Witalij Portnikow Bolton i nowa Rzeczpospolita — czego Kreml nie zapomni Łukaszence


W Warszawie z doradcą Donalda Trumpa spotkali się przedstawiciele Polski, Ukrainy i Białorusi. Źródło: twitter.com/AmbJohnBolton

Fotografię, na której doradca prezydenta USA ds. bezpieczeństwa narodowego John Bolton pozuje z szefami rad bezpieczeństwa Białorusi, Polski i Ukrainy jeden z rosyjskich kanałów komunikatora Telegram określił buńczucznie mianem „łuku atlantyckiego”.

Szef białoruskiego MSZ komentuje wizytę doradcy Trumpa na Białorusi

Określenie bardziej niż dziwne, jeżeli ma się w pamięci, że w spotkaniu uczestniczył też sekretarz rady bezpieczeństwa Białorusi – kraju wchodzącego w skład ODKB (sojusz wojskowy pod kuratelą Rosji, powstały jako przeciwwaga dla NATO – Belsat.eu). Niemniej jednak nie można odmówić Johnowi Boltnowi geopolitycznej fantazji.

Po wizytach w Mińsku i Kijowie nie miał palącej konieczności spotykania się w Warszawie z sekretarzami rad bezpieczeństwa z Białorusi i Ukrainy. Bowiem i tak odbył pogłębione rozmowy z pierwszymi osobami w tych krajach: Alaksandrem Łukaszenką i Wołodymirem Zełeńskim, a w razie konieczności mógł sobie pozwolić na dodatkowe konsultacje z szefostwem rad bezpieczeństwa. W Warszawie mógł ograniczyć się do rozmowy jedynie z szefem polskiego BBN.

„Rozpocząć relacje od nowa”. Propozycja Łukaszenki dla Amerykanów

Nie mniej jednak Bolton wybrał inny format – zebrania za jednym stołem i na jednej fotografii przedstawicieli: Polski – członkini NATO, Ukrainy, która do członkostwa w NATO dąży i Białorusi wchodzącej w skład ODKB.

Nie wyzwanie rzucone Kremlowi a pogarda wobec Rosji

W taki sposób zademonstrował, że na wschodzie Europy może powstać zupełnie inna strefa bezpieczeństwa – nie jako dodatek do Moskwy, a „stara Rzeczpospolita” (dla całościowego obrazu brakowało tu jedynie przedstawiciela Litwy). Pokazał, że Białorusin Stanisław Zaś, który w 2020 r. stanie się generalnym sekretarzem ODKB, może omawiać kwestie bezpieczeństwa swojego kraju w towarzystwie ważnego amerykańskiego polityka i szefów rad bezpieczeństwa sąsiednich krajów.

Warszawa: Białoruś zaproszona do rozmów o regionalnym bezpieczeństwie

To nawet trudno nazwać wyzwaniem rzuconym Kremlowi. To pogarda wobec Rosji i jej wyobrażeń o swoich interesach geopolitycznych. Owszem, trójstronne spotkanie w formacie USA-Polska-Ukraina nikogo w Moskwie szczególnie by nie zdziwiło, a co najwyżej wywołałoby westchnięcie na temat polityki zagranicznej nowego prezydenta Ukrainy. Ale Białoruś?!

Długo tego Łukaszence nie zapomną

Wiadomo, że takie spotkanie nie mogło się odbyć bez osobistego błogosławieństwa Alaksandra Łukaszenki. Białoruski prezydent doskonale rozumiał, na jakie rozmowy wysyła swojego sekretarza rady bezpieczeństwa. Rozumiał, że to może mieć daleko idące następstwa dla rosyjsko-białoruskich relacji. I dlatego, że w Moskwie również doskonale rozumieją, do czego w rzeczywistości doszło w Warszawie. I tego Łukaszence długo nie zapomną. Nie chodzi nawet o wizytę w Mińsku, to pretensja o udział w geopolityce w jej amerykańskim rozumieniu.

Ważne jest też to, że w tym amerykańskim rozumieniu geopolityki – przynajmniej jeżeli chodzi o administrację prezydenta – kwestie demokracji i praw człowieka schodzą na dalszy plan, wobec kwestii lojalności i gotowości na liczenie się z narodowymi interesami USA. W tym sensie polityka zagraniczna Donalda Trumpa zaczyna coraz bardziej przypominać politykę zagraniczną Richarda Nixona i jego zbliżenie z Chinami, niż politykę zagraniczną Billa Clintona czy Baracka Obamy. A to z kolei zmienia rozkład sił na przestrzeni postsowieckiej.

Może się bowiem okazać, że nie trzeba być wielkim liberałem i demokratą, żeby współpracować z USA. I odwieczny problem, że jeżeli demokratą nie jesteś i nie szanujesz praw człowieka, to możesz mieć do czynienia jedynie z Moskwą – przestaje być kłopotem. I teraz najważniejszy dla ciebie jest Trump i jego zrozumienie interesów USA, a nie demokracja.

Witalij Portnikow, ukraiński dziennikarz i publicysta dla belsat.eu

Inne teksty autora:

Opinia autora może nie zgadzać się ze stanowiskiem redakcji.

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Zobacz też
Komentarze