Bili do nieprzytomności i grozili porzuceniem przy masowych grobach. Relacja ofiary białoruskiej milicji

29-letni elektrotechnik Juryj Szafranski został zatrzymany po niedzielnym marszu 27 września w pobliżu stacji metra Uruczcza. Kilku zamaskowanych mężczyzn napadło na niego i pobiło do utraty przytomności, a następnie napastnicy wylali mu na twarz wiadro zimnej wody. Przewieziono go do aresztu przy ulicy Akreścina przemoczonego i zakrwawionego. Żona wraz z dzieckiem bezskutecznie szukała męża przez trzy dni. Juryj opowiedział o 15-dniowym pobycie w areszcie i o tym, jak mundurowi znęcają się nad protestującymi.

Mieszkaniec Mińska Juryj Szafranski wracał do domu z niedzielnego protestu 27 września. Mężczyzna został schwytany w dzielnicy Uruczcza, do której dotarła kolumna marszu. Około 19:00 demonstranci zaczęli się rozchodzić. Juryj szedł w stronę McDonald’s, gdy zza jego pleców zaczęły dobiegać krzyki, że trzeba uciekać. Spojrzał za siebie i dwieście metrów dalej dostrzegł biegnących z lasu w jego kierunku mężczyzn z pałkami. Rzucił się do ucieczki, ale został powalony na ziemię przez zamaskowanych funkcjonariuszy OMON-u, którzy wyskoczyli z milicyjnego busa przejeżdżającego obok.

Juryj Szafranski. Zdjęcie z prywatnego archiwum

Juryj twierdzi, że nie stawiał oporu i prosił, by go nie bić, ale mundurowi nie słuchali. Funkcjonariusze skrępowali mu ręce i zaprowadzili do busa. Razem z Juryjem zatrzymano wtedy jeszcze dwóch innych mężczyzn, którzy szli z tyłu.

– Bus jeździł po okolicy jakieś 40 minut i zabierał ze sobą najbardziej pobitych mężczyzn: niektórzy mieli rozbite głowy, był ktoś z naderwanym uchem, albo z pękniętą błoną bębenkową. Nikomu nie okazano opieki medycznej. W busie było w sumie osiem osób, wszystkich nas przewieziono do komendy milicji dzielnicy Centralny Rajon.

W busie funkcjonariusze OMON-u nie przestawali znęcać się nad zatrzymanymi. Położyli Juryja na podłodze i bili po twarzy i głowie. Znaleźli jego telefon i zażądali, by podał hasło, ale jak mówi Juryj, zaparł się i milczał. Kolejne ciosy spowodowały u niego utratę przytomności.

Protesty na Białorusi. Wrzesień 2020 r. Zdjęcie: Lesia Pczołka

O tym, co się z nim działo, dowiedział się dopiero później od świadków. Mundurowi próbowali go ocucić amoniakiem, położyli nogi na klatce piersiowej, bili go po twarzy i genitaliach, zagrozili, że zrobią lewatywę i wyrzucą go pod Kuropatami – lasem, w którym NKWD rozstrzelało dziesiątki tysięcy osób. Bicie nie poskutkowało powrotem Juryja do przytomności i funkcjonariusze skupili się na innych zatrzymanych.

Komenda dzielnicy Centralny Rajon

Osiem osób, w tym Juryja, przywieziono na komisariat dzielnicy Centralnyj Rajon. Kiedy wyciągano mężczyznę z busa, wylano mu na twarz wiadro zimnej wody, po czym odzyskał przytomność. Milicjanci byli pewni, że udawał, więc znowu zaczęli go bić.

– Krzyczeli, że niby ich oszukuję. Mocno mnie pobili, nogi odmówiły mi posłuszeństwa, a oni mnie ciągnęli, zmuszali, żebym szedł, powiedzieli, że będzie gorzej.

