Granica Białorusi staje się gorącym problemem dla Europy

Michał
Kacewicz
dziennikarz

Łukaszenka pali ostatnie mosty: wycofuje się z Partnerstwa Wschodniego i szantażuje Europę kryzysem migracyjnym. Przynajmniej rozwiał najbardziej naiwne złudzenie co do swoich intencji: chce tylko zemsty i konfrontacji.

Białoruś wychodzi z Partnerstwa Wschodniego. Zrywa również współpracę graniczną m.in. w sprawie zwalczania nielegalnej migracji. Alaksandr Łukaszenka dawno już straszył, że w odpowiedzi na europejskie sankcje „zaleje Europę migrantami i narkotykami”. Teraz zaczął wprowadzać swoje groźby w życie na granicy białorusko-litewskiej, a ostatnio i białorusko-łotewskiej. Agne Bilotaite, litewska minister spraw wewnętrznych nazwała działania Łukaszenki rodzajem wojny hybrydowej.

To jednak raczej rodzaj szantażu i hybrydowego terroryzmu państwowego. Łukaszenka stara się pokazać, że bez jego, białoruskiego przedmurza Europa sobie nie poradzi. Tyle, że Białoruś w ciągu ostatniego roku przestała już być „przedmurzem”. Stała się po prostu murem. Na życzenie Łukaszenki Mińsk spalił niemal wszystkie mosty. Ostatni – zrywając wczoraj udział w Partnerstwie Wschodnim. Nawet jeśli były to mosty czysto fasadowe, to jednak były i stanowiły rodzaj kanału komunikacji między Zachodem a Białorusią i dawały minimalne szanse na dialog z białoruskim społeczeństwem. Gdy ich nie będzie, pozostanie wyłącznie konfrontacja.

Jak Erdogan?

Dramatyczne obrazy tłumów uchodźców z węgiersko-serbskiej granicy z 2015 r. do dziś tkwią w pamięci Europejczyków. Tamten kryzys imigracyjny rozpoczynał się w Turcji, która w odpowiedzi na krytykę polityki Recepa Tayipa Erdogana ze strony UE, puściła przez swoje terytorium potok uchodźców. Ci wędrując dalej przez Bałkany pokonywali kolejne granice. Alaksandr Łukaszenka przypomniał sobie o tamtej sytuacji. Zapewne otrzymał z KGB raporty o przybywających na Białoruś imigrantach z Bliskiego i Środkowego Wschodu.

Jeszcze bardziej prawdopodobne, że Mińsk koordynuje operację z Moskwą. Imigranci przybywają przecież na Białoruś z Rosji oraz bezpośrednio z Bagdadu. Łukaszenka dał swoim służbom granicznym zielone światło, by puszczały imigrantów przez granice z Litwą i Łotwą. Problem nasila się od kilku tygodni. W tym roku Litwini zatrzymali już ponad 555 obcokrajowców (dane z wczoraj). To siedem razy więcej niż w całym ubiegłym roku. Posiadająca siedmiusetkilometrową granicę z Białorusią, trudną, bo biegnącą przez tereny gęsto zalesione Litwa rozważa wybudowanie muru. Na Litwę pojedzie również 30 funkcjonariuszy Frontexu (Europejska Agencja Straży Granicznej i Przybrzeżnej), żeby wesprzeć litewską straż graniczną .

Unia wyśle siły Frontex do ochrony granicy Litwy z Białorusią

W odróżnieniu od Polski, Litwa (i Łotwa) mają mniej liczną straż graniczną, a infrastruktura graniczna jest słabsza, bo budowana od podstaw po 1991 r. Przez graniczne lasy biegnie sporo „przemytniczych” szlaków, o czy doskonale wiedzą białoruskie służby.

Wiele wskazuje również na to, że swój bieg zmieniła wschodnia gałąź szlaku przemytu ludzi z Azji do Europy. Do tej pory biegł on przez Ukrainę, a imigranci oraz przemytnicy próbowali dostać się do Europy przez Słowację, Rumunię, Węgry i Polskę. Obecnie wygląda na to, że biegnie on przez Białoruś do państw bałtyckich. Przekierowania szlaku wymagało zapewne wielomiesięcznej pracy służb, dotarcia do przemytników ludzi w Iraku, Afganistanie czy Turcji.

„To wojna hybrydowa”. Szefowa MSW Litwy o wykorzystywaniu nielegalnych imigrantów przez Łukaszenkę

Rosja próbowała już stosować tego rodzaju broń wobec państw skandynawskich: po 2015 r. rosyjskie służby wykorzystując kontakty ze światem przestępczym ułatwiały transfer imigrantów przez rosyjskie, północne granice do Finlandii i Norwegii. Tym razem po tę metodę sięga Łukaszenka. W odróżnieniu od Rosji, która miała dalekosiężne cele: doprowadzenie do kryzysu w Europie, wzbudzenie szowinistycznych nastrojów, czy wreszcie presja na kraje skandynawskie – Łukaszenka myśli prawie wyłącznie o zemście.

Prawie, bo w jego planach może tlić się iskierka nadziei, że kiedy porządnie nastraszy unijnych sąsiadów najazdem imigrantów, to ci docenią go jako partnera do rozmów i siłę stabilizującą, kogoś kto zapewnia bezpieczeństwo na granicach zewnętrznych Europy. Jednak jak na odtwórcę roli namiestnika wschodniej marchii, Łukaszenka zachowuje się co najmniej dziwnie. Niszczy bowiem na razie wszystko to, co sprawiało, że do tej pory czasem mógł przynajmniej poudawać „margrabiego”.

Palenie mostów

Powołane dwanaście lat temu Partnerstwo Wschodnie miało wiele wad i rodziło się w bólach. Pierwotnie, jako odpowiedź na rosyjską, agresywną politykę – wojnę w Gruzji w 2008 roku. A także jako rodzaj protezy, zamiast prawdziwej propozycji integracyjnej dla tych, którzy naprawdę chcieli do Europy, czyli głównie Gruzji, Ukrainy i Mołdawii. W PW byli i ci, którzy ewidentnie nie chcieli na Zachód, wśród nich Białoruś.

Partnerstwo Wschodnie było jednak Łukaszence potrzebne. Po pierwsze dzięki niemu mógł się czasem poczuć jak normalny, nieizolowany przywódca. Wykorzystywał PW do stwarzania pozorów dialogu – ze słynnym, największym „ociepleniem” w 2010 roku, które zakończyło się katastrofą bo masowymi represjami po grudniowych wyborach i porażką unijnej dyplomacji. Dzięki PW Białoruś zyskiwała wsparcie finansowe na różne projekty rozwojowe, ułatwienia wizowe, ale i coś, co jest trudno policzalne: pieczęć partnera UE. Może nie nazbyt bliskiego partnera, ale jednak udział w PW pozwalał np. białoruskiemu biznesowi uczestniczyć w relacjach z Zachodem nie z pozycji totalnej izolacji, ale w zasadzie na równych prawach.

Komu zaszkodzi wycofanie się Mińska z Partnerstwa Wschodniego?

W ramach tych relacji wokół PW trwała współpraca służb (choćby w kwestii bezpieczeństwa granic), policji, były wzajemne kontakty w wielu obszarach takich jak nauka, edukacja. Białoruś bardzo szybko wychłodziła swoje zaangażowanie w PW do maksimum. Stało się to już po dwóch latach funkcjonowania projektu i w odpowiedzi na unijne sankcje za represje po wyborach 2010r. Jednak mimo, że Łukaszenka zwykł ignorować szczyty PW i często wyrażał się niepochlebnie o unijnych programach, Mińsk w PW pozostawał. Aż do teraz. Wycofanie się z Partnerstwa jest przypieczętowaniem geopolitycznego zwrotu w stronę Rosji, czy też raczej odwrotu zupełnego od Europy. To spalenie ostatniego mostu i demonstracja, że na żadnym dialogu Łukaszence już nie zależy.

Kiedy dodatkowo wycofanie z Partnerstwa obudowane jest szeregiem gróźb i histerycznych pohukiwań o białoruskich kontr-sankcjach, jasne jest, że Łukaszenka w odcinaniu nawet najdrobniejszych więzi z Zachodem posunie się dalej. Poczynając od ataku na europejskie firmy działające na Białorusi po zatrzymanie różnego rodzaju programów pomocowych realizowanych z projektów fundacji, czy rządów. Używając analogii historycznych Łukaszenka nie widzi się już w roli „margrabiego” marchii wschodniej Europy i zachodniej Rosji, ale po prostu w roli watażki z płonącego pogranicza, raz po raz wypuszczającego najazdy na zachodnich sąsiadów.

To nie musi być jednak koniec białoruskiej historii Partnerstwa Wschodniego. W miejsce pozostawione przez Łukaszenkę wkracza bowiem Swiatłana Cichanouska. Jasno dając do zrozumienia, że mimo decyzji Łukaszenki, chce utrzymać Białorusinów w PW i ich reprezentować. Np. na tegorocznym szczycie Partnerstwa. Ze strony liderki białoruskiej opozycji to ważny krok, który ma dodatkowo dawać Białorusinom nadzieje, że Europa o nich nie zapomina i jest otwarta, by w każdej chwili wrócić do intensywnej współpracy z Mińskiem. Tylko, że z Mińskiem bez Łukaszenki.

„Słabość i krótkowzroczność reżimu”. Cichanouskaja o wyjściu Białorusi z Partnerstwa Wschodniego

Michał Kacewicz/belsat.eu

Inne teksty autora w dziale „Opinie”

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów