Borys Niemcow zginął, patrząc na Kreml

Michał
Kacewicz
dziennikarz

To niemożliwe, przecież rano z nim rozmawiałem – to była pierwsza myśl, kiedy wieczorem 27 lutego 2015 r. usłyszałem, że zabili Borysa Niemcowa. Druga była taka, że miał rację: Rosja zmierza w kierunku katastrofy, skoro kogoś takiego, jak on zabija się pod murami Kremla.

Pięć lat temu 27 lutego był piątek. Poprzedniego dnia po południu, po długich staraniach udało mi się porozmawiać z Borysem Niemcowem, namówić go na wywiad dla Newsweeka. Nie pierwszy raz z nim rozmawiałem, bo kiedyś spotykałem się z nim i Nikitą Biełychem w Moskwie.

Miał swoje, nieco władcze nawyki. Miał duże ego. I trudny charakter. Było to widać i czuć w pierwszej minucie rozmowy.

Dlatego wcale się nie zdziwiłem, kiedy w pewnym momencie, po zadanym kolejnym pytaniu Niemcow rzucił krótko: to tyle, na teraz koniec, właśnie wchodzę na spotkanie, nie mogę dalej rozmawiać, proszę próbować jutro.

Był człowiekiem opozycji, ale i człowiekiem władzy. Jedynym, spośród tych prawdziwych przeciwników Władimira Putina, którzy zasmakowali prawdziwej władzy. Dlatego był tak groźny.

Otrzaskany z kremlowskimi realiami. Ludzie ze starej, jelcynowskiej ekipy byli z nim na telefon. Tak, pił wino w dobrych knajpach z Ksenią Sobczak i Aleksiejem Nawalnym. Ale i Siergiejem Kirijenką, Anatolijem Czubajsem. A może i, o zgrozo, z co ważniejszymi „czekistami” z dworu Putina.

Niemcowowi się nie odmawiało. Lubił żyć. Dobre knajpy, ładne dziewczyny. Wszyscy w Moskwie wiedzieli, że imprezy z nim są fajne.

Był w opozycji, ale i zbyt długo ustawiał pionki na kremlowskiej szachownicy, jako jeden z architektów polityki Jelcyna, by można go było ignorować.

Do tego cieszył się szacunkiem za granicą. Dużo większym, niż Michaił Chodorkowski, który co prawda wycierpiał swoje w łagrach, ale jego gra była nieczytelna, a oligarchiczna przeszłość ciążąca.

Był słuchany za granicą, bo jego oceny nie były wyłącznie z perspektywy ulicznych manifestacji, jak te rzucane przez Nawalnego. On po prostu czuł puls kremlowskiej elity władzy i znał tych ludzi. A jednocześnie nie chciał takiej Rosji. Wtedy mówił mi, że Rosja Putina zacznie przypominać faszystowską dyktaturę. Z rządami jednej partii, jednym wodzem, ideologią i militaryzacją. Pięć lat temu Kreml wciąż triumfował po zajęciu Krymu. Choć pojawiały się rysy: sankcje zaczęły spowalniać gospodarkę, wojna w Donbasie pochłaniać coraz więcej cichych ofiar.

Niemcow to wszystko widział i był przekonany, że Rosja pod rządami Putina zmierza ku katastrofie. Takiej rozłożonej na raty, ale na koniec tragicznej. I groźnej dla całego świata.

Następnego dnia, w piątek rano, spytałem telefonicznie o nadzieję. Był przekonany, że kiedy Rosjanie przejrzą na oczy, zobaczą absurd rządowej propagandy. Nie miał jednak złudzeń, uważał, że zaczadzenie kłamstwami z mediów jest ogromne, że trudno będzie zjednoczyć i nadać siły osłabionej i rozbitej opozycji. Nie mówił, jak pretendent do bycia jej liderem.

Troska Niemcowa o demokratyczną Rosję była dużo głębsza i wykraczająca poza osobiste ambicje. Choć jak mało kto, na takiego lidera się nadawał. Tak się jednak nie stało.

Po rozmowie ze mną poszedł na wywiad do Echa Moskwy. Ja swój spisałem, odesłałem do redakcji. Dostałem zredagowaną wersję. Wyłączyłem się z internetowo-medialnego nasłuchu. Późnym wieczorem telefon z redakcji Newsweeka. Niemcowa zabili. – Ale jak to? Niemożliwe, dzisiaj z nim rozmawiałem. W takie rzeczy trudno uwierzyć, nawet jak się wie, że w Rosji z kimś takim jak on może się zdarzyć wszystko, w każdej chwili. Potem telefony z telewizji, radia, Amerykanie, Brytyjczycy – i tak całą noc.

Świat patrzył na ten most z widokiem na Kreml. Tam gdzie ktoś strzelił mu sześć razy w plecy i głowę.

Zastanawiał się kim była jego partnerka, kto mógł zabić. Później, za każdym razem, kiedy byłem w Moskwie szedłem na ten most. Popatrzyć na te kwiaty składane przez mieszkańców Moskwy. Na tych śmieciarzy w asyście policji bezceremonialnie usuwających bukiety i rzucających je do śmieciarki. Po chwili i tak pojawiały się nowe. I widok na Kreml. Z perspektywy tego miejsca. Wyjątkowo złowroga perspektywa.

Michał Kacewicz/belsat.eu

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów