Białoruscy likwidatorzy oglądają serial „Czarnobyl”


„Partyzanci” – tak nazywano rezerwistów wysyłanych do usuwania skutków katastrofy czarnobylskiej. Breloczki przyczepione do mundurów to indywidualne mierniki promieniowania. Zdj. z archiwum Alaksandra Baboka

Przez Czarnobyl przeszło oficjalnie ponad 90 tys. Białorusinów usuwających następstwa awarii. Była to trzecia najliczniejsza po Ukraińcach i Rosjanach grupa narodowościowa w szeregach likwidatorów.

Dziś czarnobylcy to ludzie w średnim i starszym wieku, często niedomagający. Pobyt w „zonie” zostawił ślad na ich zdrowiu. Gdy w już niepodległej Białorusi władze stopniowo odbierały im ulgi przyznane w czasach ZSRR, czuli się sfrustrowani i zapomniani. Symbolem ich frustracji jest nieprzyznanie do dziś odznaczenia Bohatera Białorusi Wasilowi Ihnacience (ros. Wasilij Ignatienko). Losy strażaka pokazano właśnie serialu „Czarnobyl”.

Strażak z serialu “Czarnobyl”. Czy Białoruś pamięta o rodaku?

Obejrzenie serialu zaproponowaliśmy Iharowi Szanczukowi – szefowi niezależnej organizacji Weterani Czarnobyla. Łączy ona głównie szeregowych likwidatorów i bardzo dba, by w jej szeregi nie wkradli się liczni „lipni” czarnobylcy. Ihar zapalił się do pomysłu, bo w jego środowisku wiele już mówi się o nowym filmie. Do oglądania zaprosił piątkę swoich kolegów.

Likwidatorzy dziś: od lewej Anatol Pracharenka, Michaił Kapylau, Anatol Aniszczenka, Ihar Szanczuk, Siarhiej Bukrej, Siarhiej Szalkiewicz. Zdj. D.Dziuba, Belsat.eu

W latach 1986-1987 r. służył on jako porucznik wojsk wewnętrznych i zajmował się chwytaniem zbiegłych do „zony” przestępców. Spędził tam łącznie 30 dni i choć nie brał bezpośrednio udziału w likwidacji, również był wystawiony na promieniowanie. Jak twierdzi, stosunek państwa do likwidatorów można oddać jednym zdaniem: „Ojczyzna posłała, ojczyzna zapomniała”.

Dlaczego doszło do katastrofy?

– Jestem przekonany, że przyczyną awarii był „burdel” – komentuje Siarhiej Szalkiewicz, który do „zony” trafił we wrześniu 1986 r. jako kierowca w kompanii rozpoznania chemicznego. – Wiem, że pracownicy stacji wtedy już odnosili się do reaktora, jak do czegoś zupełnie zwyczajnego. Kiedyś było tak np. z parowozami. Na początku ludzie uciekali na ich widok, strzelali do nich, a potem się przyzwyczaili. Tak samo było z reaktorami. A potem wszystko zrzucili na Anatolija Diatłowa.

Siarhiej Szalkiewicz ze swoim osobistym miernikiem promieniowania. Żołnierze nie mogli jednak odczytać jego poziomu bez specjalnego urządzenia. Zdj. D.Dziuba, Belsat.eu

Inaczej uważa Michaił Kapylau, który do „zony” czarnobylskiej trafił 10 czerwca 1986 r. i spędził w niej 4 miesiące. Służył tam jako zastępca dowódcy plutonu działu likwidacji następstw katastrofy.

– Nikt z nas nie był w elektrowni w momencie awarii i możemy mówić tylko o tym, co przeczytaliśmy. Pod koniec 1986 r. w czasopiśmie „Nauka i życie” opublikowano śledztwo Atomnadzoru w którym napisano, że Diatłow mówił, że reaktor jest jak czajnik i nic z nim nie może się stać. Sprawa więc nie w „burdelu”, ale w jednym człowieku, który był przekonany, że wszystko wie, że nic złego się nie stanie.

Gaszenie pożaru reaktora

Siarhiej Szalkiewicz zna dokładną relację akcji gaszenia reaktora od Iwana Szarleja, dowódcy oddziału straży pożarnej przy elektrowni.

– W rzeczywistości wozy strażackie nie przyjechały jedną kolumną, ale pojedynczo. I od pierwszych minut na miejscu pracował oddział strażaków z elektrowni. Po drugie, strażacy nie gasili pożaru z ziemi – tam było ponad 75 m. wysokości i żaden strumień, by nie doleciał. Oni od razu poszli na górę, by gasić papę na dachu reaktora. Nikt nie miał specjalnej odzieży ochronnej, bo nikt nie zdawał sobie sprawy, co się zdarzyło. Ani strażacy, ani pracownicy stacji. Mieli na sobie właśnie taką odzież jak do gaszeniu zwykłego domu.

Na filmie strażak bierze do ręki kawałek grafitu. Pewnie to twórczy zabieg, ale jest w pełni możliwe, że strażacy wręcz biegali po graficie. Informacja o tym, że wybuchł reaktor, pojawiła się dopiero następnego dnia rano.

Wezwanie likwidatorów do „zony”

W filmie pokazano scenę, gdy milicjanci rozchodzą się po domach z charakterystycznymi kartkami. Były to wezwania do stawienia się na miejsce zbiórki likwidatorów.

– Miałem 21 lat i dopiero wróciłem z armii – opowiada Siarhiej Szalkiewicz. – Na samym początku milicjanci przynosili wezwania z taką czerwoną ukośną linią. Ale ludzie, widząc je, zaczynali zwalniać się z pracy i unikać wyjazdu. Zaczęli więc przysyłać zwyczajne wezwania, niby do stawienia się na 25-dniowe ćwiczenia wojskowe. Ucieszyłem się wtedy, że nie jadę do Czarnobyla. Ale jak pojechałem do Mińska, okazało się, że ze wszystkich rejonów Białorusi zebrali likwidatorów, którzy ustawili się w kilkukilometrową kolumnę. Z niej wyciągano jedynie zbyt pijanych i tych z wyrokami. Do Czarnobyla pojechali więc młodzi, zdrowi i trzeźwi. Przeczytano nam też rozkaz o wezwaniu na specjalne wojskowe manewry dla likwidacji następstw katastrofy w Czarnobylu. Za samowolne oddalenie się zagrozili 3 latami więzienia.

Siarhiej Bukrej był jednym z pierwszych, który otrzymał wezwanie z czerwonym paskiem. W „zonie” przebywał od 10 czerwca do 10 października 1986 r.

– 7 czerwca o 8 rano przyszedł do mnie do domu „mient” [gliniarz] z wezwaniem z czerwonym paskiem. Dokąd jedziemy, nie powiedział – opowiada Siarhiej.

Siarhiej Bukrej. Zdj. D.Dziuba, Belsat.eu

Anatol Pracharenka pracował jako kierowca i woził ubrania z magazynu w Narowli (miasteczko przy białorusko-ukraińskiej granicy) na jarmark do Prypeci. 26 kwietnia miał jak zwykle udać się do tego miasta znajdującego się w pobliżu elektrowni, ale jego ciężarówki nie wpuszczono. Jednak dalej nie było wiadomo, co się stało. Jak opowiada Prachorenka, 1 maja wszystkich wyprowadzono na majowy pochód, a ewakuacja rejonu zaczęła się dopiero 3 dni później.

– 4 maja było akurat święto Wielkanocy. Mnie i wielu innych kierowców wezwano do wojenkomatu [wojskowej komendy uzupełnień]. Zebrano nas przed budynkiem władz rejonu. Ludzi z Chojnik, Brahina i Narowli wywożono do Mińska.

Likwidatorzy opowiadają, że do Czarnobyla wysyłano dwie kategorie ludzi: żołnierzy służby zasadniczej oraz żołnierzy rezerwistów, których w slangu nazywano „partyzantami”

– [Walerij] Legasow i wszyscy inni podpiszą się pod słowami, że najbrudniejszą robotę wykonywali „partyzanci”, rezerwiści. W moim batalionie było dwóch żołnierzy służby zasadniczej – dodaje Szalkiewicz.

Od lewej: Anatol Pracharenka i Ihar Szanczuk. Zdj. D. Dziuba, Belsat.eu

Jak rozprzestrzeniała się informacja o katastrofie?

– To było jak fala — opowiada Szalkiewicz. – Najpierw zrozumieli sytuację w elektrowni, potem w Prypeci, a potem też w Narowli i tak dalej. Jednak ludzie dalej nie wierzyli. Kiedy po 9 maja informacja doszła do moich Stołbców, zaczęto mówić o przyjmowaniu jodu. Pamiętam też innym razem, że jak jechałem na przepustkę do domu, ludzie zaczęli mówić o jakimś kolejnym wybuchu w Czarnobylu. Nie wytrzymałem i powiedziałem, że nie było żadnego wybuchu. Oni „skąd wiesz?”. Odpowiedziałem, że wczoraj tam byłem, to ci ludzie od razu się rozbiegli. Bali się promieniowania. Ta bajka utrzymywała się bardzo długo. Pojawił się strach, dopiero gdy dowiedzieli się, że ewakuowano całe miasto, a żołnierzy rezerwistów o drugiej w nocy zrywano z łóżek. Strach był taki, że rzucali nawet legitymacjami partyjnymi, żeby tam nie jechać.

Poziom skażenia

– Nasza jednostka – wspomina Szalkiewicz – stała w polu pomiędzy wysiedlonymi wsiami Babicze i Rudakow. Ludzie nie mogli tam mieszkać, a my żołnierze – owszem. Spaliśmy w namiotach po 36-38 ludzi. W namiotach były takie małe piecyki. Jedzenie nam przywozili, ale nie drzewo i przyszło palić tym, co było pod ręką. Całe wsie zakopywali z powodu skażenia, a tu my grzejemy się koło takich „mini reaktorów”. W piecach palili specjalni palacze, i gdy potem brali u nich krew na analizy, to były gorsze wskaźniki niż u likwidatorów. Te chłopaki nałapały więcej promieniowania niż my, a nawet nie widzieli elektrowni.

Żołnierzom nie mówiono jaką dawkę otrzymali. Nie mieli dozymetrów, tylko czujniki, które im zabierano i dopiero potem odczytywano wynik w specjalnych urządzeniach. Ale i tak wszystkim wpisywano to samo – bezpieczny poziom od 7,7 do 10 rentgenów.

„Czarnobyl”: serial a rzeczywistość

– Kiedyś spotkałem się z pracownikami, którzy podczas likwidacji przekazywali statystyki skażenia – mówi Szalkiewicz. – Opowiadali, że przekazywali informację o poziomie promieniowania w danym miejscu. Przekazują i słyszą w odpowiedzi „Porąbało was? Tyle być nie może, obniżajcie”. I obniżają, a ci na górze przekazują dalej, a tam znowu każą im zmniejszać. I po przyjeździe do Mińska dowiadywałem się ze zdziwieniem, że wg statystyki w ogóle nie mogło być takiego promieniowania, o jakim opowiadałem. Po powrocie z „zony” cały czas szła mi krew z nosa, podskakiwało ciśnienie. Od 9 lat jestem oficjalnie inwalidą — dodaje Szalkiewicz.

Likwidatorzy opowiadają, że do ich obowiązków należało też czyszczenie dachu z radioaktywnego grafitu, który znalazł się tam po wybuchu reaktora. Sierhiej Bukrej oczyszczał z grafitu charakterystyczny komin nad elektrownią. Jak wspomina, jedno wyjście trwało 1 minutę i 45 sekund, bo poziom promieniowania wynosił wtedy 800 rentgenów na godzinę.

– Wszystkich ludzi przez zakryciem reaktora przegonili przez ten dach. Niezależnie od zajęcia – i kucharzy, i łącznościowców. Ubierali nas w ołów. Jedno co dobre to, że robili badani krwi i jak ktoś miał złe wyniki to nie szedł. Pracowaliśmy piątkami, po pięć minut – opowiada Michaił Kapylau.

Przed wyjazdem zebrali nas i przyszedł nas żegnać generał. Na końcu powiedział „pytania są?”. Wszyscy milczeli, tylko jeden chłopak nagle zaczął się skarżyć, że mu źle obliczono dozę i ma tylko matkę, i co z nią będzie, jak mu się coś stanie. I co na to generał? Zaczął krzyczeć – „to prowokator, dać mu trzy dni aresztu”. Na szczęście mieliśmy normalnego dowódcę i on go tam nie wysłał.

Michaił Kapylau, jak niemal wszyscy likwidatorzy, musiał usuwać z dachu elektrowni silnie radioaktywny grafit. Zdj. D.Dziuba, Belsat.eu

– Na początku nosiliśmy pokazane w filmie zielone maski nazywane „świńskim ryjem”, potem zamienili je na wygodniejsze maski podobne do chirurgicznych. W „zonie” czasami miałem wrażenie, że znajduję się na jakimś wielkim oddziale chirurgicznym – dookoła ludzie ubrani na biało w maskach – dodaje Szalkiewicz.

W pobliżu elektrowni, inaczej niż w filmie, nikt nie stał tak sobie czy palił, jeśli nie musiał. Wszyscy biegali. Samochody, buldożery, traktory były pokryte ołowiem. Kiedyś podeszliśmy pod elektrownię, wyskoczył żołnierz i nas przegonił, żebyśmy się ukryli za rogiem budynku. Nie mieliśmy ze sobą przyrządów, nie wiedzieliśmy, gdzie było bezpiecznie. Tam były miejsca, gdzie promieniowanie przewyższało normę kilkaset razy – opowiada.

Charakterystyczna czapka wojsk obrony cywilnej, którą nosili likwidatorzy w „zonie” czarnobylskiej. Zdj. D. Dziuba, Belsat.eu

Samobójstwo prof. Walerija Legasowa

– Wielu mówiło, że on się zabił, bo nie dostał gwiazdy Bohatera ZSRR. Ale jestem pewien, że nie poszedł do „zony” dla gwiazdy – uważa Szalkiewicz. – Gdy wracaliśmy, ludzie się nas bali. Nie siadali za jednym stołem, nie witali się. Tak jakbyśmy byli chorzy na AIDS. Potem pojawiła się nowa fraza: „Wszyscy przeszliśmy Czarnobyl”. Kiedyś nie wytrzymałem i powiedziałem: „Możecie całą noc siedzieć przy ognisku, ale spróbujcie zdjąć spodnie i usiąść na nim, rozumiecie różnicę?”.

Potem pojawiły się oskarżenia od naszym adresem. Że niby niepotrzebnie zmywaliśmy radioaktywny pył, bo on przenikał do ziemi. Oskarżano pilotów, że wrzucali ołów do reaktora. Wysiedleńcom wydawało się, że czuli smak ołowiu, ale nawet zanim zaczęli go zrzucać.

I takie same oskarżenia pojawiły się pod adresem Legasowa, że stosował złe metody. I gdy partyjniacy udawali, że wszystko OK, tylko Legasow zajmował się rozwiązywaniem realnych problemów, co zresztą dobrze pokazano w filmie. Ale gdy kryzys minął, zrobili z niego kozła ofiarnego i zaczęli wyciągać mu błędy.

Legasow, jak pokazano w filmie, wiedział, że ma do czynienia z czymś, co zdarzyło się pierwszy raz w historii. On musiał rozwiązywać różne trudne dylematy – była w filmie taka scena, gdy w barze i ludzie pytali się, czy jest niebezpiecznie. I choć go aż trzęsło, on mówi, że wszystko w porządku. Nie chciał wybuchu paniki.

Dlaczego ten film jest ważny?

– Film jest potrzebny – uważa Szalkiewicz. – Opowiada, że to, co się stało nie było żartem. Owszem, patrzę na niego tak, jak żołnierz frontowy ogląda filmy wojenne. Są tu pewne nieścisłości w detalach, które widzą ci, którzy tam byli.

Jakiś czas temu uczestniczyłem w spotkaniu z weteranami Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, afgańcami i czarnobylcami. Jeden syn pułku powiedział, że likwidatorzy obronili to, o co oni walczyli w latach 1941-45. Zrobiło mi się tak jakoś przyjemnie, że uznał nas za swoich spadkobierców.

Czytaj także:

Rozmawiali Jakub Biernat i Denis Dziuba/belsat.eu

Zobacz też
Komentarze