzna, to moja ziemia!”

Rzeczywiście, większość mieszka na zachodzie kraju, ale są też tacy, którzy mieszkają na wschodzie. Kościoły rzymskokatolickie znajdują się także we wszystkich rejonach diecezji witebskiej na północnym wschodzie kraju. Co prawda, żartują księża, katolicyzm jest tutaj importowany. Oznacza to, że parafię tworzą ludzie, którzy kiedyś przenieśli się tu z zachodnich obwodów kraju.

Są też na terenie wschodniej Białorusi miejsca, które pomimo prześladowań władz sowieckich zachowały wiarę katolicką i przechowały ją do naszych czasów. Prześladowania były bardzo dotkliwe, i już w drugiej połowie XX wieku na wschodzie Białorusi nie było ani jednego (!) funkcjonującego kościoła.

Kościół w miasteczku Ułła obecnie. W czasach radzieckich pozbawiono go wież. Zdjęcie: Zmicier Łupacz/belsat.eu

Jednym z takich obszarów, gdzie przetrwała wiara katolicka, były wsie wokół Ułły, agromiasteczko w rejonie bieszenkowickim obwodu witebskiego Białorusi. Ułła znajduje się na lewym brzegu Dźwiny, w miejscu, gdzie wpływa do niej rzeka Ułła. Natomiast większość ludności rzymskokatolickiej mieszka na prawym brzegu, w Mikołajewie, Kardonie i mniejszych wsiach.

Wieś Mikołajów (biał. Mikałajewa, Мікалаева) w Polsce może być znana z tego, że 26 czerwca 1941 r. strażnicy NKWD rozstrzelali tam kolumnę więźniów z Berezwecza pędzonych na wschód. Zginęło tu, wg. różnych szacunków, od 714 do 1773 niewinnych osób.

Mikołajów, pomnik na grobie rozstrzelanych więźniów z Berezwecza. Zdjęcie: Zmicier Łupacz/belsat.eu

Natomiast mało znanym faktem jest, że w Mikołajowie mieszkała i nadal mieszka ludność w większości katolicka. Ci ludzie nie stracili wiary, w dużej mierze dzięki aktywnym kobietom, które pod nieobecności księży potrafiły ją zachować.

Jedną z takich kobiet była Agata Litowka. Odbudowywała ona kaplicę na cmentarzu, dwa razy w roku odwoziła intencje mieszkańców wioski do kościołów na Łotwie, a nawet chrzciła dzieci pod nieobecność księdza.

Rozmawiamy z jej córką Fainą Bizunową o tym, jak w ich wiosce w czasach radzieckich obchodzono Boże Narodzenie, po białorusku nazywane Kaladami.

Faina Bizunowa. Zdjęcie: Zmicier Łupacz/belsat.eu

– Wtedy zimy nie były takie jak teraz. Było dużo śniegu i mróz. Na Kalady wszyscy zbierali się w jednym domu. Z racji tego, że mieliśmy duży dom, zwykle wszyscy zbierali się u nas. Było dużo młodych ludzi, ponieważ ludzie na wsi mieli dużo dzieci. Ja, na przykład, byłam ostatnim, trzynastym dzieckiem moich rodziców.

Pani Faina wspomina, że ​​przed Kaladami zawsze gotowano kutię. Robiono ją z kaszy jęczmiennej (pęczaku), bo innych krup wtedy nie było. A nawet te były domowej produkcji – kaszowniki zastępowały domowe żarna.

Tata pani Fainy zawsze przynosił siano na stół. A jej matka, Agata Litowka, jeździła do Indry lub Kraslawy po opłatek. Było to już terytorium Łotwy, która również była częścią Związku Radzieckiego, ale religia była tam mniej prześladowana.

– Wtedy nie mieliśmy ani kościołów, ani księży. Kościół w Ulle został zniszczony. W Mikołajowie była kaplica, ale została spalona, ​​władze radzieckie ją zniszczyły – opowiada pani Faina. – Dlatego wieczorne nabożeństwo odbywało się w naszym domu. Było wówczas bardzo dużo ludzi. Mój tata był stolarzem i robił ławki, żeby ludzie mogli usiąść podczas nabożeństwa.

Wspomnienie z katolickiej wsi. Boże Narodzenie na Białorusi 50 lat temu

Nawiasem mówiąc, kaplicę w Mikołajowie jej matka wraz z mieszkańcami wsi odbudowywała trzykrotnie: w 1976, 1979 i 1981 r. Były palone przez miejscowych członków Komsomołu. Ostatnia, czwarta kaplica jest murowana, a ludzie modlą się w niej do dziś.

– Moja matka dostawała 18 rubli sowieckich emerytury. 15 rubli oddawała na budowę kaplicy, a tylko 3 zatrzymywała dla siebie – mówi pani Faina.

Kościół w Ulle na początku XX wieku. Zdjęcie: radzima.org

Po modlitwie i kolacji rozpoczynała się prawdziwa celebracja. Zebrani świętowali Boże Narodzenie i składali sobie świąteczne życzenia.

– Nasza młodzież, jak wszędzie na Białorusi, wróżyła – opowiada pani Faina. – Dziewczyny najbardziej to kochały. Przytulali się do ogrodzenia z zamkniętymi oczami i jeśli liczba przytulonych sztachet była parzysta, oznaczało to, że dziewczyna wyjdzie za mąż w przyszłym roku. Wrzucałyśmy też na dach filcowy walonek lub kalosz: strona, którą wskazał, oznaczała kierunek w jakim dziewczyna wyjdzie za mąż.

Teraz Faina Bizunowa jest chora, jej dzieci zabrały ją do Witebska. Jak wcześniej jej matka, kobieta jest w Mikołajowie liderem parafialnym: organizuje modlitwy, dba o porządek na cmentarzu, zbiera fundusze na remont kościoła w Ulle i Mikołajowie, opiekuje się pomnikiem poległych więźniów z Berezwecza.

Kolejną kobietą, z którą rozmawiamy o Świętach jest 83-letnia Zoja Bulach z wioski Kardon (biał. Кардон).

Zoja Bulach. Kardon, 2018 r. Zdjęcie: Zmicier Łupacz/belsat.eu

Wieś należy do parafii w Mikołajewie, ale znajduje się tam osobna kaplica pod wezwaniem Matki Boskiej Budsławskiej. Kaplica ta powstała w dużej mierze dzięki staraniom pani Zoi.

Kiedyś w pobliżu kaplicy stał krzyż. Ale kilka lat temu złoczyńcy ścieli go w nocy. I wtedy, dzięki Pani Zoi, pojawił się tu nowy, 6-metrowy dębowy krzyż.

Pani Zoja wspomina też, że zimy były niegdyś śnieżne i mroźne. Nie było kościołów ani księży, a ludzie modlili się w jednym domu. Dzielili się niewielkim opłatkiem, który Agata Litowka przywoziła z kościoła na Łotwie. Każdy przychodził z własnym daniem.

– Nie było nikogo, kto by mógł poświęcić wodę, dlatego do wody święconej dolewaliśmy zwykłej i z takiej korzystaliśmy – wspomina pani Zoja.

Po modlitwie ludzie śpiewali kolędy, kolędowali i składali życzenia sąsiadom. Zwykle wszyscy gromadzili się na modlitwę w domu pani Zoi. Mieszkańcy wsi żartobliwie nazywali go “krasnym ugolkiem”, czerwonym kątem – tak komuniści nazywali pokoje agitacyjne w fabrykach i kołchozach. Pani Zoja powiedziała nam, że teraz często modli się sama w kaplicy.

Rozmawiając z wiernymi ze wschodu, zdajesz sobie sprawę, że święta Bożego Narodzenia były pod wieloma względami podobne do naszych na zachodzie. Kiedy jednak na zachodzie rodziny świętowały Wigilię osobno, wierni ze wschodu zbierali się razem całą wiejską społecznością. Być może w ten sposób łatwiej było przetrwać w czasach prześladowań religijnych.

Czerwone pisanki. Jak tępiono i jak świętowano Wielkanoc w ZSRR

Zmicier Łupacz, belsat.eu

Wiadomości