Słowiański Bazar zamiast Eurowizji, czyli reżim coraz bardziej pogrąża kraj w izolacji

Piotr
Pogorzelski
dziennikarz Biełsatu, autor podcastu Po prostu Wschód

Białoruś straciła szansą na udział w konkursie Eurowizji. I wydawałoby się, że nic się nie stało, gdyby nie to, że konkurs ten w krajach byłego Związku Radzieckiego jest traktowany wyjątkowo poważnie.

9 marca Biełteleradiokompania zaproponowała, aby na Eurowizję pojechał nieznany szerokiej publiczności zespół Hałasy ZMiesta. Nazwa odnosi się do głosów z miasteczek, czyli tego terytorium, gdzie Alaksandr Łukaszenka cieszy się duża popularnością. Sami muzycy pochodzą ze 180-tysięcznych Baranowicz i grają na tle wiszącego na ścianie dywanu, obowiązkowego w każdym postosowieckim mieszkaniu.

Ten entourage ma pokazywać, że są po prostu zwykłymi Białorusinami, którzy chcą zwykłego, spokojnego życia, a nie jakichś tam zmian, jak żądają ci z większych miast, którym reżim się nie podoba. Grupa, której członkowie wywodzą się ze sceny kabaretowej, powstała dokładnie wtedy, kiedy taki przekaz był potrzebny – jesienią zeszłego roku, zupełnie jak na zamówienie. W swoich piosenkach śmiała się ze Swiatłany Cichanouskiej i innych opozycjonistów, krytykowała Unię Europejską starając się przedstawić ją, jak robią to rosyjskie media, jako „gejropę”.

Oburzenie po wyborze reprezentanta Białorusi na Eurowizję

W marcu okazało się, że ci, którzy tak Europy nienawidzą, mają pojechać na Eurowizję i to do Holandii, czyli do samego serca tego strasznego miejsca, gdzie – jak sami śpiewają – chłopcy są ubierani w sukienki. Pierwsza propozycja, piosenka „Ja nauczę cię” opowiadała o tym, jak można być szczęśliwym, gdy nie zna się przeszłości i słucha się ślepo swojego przewodnika po życiu.

Poziom muzyczny utworu został oceniony wyjątkowo nisko, a ci krytycy, którzy rozumieli tekst załamywali się nad każdą linijką wychwalającą ślepe posłuszeństwo.

Europejska Unia Nadawców uznała, że piosenka narusza zasady Eurowizji. Chodziło przede wszystkim o apolityczność. W piśmie do białoruskich mediów państwowych zwrócono również uwagę na negatywne reakcje publiczności na białoruską propozycję. W związku z tym grupa zaproponowała dwie nowe piosenki, wśród nich tę opowiadającą o zajączku, w której autor śpiewa, że „sam nie rozumie, o co chodzi”.

Piosenka jest tak beznadziejna tekstowo i muzycznie, że niektórzy krytycy uznali, iż jest to ponury żart z Europejskiej Unii Nadawców (EBU), która organizuje Eurowizję. Być może EBU też to wyczuło, ponieważ została ona odrzucona przez komisję kwalifikującą. Tym samym Białoruś nie weźmie udziału w tym konkursie po raz pierwszy od momentu, gdy wykonawcy z tego kraju występowali na Eurowizji, czyli od 2004 roku.

Białoruś nie miała wielkich sukcesów w tym konkursie. Najlepszy wynik miała w 2007 roku, gdy Dzmitryj Kałdun zajął szóste miejsce z piosenką Work Your Magic. W 2009 roku Euruwizję wygrał dla Norwegii pochodzący z Białorusi skrzypek Alaksandr Rybak.

Podobnie jak w innych krajach byłego Związku Radzieckiego, Eurowizja cieszy się na Białorusi bardzo dużą popularnością.

Według Komsomolskiej Prawdy, Alaksandr Łukaszenka co roku, wraz z najbliższymi, ogląda finał konkursu. Co więcej! Wybiera też, kogo do niego dopuścić. Nie dziwi zatem, że krytykująca reżim grupa VAL, na konkurs w tym roku nie pojechała, choć w założeniu tak miało się stać. W 2020 roku została ona wybrana przez Białorusinów w wewnątrzkrajowym głosowaniu, ale Eurowizja się nie odbyła ze względu na pandemię.

„Russian Woman” z Tadżykistanu chce podbić Eurowizję. Na razie zmienia Rosję

Artyści krytykowali jednak wydarzenia na Białorusi, mówili o “ukradzionych głosach” i o tym, że przy rządzącym w Mińsku reżimie nie widzą swojej kariery w tym kraju. Szef Biełteleradiokompanii Iwan Ejsmant odpowiadał na to, że grupa VAL “straciła sumienie”. Komentarz sprowadzał się wówczas do myśli, że muzycy mogli pracować z najlepszymi reżyserami i producentami, ale niestety ich komentarze na to nie pozwalają. Dość dobrze pokazuje to schemat myślenia władz w Mińsku: piosenkarze mają śpiewać, hutnicy pracować w hutach, a sportowcy zajmować się sportem. I nikt nie powinien mieszać się w politykę.

Odsunięcie Białorusi od Eurowizji to zatem duże uderzenie w reżim. Kolejne po tym, jak kraj stracił Mistrzostwa Świata w Hokeju, ulubionym sporcie Alaksandra Łukaszenki, który będąc prezydentem ponastawiał w całym kraju „lodowych aren”. Na razie rządzący w Mińsku nie skomentował jeszcze decyzji Europejskiej Unii Nadawców. Żądanie zamiany pierwszej piosenki wywołało całkiem spokojny komentarz.

– Mówiłem: jeśli chcemy być narodem, trzeba się obronić. Niezależność i suwerenność drogo kosztują. I to wszystko widać na arenie międzynarodowej. Biją silnych. Na słabych nie zwracają uwagi – mówił.

Tak samo mówił prezes Biełteleradiokompanii Iwan Ejsmant.

– Z punktu widzenia showbiznesu, Eurowizja to jest show. Zrobili dla nas piosenkę, której słuchał milion i niedługo, za kilka dni usłyszycie jeszcze jedną piosenkę-milionerkę, której będą słuchać w całej Europie – podkreślał.

Po tym, jak Białoruś wyleciała z konkursu, Iwan Ejsmant powiedział, że była to decyzja polityczna, a winna jest opozycja, białoruska diaspora oraz politycy. Wyraził nadzieję, że Biełteleradiokompania nie zostanie usunięta z Europejskiej Unii Nadawców. I powiedział, że jego zdaniem Hałasy ZMiesta wygrały Eurowizję, ponieważ grupa weszła do historii.

Odebrane Białorusi Mistrzostwa odbędą się na Łotwie

Dobry humor nie opuszczał ministra kultury Anatola Markiewicza, który powiedział, że nie ma co się przejmować, ponieważ na Białorusi odbywa się Słowiański Bazar.

– Międzynarodowy festiwal Słowiański Bazar, który każdego roku odbywa się w Witebsku przy wsparciu kierownictwa państwa, to prawdziwy konkurs, prawdziwe mistrzostwo – mówił.

Takie wypowiedzi przypominają filmiki białoruskiej grupy kabaretowej Edik i Saniok, parodię propagandowych wiadomości, w których każda decyzja władz, nawet najgłupsza, jest chwalona przez urzędników i „zwykłych Białorusinów”.

Dla krajów byłego Związku Radzieckiego Eurowizja odgrywa ogromną rolę, przede wszystkim ze względu na dużą popularność popu, czy muzyki estradowej w tych państwach. Klipy, czy inne produkcje z Ukrainy i Rosji nie odbiegają poziomem od tych z Zachodu, a czasem nawet go przewyższają.

Dla wielu z państw postsowieckich konkurs jest okazją do politycznych manifestacji. W 2016 roku Dżamala wygrała z piosenką „1944” opowiadającą o wypędzeniu Tatarów Krymskich po II wojnie światowej przez władze radzieckie. W kontekście aneksji Krymu w 2014 roku przez Rosję, jej zwycięstwo miało ogromne znaczenie.

W 2017 roku Służba Bezpieczeństwa Ukrainy zapowiedziała, że nie wpuści reprezentantki Rosji, ponieważ ta wcześniej złamała ukraińskie prawo występując na Krymie.

Ale to nie jedyna batalia, jaką stoczono wokół Eurowizji. W 2009 roku gruzińska grupa Stefane & 3G nie została dopuszczona do Eurowizji ze względu na jawnie politycznych charakter piosenki „We Don’t Wanna Put In”, która była protestem po rosyjskiej inwazji na Gruzję.

Teraz mamy jednak inną sytuację. Alaksandr Łukaszenka został pozbawiony kolejnej ulubionej zabawki. Zapewne nie po raz ostatni. I za bardzo nie ma czym w tej sferze odpowiedzieć. Mówienie o tym, że Słowiański Bazar zastąpi Eurowizję przypomina opowiadanie o „Substytucji importu”, czyli zamiennikach importowanych towarów, które są objęte sankcjami. Tylko, że tutaj zamiast parmezanu z Grodna mamy zastąpienie krewetek ziemniakami. Co więcej, w sieciach społecznościowych już trwa akcja, która ma na celu zniechęcenie rosyjskich i ukraińskich wykonawców do udziału w jesiennym festiwalu w Witebsku.

Dzięki decyzji EBU, wszyscy widzowie Eurowizji dowiedzą się w tym roku więcej o 2 krajach: Armenii, która wycofała się z konkursu ze względu na tragiczną dla niej wojnę w Karabachu oraz Białorusi, która została zdyskwalifikowana ponieważ w państwie tym prześladowani są wszyscy, nawet najmniejsi, oponenci reżimu. Na pewno jest to lepsze niż prezentowane zazwyczaj w czasie Eurowizji filmiki reklamowe. W przypadku Białorusi byłyby to słodkie widoczki białoruskich jezior i lasów oraz paru zabytków, po których miałaby następować muzyczna kompromitacja w postaci pasujących do tych krajobrazów ogniskowych występów Hałasów ZMiesta.

Terror sposobem na utrzymanie władzy. Co czeka reżim i jego oponentów po Dniu Wolności?

Pytanie, jak zareagują sami Białorusini. Przypuszczam, że może to doprowadzić do dalszej polaryzacji społeczeństwa. Oponenci reżimu są zadowoleni z decyzji EBU. Spośród wahających się, część zapewne zrozumie, że ich kraj z powodu rządzącego w Mińsku dyktatora traci kolejną międzynarodową imprezę. Inni zapewne staną po stronie Alaksandra Łukaszenki uważając, że „kultura jest poza polityką”. Jedno jest pewne: decyzja ta, choć wydawałoby się nam, z punktu widzenia Warszawy, że jest dość banalna, zmienia w pewnym stopniu sytuację wokół i na Białorusi.

Piotr Pogorzelski/belsat.eu

Inne teksty autora w dziale Opinie.

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów