„Droga śmierci” – osiemdziesiąt lat zbrodni niepamięci

26 czerwca minęło osiem dekad od dnia, gdy sowieccy konwojenci rozstrzelali w Mikołajowie nad Dźwiną dwa tysiące osób, aresztantów z więzienia NKWD w Berezweczu pod Głębokiem.

Zanim wyjaśnimy, dlaczego więźniowie znaleźli się ponad sto kilometrów do Głębokiego, musimy powiedzieć, czym było więzienie NKWD w Berezweczu.

Tam gdzie szeptano modlitwy, dziś słychać krzyki strażników

W połowie XVII wieku nad jeziorem Wielkim w Berezweczu w Wielkim Księstwie Litewskim swój drewniany klasztor zbudowali grekokatoliccy mnisi – bazylianie. Jego fundatorem był Józef Korsak, wojewoda mścisławski i starosta dziśnieński. To także on ufundował kościół i klasztor karmelitów bosych w pobliskim Głębokiem oraz świątynię parafialną w miasteczku. Korsak ofiarował bazylianom nie tylko majątek Berezwecz z należącymi do niego sześcioma wioskami, ale także Wierzbołów na Suwalszczyźnie.

Kościół i klasztor na obrazie Józefa Drozdowicza z 1926 roku

Murowany kościół w Berezweczu postawiono w latach 1756-1763, a nowe budynki klasztorne ukończono w 1767 roku. W skład kompleksu wchodziła także szkoła, budynki gospodarskie, ogrody, a wszystko to otaczał mur z bramą.

Po zdławieniu powstania listopadowego przez wojska carskie, w 1839 roku synod w Połocku postanowił o zerwaniu unii z Watykanem. Klasztor i kościół w Berezweczu stały się majątkiem Cerkwi prawosławnej. Do 1874 roku funkcjonował tu klasztor męski. Potem budynki przez długi czas stały opuszczone i dopiero w 1901 roku zamieszkały w nich prawosławne mniszki. Przez ten czas zaginęły lub zostały zniszczone dokumenty świadczące o dwóch stuleciach istnienia klasztoru i szkoły, a biblioteka została rozkradziona.

30 lat temu zmartwychwstał Kościół na Białorusi. Historia zniszczenia i odbudowy

W 1919 roku odrodzone państwo polskie zwróciło świątynię rzymskokatolikom. Z kolei w klasztorze ulokowano pułk Korpusu Ochrony Pogranicza. W latach 30-tych zabytkowe budynki zostały skatalogowane i sfotografowane, odbyły się prace renowacyjne.

Gdy 17 września 1939 roku wschodnie tereny II RP zajęła Armia Czerwona, w klasztorze urządzono więzienie śledcze NKWD. Z kolei hitlerowcy utworzyli przy więzieniu obóz jeniecki, w którym zginęło ponad 20 tysięcy żołnierzy sowieckich.

Po zajęciu ponownie tych terenów przez ZSRR, nie zlikwidowano więzienia, które istnieje do dziś. Nie ma za to kościoła, który w czerwcu 1949 roku kazały zburzyć władze obwodu połockiego – ceglany budynek miał grozić zawaleniem. Na jego wzór w latach 1991-1996 w Białymstoku zbudowano Kościół Zmartwychwstania Pańskiego.

Kościół w latach 30. XX w. Przed świątynią żołnierze KOP. Zdjęcie: Jan Bułhak

Zadanie: złamać człowieka

Założone przez NKWD więzienie było uważane za polityczne. Kierowani byli tu aresztanci z nowopowstałych rejonów głębockiego, postawskiego, duniłowickiego, dokszyckiego, szarkowszczyńskiego, miorskiego, brasławskiego, hoduciszkowskiego obwodu wileńskiego. Osadzono w nim ludzi, których władze sowieckie uznały za “wrogów ludu” – byli polscy urzędnicy, policjanci, wojskowi, „kopowcy”, leśnicy i ich krewni.

Warunki przetrzymywania aresztantów były nieludzkie, nawet jak na stalinowskie standardy. Świadczą o tym raporty z kontroli prokuratury. Więzienie było przeludnione, wiele osób znajdowało się w nim mimo przekroczenia legalnego terminu aresztowania.

– Aresztowani nie przechodzą opracowania sanitarnego, ich bielizna nie jest prana i zmieniana, przez co wszystkie cele są bardzo zawszawione. Aresztanci nie korzystają ze spacerów. cele nie są wentylowane. W związku z przepełnieniem i brakiem wentylacji, powietrze w celach jest nieświeże, co odbija się na zdrowiu aresztowanych – czytamy w sprawozdaniu prokuratury.

W połowie 1940 roku władze ZSRR jeszcze bardziej wzmocniły represje na dawnych polskich ziemiach i w Berezweczu przybyło jeszcze więźniów. Było ich wtedy ponad półtora tysiąca, choć limit wynosił 530. W jednej celi umieszczano 50, a nawet więcej osób.

Więzienie w Berezweczu dzisiaj. Zdjęcie: Zmicier Łupacz/belsat.eu

Wśród więźniów politycznych było też wielu członków Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi – w II RP była to organizacja nielegalna, ale władze sowieckie też jej nie ufały. Miejscowy komunista, który w berezweckim więzieniu spędził półtora roku, wspominał, że w jego celi o wymiarach 2×5 metrów przetrzymywano 48 osób. Nie było tam prycz, spali na betonowej podłodze na swoich ubraniach i rzeczach zostawionych przez wcześniejszych więźniów. Widzenia z rodziną, korespondencja i przekazywanie paczek było zakazane.

Mimo przeciążenia więzienia, śledztwa nie zaczynały się od razu. Aresztanci czekali na przesłuchania nawet kilka miesięcy. Najwyraźniej była to jedna z psychotechnik czekistów, której zadaniem było złamanie człowieka jeszcze przed pierwszym przesłuchaniem. Ciężkie warunki i widok skatowanych ludzi miały skłaniać do przyznawania się do winy, zeznawania, wydawania “wspólników”.

Przesłuchania prowadzone były najczęściej nocą, a za dnia nie pozwalano spać. Wykorzystywano też różne metody tak zwanego “aktywnego śledztwa”: ludzi zmuszano do stania tak długo, aż spuchły im nogi, umieszczano ich nago w zimnym karcerze, albo w ciepłych ubraniach w celi-saunie, bito, grożono aresztowaniem krewnych.

Gdy to nie wystarczało, ludzi przypalano papierosami. wyrywano im włosy, wybijano zęby, wciskano szpilki pod paznokcie, wieszano głową w dół, sadzano na nodze taboretu. Wszystko po to, by ludzie przyznali się do zarzuconych im czynów. Wszystkie te metody były dozwolone przez sowieckie władze, które ich nie potępiały, a wręcz zachęcały.

Wiele osób nie wytrzymywało takich warunków i umierało lub popełniało samobójstwo. Na przykład Eugeniusz Muraszow (biał. Jauhien Muraszou), właściciel majątku Kuryłowicze pod Dzisną najpierw usiłował przeciąć sobie tętnicę szyjną odłamkiem szkła, a gdy umieszczono go w innej celi wsadził głowę do płonącego pieca. Doznał mocnych poparzeń twarzy i stracił wzrok, ale nie umarł. Zabił się dopiero uderzając z bólu głową o ścianę.

Czym jest „press-chata”? Więzień, który w sądzie targnął się na życie, spędził w niej 51 dni

 

Droga śmierci

Tuż przed atakiem hitlerowskiej III Rzeszy na ZSRR represje jeszcze bardziej się nasiliły. W 1941 roku rozpoczęła się czwarta deportacja na wschód “elementów niepożądanych”. Na Zachodniej Ukrainie zaczęła się 22 maja, w Mołdawii w nocy z 12 na 13 czerwca, W Litwie, Łotwie i Estonii 14 marca. Na terenach Zachodniej Białorusi dopiero w nocy z 19 na 20 czerwca, dwa dni przed inwazją.

Wysiedleniem objęci zostali ostatni polscy urzędnicy, ich rodziny i uchodźcy, a także prostytutki i kryminaliści, którzy wcześniej NKWD nie interesowali. Pas przygraniczny miał zostać w pełni oczyszczony z “wrogów ludu”.

Ofensywa III Rzeszy, która rozpoczęła się 22 czerwca o świcie, całkowicie zmieniła sytuację. Wiele osób, których nie zdążono wysiedlić, trafiło do więzienia w Berezweczu. Nie byli skazani, nie usłyszeli nawet zarzutów, dlatego nawet zgodnie z sowieckim prawem przetrzymywano ich tam bezpodstawnie.

Niemcy nacierali błyskawicznie i 24 czerwca o świcie władze sowieckie postanowiły o ewakuacji więźniów na wschód – ZSRR potrzebował siły roboczej. Osadzeni w Berezweczu poszli pieszo. Kolej była wtedy potrzebna wycofującej się armii. W kolumnie więźniów były ponad dwa tysiące osób. Tych, którzy nie mogli iść, rozstrzelano na podwórzu więzienia.

Na początku lat 90. XX wieku ewakuacja Berezwecza była badana przez historyków z Polski i Rosji. Prześledzono dokumenty i przeprowadzono wywiady z żyjącymi świadkami tych wydarzeń.

– Rankiem 24 czerwca 1941 roku więźniów obudzili strażnicy i rozkazali wychodzić z cel z rzeczami. Uzbrojeni w automaty strażnicy wyprowadzili wszystkich na podwórze – wspominał były więzień Paweł Kożuch. – Część osadzonych miała świeże, opalone twarze. Widać było, że aresztowano ich niedawno.

To byli ludzie zatrzymani od 19 do 23 czerwca, bo NKWD wyłapywało “element” także po wybuchu wojny.

Klasztor i kościół w Berezweczu, lata 30 XX wieku

Więźniów uformowano w kolumnę piątkową. Nowych aresztowanych umieszczono na początku. Pod ściana więzienia Paweł Kożuch zobaczył osiem świeżych dołów i zrozumiał, że to były ślady nocnej “pracy” czekistów. Naczelnik konwoju powiedział:

– Uwaga aresztanci! Krok w bok oznacza próbę ucieczki. Konwojenci będą strzelać bez uprzedzenia!

Gdy kolumnę wyprowadzono z więzienia, strażnicy nie dopuszczali do niej miejscowych, którzy chcieli przekazać jedzenie i wodę. Według byłych więźniów i świadków na początku jechał patrol NKWD, za nim wozy wyładowane skrzyniami i workami, prawdopodobnie z dokumentami. Za nimi szli żołnierze, potem kolumna więźniów politycznych – przodem mężczyźni, za nimi około 500 kobiet. Na końcu reszta więźniów i cywile. Pomiędzy poszczególnymi częściami kolumny były 30-40 metrowe przerwy. Konwojentami byli nie tylko funkcjonariusze NKWD, ale także milicjanci i pogranicznicy, wielu prowadziło psy służbowe. W pewnej odległości za kolumną jechały wozy z rodzinami pracowników więzienia. Pochód miał długość około półtora kilometra.

Kolumna skierowała się na północny wschód polnymi drogami, bo głównymi wycofywało się wojsko. Wraz ze wzrostem temperatury, więźniowie szli coraz wolniej. Ci, którzy odstawali, byli poganiani wyzwiskami, kolbami i bagnetami. Ci, którzy padli, zostali rozstrzelani lub zakłóci bagnetami.

Jeden z więźniów, Michał Bahowicz, wspominał:

– Rankiem 25 czerwca z głodu i gorąca wybuchł bunt. Więźniowie domagali się wody. Kilku więźniów uciekło do lasu. Dogoniły ich kule i psy.

26 czerwca zdziesiątkowana kolumna doszła do Uły nad Dźwiną. Po drugiej stronie mostu znajdowała się wieś Mikołajów. Gdy pochód wszedł na most, niektórzy więźniowie rzucili się do wody. Do uciekinierów strzelali konwojenci.

Zbiorowa mogiła w Berezweczu. Zdjęcie: Zmicier Łupacz/belsat.eu

Gdy więźniowie przekroczyli most, na niebie pojawiły się niemieckie samoloty. Zbombardowały niedokończone lotnisko polowe, a jedna z maszyn przeleciała nisko nad kolumną. Konwojenci kazali więźniom leżeć, by potem rozstrzelać ich z karabinów maszynowych.

– Gdy rozległy się serie karabinowe i krzyki, instynktownie padłem nie na drogę, ale skuliłem się w przydrożnej bruździe. Kule świstały nade mną, ale byłem bezpieczny. Karabiny maszynowe ucichły tak samo nieoczekiwanie, jak wcześniej zaczęły strzelać. Ci, którzy dawali oznaki życia, byli dobijani rewolwerami i bagnetami. Pomiędzy kamieniami ściekła do mnie czarna ścieżka parującej krwi. Wyciągnąłem do niej rękę, umazałem szczękę i leżałem, przysłuchując się. Wokół mnie panowała cisza. Słyszałem bicie własnego serca, nikt do mnie nie podchodził. Z tyłu słyszałem pojedyncze strzały, instynkt podpowiada, że strzelali do mnie – opowiadał Paweł Kożuch.

Leżąc w rowie, więzień usłyszał, jak konwojenci liczą zabitych – doszli do 1788. Poszczęściło mu się i kilka dni później wrócił do Głębokiego, które w tym czasie zajęli już Niemcy. Takich szczęściarzy było tylko kilku. Egzekucję przeżyło około stu osób, z których większość została wykryta przez strażników i pognana dalej na wschód.

Ofiary zbrodni pochowano w kopcach ziemniaków. Niedługo później Niemcy przeprowadzili ekshumację i polecili pochować ich na skraju lasu. W czasach sowieckich ich masowych grób był zapuszczony i dopiero w latach 90-tych zbudowano tu skromne miejsce pamięci.

Ilu więźniów Berezwecza zginęło na Drodze Śmierci? Historyk Uładzimir Iwanou twierdzi, że naczelnik więzienia Priomyszew zaniżył ich liczbę, informując dowództwo o 800 osobach. Łącznie ofiarami jego zbrodni mogło paść od 400 do 600 osób pochowanych w dołach na terenie więzienia, do 300 do 500 zabitych po drodze i około 1800 w samym Mikołajowie. Przez dwa dni zamordowano więc od 2 500 do 2900 w większości niewinnych osób.

Zbrodnia ta została potępiona nawet przez ówczesne organy sowieckie. Zgodnie z wyrokiem nr 121 z 13 września 1941 roku, Trybunał Wojenny Wojsk NKWD Tatarskiej Autonomicznej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej skazał kilku konwojentów na rozstrzelanie, innych na wyroki więzienia. Z kolei naczelnik więzienia, za którym wstawił się ówczesny pierwszy sekretarz KC Komunistycznej Partii Białorusi Pantielejmon Ponomarienko, uniknął kary.

Miejsce pamięci w Berezweczu po nawałnicy. 26.06.2021 r. Zdjęcie: Zmicier Łupacz

Ich pamięci władze boją się po 80 latach

Od tragicznych wydarzeń minęło osiem dekad. Przez ostatnie lata na zbiorowej mogile co roku odbywają się nabożeństwa za dusze ofiar zbrodni NKWD. Przychodzą na nie miejscowi wierni, przyjeżdżają ludzie z Głębokiego, Postaw, krewni zabitych z innych miast. W obchodach rocznicowych uczestniczyły też delegacje polskiej ambasady – w tym roku ze względów politycznych było to niemożliwe.

Jednak nawet teraz reżim Alaksandra Łukaszenki nie pozwala godnie uszanować pamięci ofiar Stalina. W rocznice miejsca pamięci zawsze pilnowali milicjanci, którzy wypatrywali biało-czerwono-białych flag narodowych, jakie przynosili ze sobą uczestnicy uroczystości.

Białoruskie KGB ma określić, czy historyczna flaga jest “kolaboracyjna”

W tym roku upamiętnienie rocznicy zakłóciła pogoda. Wieczorem 25 czerwca nad okolicą przeszła burza, jakiej nie pamiętają nawet starsi mieszkańcy. Wiatr zrywał dachy, łamał płoty i drzewa. Gałęzie spadły też na memoriał, który wymaga teraz oczyszczenia i remontu. Dlatego duchowni podjęli decyzję, by uroczystości przenieść do kościoła w Ule, który także ucierpiał podczas wichury.

Na nabożeństwo przyszli tylko nieliczni wierni. Zdjęcie: Zmicier Łupacz/belsat.eu

Mimo to od rana przed masowym grobem dyżurowała milicja, funkcjonariusze byli też przed kościołem. Na samej mszy było jedynie dziesięcioro wiernych – inni mieszkańcy okolicy byli zajęci ratowaniem swojego dobytku.

Nabożeństwo celebrował biskup witebski Aleh Butkiewicz, nowy duchowy przywódca Kościoła na Białorusi, który niegdyś był tu proboszczem.

– Zawsze oddajemy cześć temu miejscu. Modlimy się za zmarłych, ofiary tej tragedii. Od tego czasu minęło 80 lat. To ważny moment, by wspomnieć te wydarzenia z punktu widzenia wiary chrześcijańskiej. By zrozumieć przyczyny, jakie do niej doprowadziły. By takie zbrodnie już się nie powtórzyły, musimy je zrozumieć i odpokutować za nie – powiedział kapłan.

Biskup Aleh Butkiewicz celebrujący mszę rocznicową. Zdjęcie: Zmicier Łupacz/belsat.eu

Ale wyrazów skruchy na poziomie państwowym nie widać. Co więcej, reżim wszczął sprawę karną dotyczącą zbrodni na narodzie białoruskim dokonanych przez niemieckich okupantów i kolaborantów. Cel wydaje się być dobry, ale sprawa jest motywowana politycznie ponieważ zbrodnie dokonane na Białorusi przez sowietów są przemilczane.

Pozostaje pytanie: co zrobili ci ludzie, że zabito ich bez sądu w Mikołajowie, a po 80 latach nie można oddać im hołdu? Władze nie mają na nie odpowiedzi. Można jedynie mieć nadzieję, że okres prześladowań na naszych ziemiach wreszcie się skończy i będziemy mogli upamiętnić ich ofiary.

Propaganda neostalinizmu. Na Białorusi zmienia się podejście do II wojny światowej?

Zmicier Łupacz/belsat.eu

Wiadomości