Zatrzymanie innego więźnia z celi Juryja

Na komisariacie Juryja postawiono pod ścianą, a obok na podłogę rzucono telefon. Spisano zeznania od wszystkich zatrzymanych. Śledczy napisał w protokole, że Juryj brał udział w nielegalnym marszu i stawiał opór funkcjonariuszom organów ścigania. Jak mówi nasz rozmówca, pozwolono mu jedynie nie zgodzić się z protokołem.

– Nie zgodziłem się z zarzutami, prosiłem, żeby wpisać, że zostałem pobity. Powiedzieli mi, żebym się nie wykręcał, bo mnie wyprowadzą i znowu dostanę. Napisałem, że nie zgadzam się z protokołem.

Areszt przy Akreścina

Całą ósemkę zawieziono do aresztu śledczego na ulicy Akreścina. Proces odbył się następnego dnia, mężczyźni dostali po 15 dni aresztu. Bardzo liczyli na przeniesienie do innego więzienia, w którym warunki mogłyby być lepsze, jednak pozostali w areszcie śledczym. Tutaj mężczyźni byli przetrzymywani w dwóch pojedynczych celach o wymiarach 1,5 na 3 metry – po cztery osoby w każdej.

Juryj do aresztu trafił przemoczony. Był tam też ktoś w szortach i koszulce. I tak trzeba było przetrwać 10 dni. Mówiąc o szczegółach warunków panujących w areszcie, Juryj zdradza, że pobyt tam stał się zupełnie nie do zniesienia, kiedy dołączył do nich bezdomny.

Omonowiec pozwał niezależny białoruski portal za “szkalowanie jego honoru”

W celach stale świeciło jasne światło. W kranie i w toalecie nie było wody, odchody pozwolono zmyć dopiero następnego dnia – przyniesiono do tego celu wiadro z wodą. Łóżko przytwierdzone do ściany celi nie zostało opuszczane przez cały okres kary, więc trzeba było spać na gołym betonie.

– Wszyscy byli bardzo zmarznięci, jeden ze skazanych odmroził sobie nerki, nie było w co wydmuchać nosa, bo nie dostali nawet papieru toaletowego – wspomina Juryj.

Więźniowie zwrócili się o pomoc do więziennego lekarza, ale medyk odmówił.

– Pytał o dolegliwości zdrowotne. Kto powiedział, że stracił przytomność, ktoś zmarzł na betonie, kogoś mdliło, ktoś miał rozciętą głowę i krwawił. Powiedział nam, że to nie są dolegliwości.

Naszemu rozmówcy zapadła w pamięć postawa strażników, którzy nie odpowiadali na żadne z żądań lub skarg.

– Poprosiliśmy ich o jakieś koce, na co odpowiedzieli: nie wolno wam. Paczki z zewnątrz składali przy drzwiach celi tak, żebyśmy mogli je zobaczyć, ale nie dawali ich nam. Rano wyprowadzano nas na przeszukanie, leżało tam mnóstwo przesyłek z ciepłymi rzeczami, ale „wam nie wolno”.

Bezdomnych wymieniali, jeden z nich popuścił, zabrali go do mycia, przyprowadzili nowego. Do celi wlali wiadro roztworu chloru, a kałuża stała przez pół dnia.

– Bali się sami do nas przyjść, bo smród pozostał. Nie było okna, nie wiedzieliśmy, kiedy jest dzień czy noc. Orientowaliśmy się w czasie dzięki wydawaniu posiłków. Przynajmniej karmili normalnie.

„Marsz Honoru”. Mińsk, 11 października 2020 r. Zdjecie: Natalia Fedosenko/TASS/Frum

Więzienie w Baranowiczach

Po dziesięciu dniach w areszcie przy Akreścina wszyscy zostali przewiezieni do zakładu karnego w Baranowiczach. Jak mówi Juryj, pospiesznie obudzono ich przed śniadaniem, oddano poniszczone przesyłki, które cały ten czas leżały pod drzwiami celi i wsadzono wszystkich do milicyjnych więźniarek. Nie dostali informacji, dokąd ich zabierają. O tym, że zostali przewiezieni do Baranowicz, dowiedzieli się od naczelnika więzienia już na miejscu.

Pierwszego dnia, według naszego rozmówcy, warunki były akceptowalne: była możliwość umycia się, w celi można było zapalić, przesyłki miały być dostarczane codziennie. Dali papier, długopisy, krzyżówki, zabrali na spacer. Jednak następnego dnia na kontrolę przyjechała delegacja ze stolicy.

– Powiedziano nam tylko, że to poważna kontrola z Mińska, że trzeba wyznaczyć dyżurnego celi. I tyle, następnego dnia wszystko się zmieniło. Zabrali długopisy, zakazali palenia, leżenia i siedzenia na materacach. Przestali gasić światła. Przesyłki tylko w czwartki. Jedynym plusem było to, że dalej wychodziliśmy na spacery, czasem po 10 minut, czasem pozwalali nawet 40 minut. No i przynajmniej dało się spuścić wodę w toalecie, a w kranie była zimna woda.

Ukryli to przed rodzinami, żeby nie było skarg

Przed aresztowaniem mężczyźni się nie znali. Juryj zauważa, że podczas zatrzymania funkcjonariusze OMON-u nazywali ich „kryminalistami, którzy poszli napadać na ich żony”. Twierdzi, że tak długi wyrok wynika z poważnych obrażeń, spowodowanych przez mundurowych. Mężczyzna uważa, że zostali osadzeni w areszcie na 15 dni, by rany zdążyły się zagoić.

– W ciągu 15 dni wszystko się zagoiło. Mieliśmy siniaki od pałek, ale one też zeszły.

Nasz rozmówca zauważa również, że celowo ukrywano ich przed rodzinami. Żonie Jurija, Wieranice, udało się go odnaleźć dopiero po procesie. Przez trzy dni kobieta obdzwaniała komisariaty i więzienia, ale nigdzie nie otrzymała żadnych informacji.

– Po pierwsze, naszym rodzinom nie udzielono informacji, gdzie i kiedy odbędzie się proces. Nasi bliscy dzwonili do wszystkich instancji i byli stale odprawiani z kwitkiem. Mówiono, że nie mogą udzielić żadnych informacji przez telefon, więc trzeba stawić się na miejscu. Stawiali się osobiście i dostawali informację, że nas tu nie ma, że jesteśmy gdzieś indziej. W końcu jeden z krewnych zadzwonił na komisariat dzielnicy Frunzienski Rajon, gdzie byliśmy sądzeni. Powiedziano im, że dostaliśmy 15 dni, i rozłączyli się.

W czasie pobytu w więzieniu w Baranowiczach Juryj, a także inni więźniowie nie otrzymali żadnych dokumentów, poza wydrukiem metody płatności za pośrednictwem systemu „Razlik”. Nie ma jednak żadnych pieczątek ani podpisów, a także informacji o tym, ile i gdzie należy zapłacić za pobyt w areszcie i zakładzie karnym.

Teraz Juryj jest na zwolnieniu lekarskim – ma katar, kaszel i zapalenie nerek spowodowane ich wychłodzeniem nerki. Mężczyzna najbardziej martwił się o swoją żonę Wierę i pięcioletnią córkę Nadzieję, które niczego nie mogły się dowiedzieć i przeżywały wielki stres.

– Moja żona nie jest na mnie zła. Bardzo się martwiła, ale rozumie wszystko. Okazuje solidarność – mówi Juryj.

  • Protesty na Białorusi trwają od 9 sierpnia. W tym czasie zatrzymano ponad 16 tys. osób, wiele z nich pobito, niektórych zgwałcono, a co najmniej 6 osób zginęło. Już prawie 1000 uczestników demonstracji usłyszało zarzuty karne.
  • Białoruskie organizacje praw człowieka uznały 102 osoby za więźniów politycznych.

„Ludzie są gotowi protestować cały rok”. Socjolog o przyszłości protestów

DR, ksz/ belsat.eu

Wiadomości