Bić się z policją, czy manifestować pokojowo?

Michał
Kacewicz
dziennikarz

Kremlowska propaganda grzmi, że Aleksiej Nawalny robi „rewolucję” według przepisu zachodnich służb. Wbrew tym oskarżeniom sobotnie protesty były tak bardzo spontaniczne, że ich uczestnicy dziś spierają się co robić dalej: bić się z policją, jak na Ukrainie, czy stawiać bierny opór, jak na Białorusi.

Tuż po sobotnich protestach w Rosji karierę zrobił filmik, na którym młody chłopak sam jeden rzuca się na szpaler OMON-owców. Nie zważając na razy pałkami zapamiętale wymierza ciosy i kopniaki w opancerzonych, ubranych w kaski i ciężkie kamizelki policjantów. Ci są wyraźnie w szoku, cofają się, a kiedy napierają do przodu, pozostali demonstranci biorą chłopaka w obronę.

Chłopak nie kryje twarzy. Przeciwnie, w pewnym momencie swojej szarży, odrzuca kaptur, odsłaniając się całkowicie. I ułatwiając identyfikację. Ta zresztą nastąpiła dość szybko. To student stołecznej uczelni MGU, dwudziestoletni Czeczen Said-Muhammad Dżumajew. Policja jeszcze go nie znalazła, ale pewne jest, że schwytanie kogoś, kto tak ośmieszył OMON, funkcjonariusze postawią sobie za punkt honoru.

Jego odważna szarża na OMON-owców wywołała zachwyt w Rosji i na całym świecie. Ale i wściekłość władz. Zaapelował już do niego czeczeński przywódca Ramzan Kadyrow. A właściwie zagroził Dżumajewowi, mówiąc, że albo wyjaśni z nim jakie ma pretensje do rosyjskich władz, albo w Czeczenii będą wiedzieli, jak go potraktować.

Śmiała walka uliczna młodego Czeczena wywołała też gorącą dyskusję po stronie rosyjskiej opozycji, aktywistów i uczestników protestów. Czy warto walczyć, jak Dżumajew? Czy może biernie demonstrować i nie stawiać oporu, jak Białorusini?

Wyrwać pałkę

W mediach społecznościowych rozgorzały dyskusje. M.in. pod podawanym dalej filmikiem z walką młodego Czeczena Sasza Syrnikow, dziennikarz związany z opozycyjnymi mediami Michaiła Chodorkowskiego napisał, że ma wątpliwości, czy to dobra taktyka – walka na pięści z policją.

– Po co takie coś publikować, żeby pomóc śledczym z policji zidentyfikować człowieka – oburzał się Ilia Jaszyn, jeden z liderów opozycji i współpracownik Aleksieja Nawalnego, pijąc do załączonego pod wpisem Syrnikowa filmiku.

Syrnikow z kolei wściekł się, że Jaszyn zarzuca mu kolaborację z policją. W gorącej dyskusji wielu aktywistów uznało, że ostre starcie z policją było niepotrzebne. A nawet, że to mogła być celowa prowokacja. Do podobnej sytuacji doszło również w Petersburgu, kiedy demonstranci otoczyli odział OMON-u i zmusili go do wycofania się. Pojedyncze, śmiałe akcje oporu, czy też brawurowe ucieczki zatrzymanych już demonstrantów, miały miejsce w różnych miastach, m.in. w Chabarowsku, czy Ułan Ude.

Po pierwszym dniu masowej akcji protestu w całej Rosji, widać było, że rosyjskie manifestacje różnią się od białoruskich. Tymczasem w dyskusjach aktywistów pojawiają się zarówno głosy radykalne. Np. takie, z instrukcjami, jak walczyć z OMONem (chwytać za pałki, wykręcać ręce, wyciągać ze szpaleru pojedynczych policjantów, nie uderzać w kaski i korpus).

Ale są też takie głosy, że taktyka walk ulicznych doprowadzi do użycia przez siły bezpieczeństwa środków takich jak gaz, polewaczki, granaty hukowe, a nawet broń na gumową i ostrą amunicję. Jednym słowem – dojdzie do rozlewu krwi. W czasie sobotnich demonstracji rosyjska policja rzeczywiście nie używała innych środków przymusu, niż siła fizyczna i pałki (co i tak jest pewnym novum, gdyż w poprzednich latach rosyjska milicja i policja rzadko stosowały pałki, najczęściej używając pięści i naporu szpalerami).

Zwolennicy czynnego oporu argumentują, że na Białorusi protestujący są pokojowi i unikają zwarcia, a i tak milicja używa broni palnej, gazu, granatów i jest wyjątkowo brutalna. Z kolei stronnicy pokojowego demonstrowania uważają, że na tym powinna polegać siła protestu i nie wolno dać się sprowokować, gdyż o to chodzi Kremlowi, żeby pokazać, że manifestacje to uliczne zadymy.

Putin porównał protestujących do Amerykanów i terrorystów

Podręcznik rewolucji

Kremlowska propaganda jeszcze przed sobotnimi protestami przestrzegała, że Nawalny chce zorganizować „majdan” za pieniądze zachodnich służb. Grzmiała o „politycznej pedofilii”, czyli wykorzystywaniu dzieci i młodzieży do swoich celów politycznych. Tak, jakby nigdy nie było partyjnych, proputinowskich młodzieżówek i demonstrujących z poparciem dla Putina dzieciaków.

Wczoraj flagowy propagandysta Dmitrij Kisielow potwierdził tę narrację, opowiadając, że film Nawalnego o gigantycznym majątku Władimira Putina był tłumaczeniem materiałów zachodnich służb. Niby nic nowego. A jednak pokazuje to obawy, że tak jak Alaksandr Łukaszenka, tak i Putin trzymać się będzie wersji, że Rosjanie nie mogą być niezadowoleni. A jak demonstrują, to tylko dlatego, że są opłaceni, bądź zwerbowani w inny sposób przez wrogów Rosji z zagranicy.

Tej logiki trzyma się również Łukaszenka. Kreml zarzuca Nawalnemu, że działa według jakiegoś tajemniczego schematu organizacji „kolorowej rewolucji”. Istnienie takiej uniwersalnej receptury, a może nawet podręcznika pt. „jak zorganizować przewrót” jest zresztą obsesją kremlowskich strategów i samego Putina. I to, od dawna, bo od czasów rewolucji w Gruzji w 2003 r. i „pomarańczowej rewolucji” na Ukrainie w 2004 r. Ze szczególnym wzmożeniem straszenia uliczną rewoltą po ukraińskim Majdanie w 2014 r.

Moskwa znów oskarża Zachód o próbę destabilizacji sytuacji w Rosji

Tymczasem widać, że to nie ekipa Nawalnego działa według schematu. Nie może go mieć, bo sytuacja w Rosji jest zgoła inna, niż na Ukrainie, czy Białorusi. Rosja jest w innym miejscu, niż sąsiedzi, jeśli chodzi o temperaturę społecznych emocji, stan gospodarki, czy sprawność rządzącej elity, a nawet rozmiar kasty korzystającej z rządów Putina.

Protesty wybuchają spontanicznie w całej Rosji z różnych powodów i dopiero Nawalny zaczął wskazywać, że wspólnym problemem dla Chabarowska, Moskwy i Władykaukazu jest niesprawiedliwa władza i sam Putin. Również spory wewnątrz opozycji, jaką przyjąć strategię protestu, czy stawiać opór, czy nie – świadczą o tym, że Nawalny i jego ludzie nie czytają podręcznika pt. „Jak zrobić przewrót”. Trudno doszukać się analogii z ukraińską rewolucją, która miała wyraźne, proeuropejskie hasła, wsparcie części mediów, oligarchów i od początku w walkę zaangażowane były dobrze zorganizowane bojówki zdolne walczyć z milicją.

Mimo większych podobieństw, ciężko również szukać porównania z Białorusią, gdzie impulsem stały się sfałszowane wybory i utrata legitymizacji władzy Łukaszenki. Rosja znajduje się w innym miejscu. Także jeśli chodzi o technologię protestu. Oczywiście białoruski protest może być inspiracją. Ale jednocześnie inna skala Rosji i zróżnicowanie emocji w różnych regionach będą wpływały na to, że rosyjskie protesty siłą rzeczy będą inne na Dalekim Wschodzie, a inne w Moskwie.

Jeśli jednak ktoś czyta podręcznik, to nie Aleksiej Nawalny, a generałowie Putina. To oni, obserwując rewolucje na Ukrainie, Gruzji, Kirgistanie, czy protesty na Białorusi opracowali almanach pt. „jak zdławić bunt”. I działają według niego. Jest w nim wszystko to, co widzimy: żeby odizolować liderów, oskarżyć ich o zdradę, korupcję, zastraszyć demonstrantów masowymi aresztowaniami, urządzić procesy pokazowe. A to tylko początek. Bo można z całą pewnością założyć, że technologie dławienia protestów i eskalowania przemocy oglądane od sierpnia ubiegłego roku na Białorusi, zobaczymy niebawem w całej Rosji. Tylko, że przeprowadzane na dużo większą skalę, przez liczniejsze, lepiej przygotowane i wyposażone oddziały Rosgwardii.

„Kobiety bito bardziej niż mężczyzn”. Relacja dziennikarza zatrzymanego w Petersburgu

Michał Kacewicz/belsat.eu

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów