Białoruska gospodarka: jest źle, będzie gorzej

Piotr
Pogorzelski
dziennikarz Biełsatu, autor podcastu Po prostu Wschód

Władimir Putin reanimuje białoruską gospodarkę. Jak przystało na reanimację, na razie jest to działanie krótkotrwałe, które ma przywrócić ją do życia. Później zapewne przyjdzie utrzymywanie jej przy życiu i przejmowanie przez rosyjski biznes, który od lat się o to stara.

Poniedziałkowe rozmowy w Soczi Alaksandr Łukaszenka może uznać za udane. Otrzymał poparcie z Moskwy, werbalne i finansowe. Władimir Putin pogratulował mu jeszcze raz zwycięstwa, mimo że już wcześniej zrobił to zapewne wielokrotnie telefonicznie i na piśmie. Uznał jednak, że musi to też zrobić osobiście, żeby nikt nie miał wątpliwości, kogo wspiera Rosja.

– Zna pan nasze stanowisko: jesteśmy za tym żeby Białorusini sami, bez podpowiedzi i nacisków z zewnątrz, na spokojnie i poprzez dialog między sobą, wyszli z tej sytuacji i osiągnęli wspólną decyzję, jak działać dalej – powiedział jednocześnie Putin.

Co Putin powiedział Łukaszence?

Nikt nie może mieć wątpliwości, że bez ingerencji Rosji (poparcie władz to też ingerencja), białoruski prezydent już dawno wylądowałby w Rostowie razem z Wiktorem Janukowyczem. Być może jednak Władimir Putin nie odbiera Alaksandra Łukaszenki jak szefa obcego państwa. W tym momencie interwencji z zewnątrz ze strony Rosji zdecydowanie nie ma.

Spotkanie w Soczi, zdj.: TASS / Forum

Przez całe spotkanie można było bowiem odnieść wrażenie, że do Soczi przyjechał nie prezydent sąsiedniego kraju, a władca jednej z rosyjskich prowincji. Począwszy od powitania na lotnisku przez gubernatora Kraju Krasnodarskiego, jak i późniejsze pozy obydwu polityków: Łukaszenka nachylony w kierunku Putina, wsłuchany w ważne słowa “starszego brata” (tak zazwyczaj wyglądają spotkania rosyjskiego prezydenta z podległymi mu urzędnikami) i Władimir Putin, który rozsiadł się wygodnie w fotelu słuchając petenta. Nie było żadnych wątpliwości, kto w tej sytuacji rozdaje karty.

Co więcej, część rosyjskich mediów oceniła słowa o dialogu, jako jasną aluzję do tego, że Alaksandr Łukaszenka zamiast zastraszać powinien zacząć rozmawiać ze swoimi obywatelami. No przynajmniej ten dialog dobrze imitować, na przykład, poprzez opowiadanie o zmianach w konstytucji. Władimir Putin także poruszył ten temat.

Zagadać protesty: Łukaszenka rozpoczyna dyskusję o zmianie konstytucji

Rosyjski szef państwa zapewnił też, że Rosja będzie realizować swoje zobowiązania w ramach postsowieckiego NATO, czyli Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym. To ważne zobowiązanie dla Mińska, który straszy terytorialnymi zakusami ze strony Polski i w mniejszym stopniu Litwy.

Alaksandr Łukaszenka nie krył wdzięczności wielokrotnie dziękując za działania Moskwy. Szczególnie za kredyt w wysokości 1,5 miliarda dolarów, o którym poinformował Władimir Putin.

– Te wydarzenia nam pokazały, że musimy ściślej współpracować z naszym starszym bratem, szczególnie w kwestiach gospodarczych – mówił Łukaszenka.

Pieniądze na pewno się Białorusi przydadzą. Według nieoficjalnych informacji agencji Interfax, w przyszłym roku Mińsk powinien spłacić Moskwie 600 milionów dolarów za obsługiwanie poprzednich kredytów. Białoruś zwróciła się o refinansowanie tej kwoty (pozyskanie nowych środków na spłatę dotychczasowego długu) jeszcze na przełomie sierpnia i września. Nowy kredyt ma być spłacany przez 15 lat. Pod koniec sierpnia Alaksandr Łukaszenka mówił o tym, że refinansowanie wyniesie 1 miliard dolarów. Teraz, Władimir Putin mówi, że Mińsk dostanie hojną ręką 1,5 miliarda dolarów, czyli po spłacie zobowiązań kredytowych będzie 900 milionów dolarów do przodu. Przynajmniej na razie bo później tę sumę też trzeba będzie oddać.

Pieniądze na pewno się przydadzą pilnie, bowiem sytuacja białoruskiej gospodarki jest coraz gorsza. Pokazują to dane z pierwszego półrocza tego roku. Liczba przedsiębiorstw, które przynoszą straty wzrosła do 1266, w zeszłym roku było ich 958. Pojawiło się 9 sfer, w których zanotowano straty. Są to na przykład, budownictwo, medycyna, produkcja maszyn i środków transportu. W zeszłym roku takich sfer nie było. Zysk netto przedsiębiorstw na 1 lipca wynosił 2,7 miliarda rubli, rok temu za ten sam okres, 7 miliardów rubli. To 2,6 razy więcej!

“Będę strajkował do końca”. Wywiad z liderem protestu górników w Salihorsku

Mniejsze zyski, albo nawet straty, wykazują też państwowe firmy, które muszą spłacać kredyty walutowe. Spadek wartości rubla mocno w nie uderza. W budżecie na ten rok założono kurs 2,2447 rubla za dolar, tymczasem 1 września przekroczył on 2,6548.

Wartości rubla nie udało się utrzymać mimo uruchomienia rezerw walutowych, które spadły w sierpniu o 15 proc., a to dlatego, że bank centralny musiał utrzymać kurs rubla. Mimo tych wysiłków i tak 25 sierpnia, po raz pierwszy od reformy pieniężnej z 2016 roku, kurs euro przekroczył 3 ruble.

Anna Maria Dyner z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych podkreśla w rozmowie z Biełsatem, że ogółem stan gospodarki nie jest zły, mimo dużych spadków w pierwszej połowie roku. Jednak potrzebuje ona inwestycji.

– Przemysł ciężki, zbrojeniowy, maszynowy, radzą sobie całkiem dobrze, bo znalazły rynki zbytu w konkretnych regionach, jak b. ZSRR, Ameryka Płd., czy Afryka. Ale żeby uzyskać dostęp do zachodnich rynków potrzebne są inwestycje w nowe technologie – zaznacza. Niemniej na białoruskiego gospodarce bardzo niekorzystnie odbiła się pandemia koronawirusa. Choć oficjalnie spadek PKB wyniósł jedynie 1,7 proc. – dodaje.

Patrząc na pierwsze pół roku sytuacja jest lepsza jedynie w produkcji spożywczej oraz w sektorze informacji i łączności. Pierwszy zarobił 82 proc. więcej niż w tym samym okresie zeszłego roku (rozwój eksportu, głównie do Chin). Drugi 905 milionów rubli. To o 54 proc. więcej.

Odpływ innowacji

Przyszłość sektora IT rysuje się jednak w coraz ciemniejszych barwach. I to w sytuacji, gdy zaczynał on odgrywać coraz większą rolę i nawet przeciwnicy Alaksandra Łukaszenki przyznawali, że akurat rozwiązania w tej sferze były bardzo dobre. W 2018 roku zyski IT wyniosły ponad 3 miliardy dolarów, czyli niemal 6 procent białoruskiego PKB. Wydaje się, że to mało, ale to tylko o pół punktu procentowego mniej niż rolnictwo i leśnictwo razem wzięte oraz więcej niż budownictwo. Według danych z 2019 r., w białoruskim sektorze IT pracuje prawie 55 tysięcy osób i około 1500 firm. Teraz tę dojną krowę prezydent chce zamordować i to w zemście za ostatnie wydarzenia. Mści się osobiście, cierpi całe państwo.

Władze zablokowały rachunki PandaDoc

Informatycy stanowili i stanowią, jako część nowej klasy średniej, dużą grupę uczestników protestów. Wielu z nich dosłownie na własnej skórze odczuło, czym jest władza Alaksandra Łukaszenki egzekwowana pałką i kopniakiem. W dodatku reżim na kilka dni wyłączył dostęp do internetu, co było szokiem dla całej branży. Stąd pojedyncze firmy, jak Rakuten Viber, ogłosiły, że opuszczają ten rynek. Wiele zapowiedziało, że to zrobi.

Oliwy do ognia podlały sankcje wobec PandaDoc – opracowany przez nią cyfrowy obieg dokumentów jest wykorzystywany przez światowe korporacje. Ogłosiła ona, że rezygnuje z rozwoju biura w Mińsku i zapowiada całkowitą wyprowadzkę. Założyciel i dyrektor PandaDoc Mikita Mikada otwarcie krytykował działania białoruskich władz i brutalne pacyfikacje. Proponował też pomoc, także materialną, tym funkcjonariuszom organów ścigania, którzy zdecydują się na zrezygnowanie z pracy. Stąd też represje wobec PandaDoc. Wszczęcie spraw karnych wobec menedżerów wyższego szczebla, ma charakter czysto polityczny. Po tych naciskach Mikada zrezygnował z udzielania pomocy.

Protest w obronie PandaDoc 2 września, zdj.: belsat.eu

Władze Litwy poinformowały o tym, że 21 firm z Białorusi interesuje się przeprowadzką do tego kraju. Także Łotwa proponuje konkretne rozwiązania i zgłosiło się już 12 firm, które mają z nich skorzystać. Potencjalne zyski wyczuli też Ukraińcy.

Firmy IT przenoszą się z Białorusi na Ukrainę

Wystarczy obejrzeć sondy z demonstracji przed białoruską ambasadą w Kijowie, aby zorientować się ilu wśród protestujących jest informatykami, którzy opuścili Białoruś. Zareagowały też polskie władze, które przygotowują pakiet dla białoruskich firm, które chcą przenieść się do Polski.

– Ci ludzie są bardzo mobilni, mogą się łatwo przenieść gdziekolwiek do krajów stabilniejszych, gdzie nie muszą się obawiać, że z powodów politycznych nagle zostaną wprowadzone rozwiązania, które pogorszą ich sytuację – zaznacza Anna Maria Dyner.

Informatycy to jednak nie tylko 6 proc. PKB, ale też ogromna siła nabywcza. Ci ludzie zarabiają powyżej średniej i gdzieś muszą zarobione pieniądze wydawać. Czyli wraz z ich odejściem spadnie też konsumpcja, w tym też luksusowych przedmiotów, czy konsumpcji w droższych restauracjach. Przede wszystkim jednak są źródłem waluty, która Białorusi jest potrzebna.

Spadek dochodów przedsiębiorstw, uderza z kolei w lokalne jednostki administracyjne. Władze będą musiały brać kredyty lub ograniczać wydatki. Sfery, których może to przede wszystkim dotknąć to: edukacja, zdrowie i usługi komunalne.

Oczywiście częściowo za te problemy odpowiada nieuznawana przez Alaksandra Łukaszenkę epidemia koronawirusa. Ale problemem jest też niestabilność polityczna oraz protesty. Organizatorom nie udało się przeprowadzić otwartych strajków, takich jakie znamy w Polsce. Wiele się jednak mówi o tym, że są organizowane strajki włoskie, które też prowadzą do zmniejszenia produkcji, a tym samym spadku dochodów. W czasie demonstracji nie działa też część placówek handlowych. Rosną za to koszty utrzymania dużego aparatu represji. Jak wielkie są to sumy, prędko się nie dowiemy.

Spadają dochody z eksportu produktów ropopochodnych. Tutaj Białoruś uległa światowej tendencji.

Bez kredytów, bez obcych walut

Już z wymienionych wyżej powodów widać, że Mińsk spotka się z deficytem walut. Dodatkowo unijne sankcje, choć mają być personalne, czyli dotyczyć konkretnych przedstawicieli reżimu, mogą się także odbić na współpracy państw UE z białoruskimi władzami. Szwecja już poinformowała o tym, że wycofuje się z projektów, w które zaangażowane są struktury państwowe Białorusi.

W 2010 roku, po tym, jak organy ścigania brutalnie pacyfikowały demonstrantów w Mińsku, Bruksela zaleciła zamrożenie jakiejkolwiek pomocy finansowej dla Białorusi poprzez Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Europejski Bank Inwestycyjny oraz Europejski Bank Rekonstrukcji i Rozwoju. Sytuacja może się powtórzyć w tym roku. Mińsk nie będzie też miał możliwości emisji euroobligacji. Agencja Moody’s już obniżyła ranking kredytowy Białorusi ze stabilnego na negatywny.

Mińskowi pozostają zatem 2 źródła finansowania: Chiny i Moskwa. Te pierwsze nie są zbyt chętne do pomocy. W zeszłym roku Pekin udzielił kredytu w wysokości 500 milionów dolarów. Po ostatniej wizycie Łukaszenki w Soczi, prezydent Putin zadeklarował udzielenie Białorusi kredytu w wysokości półtora miliarda dolarów. Kredyty trzeba będzie jednak spłacić. Twardą walutą bądź ustępstwami w zakresie prywatyzacji białoruskich firm .

Tu Rosja może zażądać, czego chce, szczególnie, że na Białorusi od 50 do 60% gospodarki należy do państwa. Już kilka lat temu Moskwa miała ochotę na Mińskie Zakłady Autobusowe (MAZ), czy Mińskie Zakłady Ciągników Kołowych (MZKT) lub GrodnoAzot. Wtedy Alaksandr Łukaszenka postawił się. Teraz zapewne tego nie zrobi, bo po prostu nie ma wyjścia.

Protest robotników z mińskich fabryk, 14 sierpnia, zdj.: Alaksandr Wasukowicz/ vot-tak.tv / belsat.eu

Jednak zdaniem Anny Marii Dyner, działania Moskwy nie będą miały radykalnego i zdecydowanego charakteru.

– Rosjanie wyciągnęli lekcję z Ukrainy i wiedzą, że jeśli będą działali zbyt ostro, to zantagonizują Białorusinów. Raczej będą stosować taktykę salami, tu coś kupią, tam coś kupią – dodaje.

Wszystko to może zostać podlane politycznym sosem integracyjnym, czyli tym czego Moskwa nie może osiągnąć od lat: powołania wspólnych służb celnych, podatkowych, czy nawet Sądu i Izby Obrachunkowej Państwa Związkowego.

– W ten sposób zmniejszy się możliwość współpracy Białorusi z państwami zachodnimi – dodaje Anna Maria Dyner.

Moskwa już teraz jest głównym partnerem handlowym Białorusi. Według Międzynarodowego Funduszu Walutowego tylko latach 2005-16 Mińsk otrzymał od Moskwy w postaci wszelkich dotacji co najmniej sto mld dol. Rosja jest też największym wierzycielem, posiadającym 38 procent długu państwowego Białorusi. Przez lata Kreml wspierał Alaksandra Łukaszenkę eksportując tańszą ropę, która później jako produkty ropopochodne była eksportowana na Zachód, w tym do Holandii i Wielkiej Brytanii. Po sporach z Moskwą dotyczących ceny ropy, Mińsk podjął pewne kroki mające na celu dywersyfikację źródeł energii. Obecny kryzys polityczny zakończy zapewne te manewry i Białoruś znów stanie się całkowicie zależna od Rosji w sferze energetycznej.

Łukaszenka nie ma teraz innego wyjścia, pozostaje mu tylko Rosja. Dalej jest tylko przepaść.

Potrzebny jest „Plan Marshalla” dla Białorusi

Jak to wpłynie na zwykłych Białorusinów? Kierujący projektem „Koszt urada” (Koszty rządu) ekonomista Uładzimir Kawalkin tłumaczył niedawno w rozmowie z portalem tut.by, że sytuacja biznesu będzie coraz gorsza ponieważ banki nie będą mogły udzielać kredytów. Same bowiem nie będą miały skąd brać tych środków.

– Biznes będzie blednąć i kurczyć się, aktywność przedsiębiorców będzie spadać – podkreśla ekspert.

W konsekwencji będzie mniej miejsc pracy, a dochody ludności spadną. Banki nie będą też udzielać kredytów osobom fizycznym. To wszystko odbije się znów na biznesie, który nie będzie miał dochodów. Obecne protesty, przynajmniej na razie, nie mają charakteru ekonomicznego, ale nie wykluczone zatem, że to się zmieni. I wtedy Alaksandr Łukaszenka będzie mógł powiedzieć, zgodnie z prawdą, że wychodzą na ulice bezrobotni. Tyle że zapewne będą oni jeszcze bardziej zdeterminowani niż protestujący tylko z powodów politycznych.

Piotr Pogorzelski/belsat.eu

Inne teksty autora w dziale Opinie.

 

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów