„Chemia ze skierowaniem”: skazywanym w politycznych procesach grożą lata przymusowej pracy

Białoruskie sądy coraz częściej skazują podczas procesów politycznych na wielomiesięczne, a nawet kilkuletnie wyroki tzw. „chemii”. Na czym polega ten typ kary, który Białoruś odziedziczyła wprost z czasów sowieckich? Kary, którą można dostać np. za nieprawomyślny napis na chodniku.

Na Białorusi trwa fala procesów wobec uczestników protestów powyborczych. Jak informują obrońcy praw człowieka, sądy w takich przypadkach są wyjątkowo surowe, znacznie surowsze niż w przypadku analogicznych „przestępstw”, które nie miały związku z polityką.

Białoruś: pierwszy wyrok w sprawie 231 demonstrantów

 

W relacjach z procesów często pada tajemniczy termin „chemia ze skierowaniem” lub „chemia domowa”. Ta potoczna i pozornie niezrozumiała nazwa jest tak powszechna, że używa jej nawet państwowa agencja informacyjna BiełTA. Kara ta nie występuje w polskim systemie prawnym w takiej formie jak na Białorusi. Jest to bowiem ograniczenie wolności połączone z pracami poprawczymi

Znany białoruski obrońca praw człowieka Walancin Stefanowicz przypomina, że nazwa kary wzięła się z czasów sowieckich, gdy skazanych zsyłano do pracy w rozmaitych zakładach, często sektora chemicznego, gdzie panowały warunki szkodliwe dla zdrowia.

W przypadku „chemii ze skierowaniem” – skazany wysyłany jest do odległej miejscowości, gdzie trafia do „półzamkniętego” hotelu robotniczego, osiedla baraków czy koszarów przerobionych na zakład poprawczy. Musi tam znaleźć sobie pracę, utrzymać się i opłacić mieszkanie. I przez cały czas podlega kontroli milicji.

„Chemia domowa” odbywa się w miejscu zamieszkania – skazany po skończeniu swojej pracy ma określony czas na dotarcie do domu. W przypadku kilku spóźnień sąd zmienia karę na zwykłe więzienie lub kolonię karną. Skazany na „chemię domową” może dalej pracować w swojej starej pracy. Jeżeli jednak jej charakter nie daje możliwości nadzoru milicji i regularnego powrotu do domu, musi ją zmienić.

W czasie odbywania wyroku zabronione jest też np. spożywanie alkoholu. Obrońca praw człowieka opowiada, że w niektórych regionach bywają takie zakłady, gdzie pracują wyłącznie „chemicy”. Bywa też tak, że skazany w ogólnie może znaleźć żadnej pracy i wtedy musi się utrzymać wyłącznie z pomocy najbliższych.

Brześć: 2 lata aresztu domowego dla samotnej matki za naderwany rękaw milicyjnej kurtki

Czym jest „chemia” w praktyce, opowiada Paweł Mażejka – nasz grodzieński dziennikarz i autor programu „Intermarium”, a wcześniej działacz polityczny. Mażejka był jednym z pierwszych dziennikarzy, który został skazany na ten typ kary za obrazę Alaksandra Łukaszenki. Grodzieński reporter pisał o przypadkach śmierci przeciwników prezydenta, sugerując, że on za tym stoi. Jego gazeta Pahonia (pol. Pogoń) otrzymała ostrzeżenie. Jej redaktor naczelny, Mikoła Markiewicz, również został „zesłany” na chemię, jednak w inne miejsce.

Mażejka został decyzją sądu wysłany do Żłobina, oddalonego od rodzinnego Grodna o 500 km. Paweł dostał miesiąc na znalezienie pracy i trafił do dawnego hotelu robotniczego przerobionego na lokum dla skazańców.

Dziennikarz Paweł Mażejka podczas odbywania wyroku. Zdj. Jerzy Jurecki, Tygodnik Podhalański

– Wyglądało to w pewnym sensie jak więzienie. Kraty w oknach, nie możesz wyjść, bo przy wyjściu dyżuruje milicjant i on wydaje zgodę. Możesz pójść rano do pracy i masz około pół godziny na powrót. Kilka razy się spóźnisz i możesz trafić do zwykłej kolonii karnej – wspomina, dodając, że również każde wyjście na zewnątrz np. do sklepu po jedzenie nie mogło odbyć się bez zgody funkcjonariusza.

W teorii skazany może sobie znaleźć dowolną pracę, jednak w praktyce działa to inaczej. Mażejka jako dziennikarz próbował zatrudnić się w miejscowej gazecie. Milicja jednak odmówiła zgody i skazany trafił do tartaku. Pracował też w miejscowym kołchozie.

Biznesmen ze Smorgoni skazany na prace społeczne za wpis na portalu społecznościowym

Dziennikarz wspomina, że w tym czasie stosunek władz do „politycznych” był jeszcze dość miękki. Milicja pozwalała mu na wyjścia poza miejsce zamieszkania. Przyjeżdżali do niego dziennikarze, nawet zagraniczni, przedstawiciele ambasad.

– Jednak szefostwo mojego ośrodka dawało mi do zrozumienia, że jeśli otrzymaliby rozkaz utrudnić mi życie, to nie wahaliby się – dodaje.

Mażejka wspomina solidarność, z jaką spotkał się ze strony miejscowych. Na miejscu poznał ludzi, którzy oferowali mu klucze do mieszkań, by mógł wziąć prysznic, czy posiedzieć w spokoju.

Paweł Mażejka uważa, że praca w tartaku nie należała do najgorszych, bo pozwalała się utrzymać. Zdj. Jerzy Jurecki, Tygodnik Podhalański

Wspomina też, że nie wszyscy mieli szczęście z pracą.

– Niektórzy z osadzanych pracowali w lokalnym małym ZOO. Dostawali tak małe wypłaty, że podkradali mięso swoim podopiecznym, żeby mieć co jeść. W takich wypadkach przeżyć na „chemii” w zasadzie mogłeś tylko, jeśli miałeś rodzinę, która mogła cię wspomóc pieniędzmi czy jedzeniem. Inaczej musiałeś się poniżać w zdobywaniu żywności – dodaje.

Pawłowi poszczęściło się też ze współosadzonymi z pokoju, którzy zaliczali się do grona „inteligentów”. Głównie do zakładu trafiali bowiem młodzi ludzie skazani za chuligaństwo czy narkotyki, a z nimi „różnie bywało”. Początkowo został skazany na dwa lata, jednak w wyniku amnestii skrócono mu wyrok o połowę. Ostatecznie na zesłaniu spędził siedem miesięcy i został wypuszczony wcześniej za dobre sprawowanie.

„Weteranem chemii” jest działacz Białoruskiej Chrześcijańskiej Demokracji Paweł Siewiaryniec. Opozycjonista, który spędził w ten sposób ponad 5 lat swojego życia, nie mógł opowiedzieć o swoich wrażeniach, gdyż od czerwca ub. r. siedzi w areszcie KGB i jest oskarżony o udział w zamieszkach. O jego pobycie na „chemii” opowiedziała jego żona Wolha.

Paweł Siewiaryniec spędził na „chemii” 3 lata, zesłany do małej wsi Małe Sitne tuż na granicy z Rosją. Zdj. Hleb Labadzienka

Aktywista został skazany na prace poprawcze poza miejscem zamieszkania dwukrotnie na 3 lata. Jego żona przypomina, że na Białorusi panuje nieformalny zwyczaj, żeby wysyłać więźnia jak najdalej od domu. Za pierwszym razem w 2005 r. Siewiaryniec trafił do wsi Sitno Małe (biał. Małoje Sitna) – położone w leśnej głuszy, tuż pod rosyjską granicą, prawie 300 km od Mińska. Skazano go za udział w proteście przeciwko zaprzysiężeniu Łukaszenki na niekonstytucyjną trzecią kadencję.

Wolha Siewiaryniec opowiada, że w tym czasie politycznym więziom nie pozwalano wybierać sobie pracy i mimo wyższego wykształcenia został skierowany do rąbania lasu – była to ciężka i niebezpieczna fizyczna praca na dworze. Jak przyznaje, była to klasyczna praca sowieckiego „zeka”.

Siawieryniec został skierowany do rąbania lasu. Zdj. Hleb Labadzienka

Po raz drugi Siewiaryniec trafił na „chemię” oskarżony o organizację zamieszek po sfałszowanych wyborach prezydenckich w 2010 roku. Opozycjonista najpierw spędził 5 miesięcy w areszcie KGB, by potem trafić do wsi Kuplin pod polską granicą, również prawie 300 km od domu. Tam spędził prawie 2,5 roku, gdyż zaliczono mu rok za pobyt w areszcie, gdzie jeden dzień liczy się podwójnie.

Siewiaryniec mieszkał w hotelu robotniczym. W pobliskich Prużanch udało mu się znaleźć kilka ofert zatrudnienia dla człowieka z wyższym wykształceniem np. w bibliotece czy miejscowej gazecie, jednak nigdzie go nie przyjęto. Ostatecznie przepracował swój wyrok w magazynie części zamiennych do traktorów. Była to również ciężka fizyczna praca, bo trzeba było ręcznie rozładowywać nowe partie towarów.

– Na „chemię” trafiają prości ludzie: alimenciarze, alkoholicy i oni zaczęli szanować Pawła, bo dzielił się z nimi jedzeniem, rozmawiał z nimi „pa duszam”, zapraszał do nich księdza. Choć i zdarzało się, że donosili na niego i nawet potem się do tego przyznali – opowiada Wolha.

Alaksandr Milinkiewicz w odwiedzinach u Pawła Siewiarynca. Zdj. Hleb Labadzienka

Żona więźnia politycznego przypomina, że odwiedzała Pawła jeszcze przed ślubem i odniosła wrażenie, że milicjanci kibicowali jej, żeby wyszła za niego za mąż, mając nadzieję, że u aktywisty mającego rodzinę ostygnie zapał do polityki. Sam więzień czas na zesłaniu spędził czas na pisaniu książek.

– Ja wspominam ten czas romantycznie, bo dopiero zaczęliśmy się spotykać. Dla Pawła było to trudne, bo jest człowiekiem twórczym, a tyle swojego życia musiał poświęcić czemuś takiemu. „Chemia” to mimo wszystko więzienie. A mogą stworzyć takie warunki na chemii, że i więzienie okaże się rajem – dodaje.

Opinię Wolhy Siewiaryniec potwierdza list niedawno wysłany do prokuratury przez osadzonych w „półotwartym zakładzie” w Mozyrzu, którzy skarżyli się na skandaliczne warunki pobytu i samowolę administracji. Informowali, że w salach mieszkalnych temperatura osiągała 14 stopni, ograniczano im dostęp do pryszniców i sześć razy dziennie byli przeszukiwani. Do tego szefostwo nie pozwalało chorym siedzieć ani leżeć na swoich łóżkach.

Obrońca praw człowieka Walancin Stefanowicz, komentując falę ostatnich represji politycznych, przypomina, że „chemia” grozi tym, którzy popełnili „przestępstwa”, za które nie przewidziano kar więzienia. Chodzi głównie o złamanie artykułów „defamacyjnych”, dotyczących znieważenia funkcjonariusza czy urzędnika lub symboli państwowych. Praktyka pokazuje też, że bardzo rzadko sądy skazują demonstrantów na „chemię” za „udział w działaniach naruszających porządek publiczny w znacznym stopniu”, wybierając raczej karę więzienia. Przypomina, że najgłośniejszym jego zdaniem przypadkiem tego typu kary to 1,5 roku za napis na chodniku.

Białoruś: kolejne wyroki za napis „Nie zapomnimy”

Choć kara ograniczenia wolności nie jest formalnie więzieniem, obrońcy praw człowieka osoby uznają osoby skazane w politycznych procesach na „chemię ze skierowaniem” za więźniów politycznych, gdyż ich zdaniem tracą on swoją wolność w istotnym zakresie.

– Paradoksalnie w dzisiejszej sytuacji na Białorusi skazany na taką karę w procesie politycznym może się cieszyć, bo jednak nie jest to zwykła kolonia karna, gdzie człowiek siedzi za drutami i ma np. ograniczone widzenia z bliskimi – podkreśla Stefanowicz.

W ciągu ostatniego miesiąca na karę „chemii” skazano w procesach politycznych kolejnych demonstrantów. Karę 1,5 roku ograniczenia wolności otrzymała mieszkająca w Mińsku Maryja Babowicz za napis „nie zapomnimy” na chodniku w miejscu śmierci demonstranta. Ihara Samusienk i Dzianis Hrachanau mieli mniej szczęścia, bo dostali za to samo po 1,5 r. „chemii ze skierowanie”.

2,5 roku dostał Ramuald Ułan ze Smorgoni, który sfotografował ulotki z wizerunkami milicjantów i zamieścił zdjęcie w grupie poświęconej swojej miejscowości w sieci społecznościowej Vkontaktie. Siedmiu milicjantów poczuło się dotkniętych ich zawartością i złożyło pozew przeciwko biznesmenowi. Jury Sawicki dostał 3 lata za udział w nielegalnym proteście i „blokowanie pasa ruchu”.

43-letni Zmicier Uszacki otrzymał 2 lata ograniczenia wolności za obrażenie rzeczniczki MSW w internecie. 1,5 roku „chemii domowej” otrzymała młoda matka ze Słonimia Kaciaryna Salewicz, za obrażenie milicjanta w lokalnym czacie. 2 lata aresztu domowego dostała Daria Palakawa, wdowa samotnie wychowująca dwójkę dzieci za naderwanie rękawa milicyjnej kurtki podczas protestu.

I choć najczęściej wydawane wyroki są niewspółmiernie surowe wobec oficjalnie stawianych zarzutów, są to jedne z łagodniejszych kar, jakie sędziowie wydają w politycznych procesach.

Więźniowie polityczni liczeni w setkach. Co najmniej 900 Białorusinów może spodziewać się ciężkich wyroków

Jakub Biernat/ belsat.eu

Wiadomości