Papież pocałował obozowy numer Polki, która do Birkenau trafiła jako białoruskie dziecko

Podczas środowej audiencji generalnej Franciszek uhonorował 80-letnią Lidię Maksymowicz, która jako białoruskie dziecko trafiło do obozu. Po rozdzieleniu z matką i wyzwoleniu obozu została przygarnięta przez Polską rodzinę. Matkę odnalazła w ZSRR wiele lat po wojnie.

Dzisiejszą okładkę „L’Osservatore Romano”: zdobi zdjęcie wielkie zdjęcie papieża całującego numer obozowy ocalałej Polki. Papież wykonał ten gest podczas środowej audiencji generalnej na dziedzińcu świętego Damazego w Watykanie.

Papież Franciszek całujący obozowy numer byłej więźniarki Birkenau. Zdj. L’Osservatore Romano

Lidia Maksymowicz, gdy trafiła do obozu w 1943 r. nazywała się Luda Boczarowa. Pochodziła ze wsi z okolic Mińska. Ojciec poszedł na wojnę w szeregach Armii Czerwonej, a matka z dziadkami po przejściu frontu ukrywali się w lesie przed Niemcami. Rodzina została złapana i za kontakty z partyzantami wysłana do obozu. Ludę, trzyletnie dziecko, uznano za wroga III Rzeszy. Dziadkowie, jako starzy i nieprzydatni zostali wysłani do gazu. Dziewczynkę rozdzielono z matką i posłano do dziecięcego baraku. Na jej ramieniu wytatuowano nr 70072. To właśnie ten tatuaż pocałował wyraźnie wzruszony papież Franciszek.

Coś w rodzaju tatuażu: Białorusin jako dziecko trafił do Auschwitz DOKUMENT

Dziewczynka przeżyła eksperymenty prowadzone na więźniach obozu przez doktora Josefa Mengele. Potajemnie spotykała się też z matką, która przynosiła jej jedzenie. Jednak Niemcy ewakuowali większość więźniów przed nadejściem Armii Czerwonej. Zabrali ze sobą też matkę Ludy, która przed końcem wojny trafiła jeszcze do dwóch obozów Ravensbrueck i Bergen-Belsen.

Po wyzwoleniu Birkenau, chorą na gruźlicę i anemię dziewczynkę przygarnęło młode bezdzietne małżeństwo – chłopi z okolic obozu. Dziewczynkę nazwano Lidia Rydzikowska (Maksymowicz to nazwisko po mężu). Była przekonana, że matka zginęła. Tak jej powiedziano jeszcze w obozie. Jednak po 17 latach od opuszczenia Birkenau postanowiła jednak poszukać rodziny. Dzięki Czerwonemu Krzyżowi dowiedziała się, że w ZSRR mieszka kobieta, która szuka dziecka o tym obozowym numerze.

Biologiczna matka małej więźniarki po powrocie do ZSRR automatycznie stała się osobą podejrzaną. Stalinowskie państwo nie ufało ludziom, którzy trafili do niemieckiej niewoli. Kobieta była przesłuchiwana, śledczy kazali jej wyjaśniać, dlaczego przeżyła obóz i wróciła bez dziecka.

Kobietę zapewniano też, że wszystkie „sowieckie” dzieci z Birkenau trafiły do sierocińców w ZSRR. Matka dziewczynki miała objeżdżać domy dziecka w poszukiwaniu córki, jednak bezskutecznie. Ostatecznie osiadła w Doniecku i zatrudniła się w jednym z nich. Tam też założyła nową rodzinę i urodziła trzy córki.

Luda/Lidia pojechała spotkać się z matką, której nie widziała od ponad 17 lat. Na spotkanie zabrała swoją przybraną rodzinę. Na dworcu w Moskwie przywitał ją tłum, który przyszedł zobaczyć cudem odnalezione dziecko. Informacje o odnalezieniu i przyjeździe podawały największe sowieckie media.

Biologiczna matka na widok córki zemdlała z emocji. Jak opowiadała w wywiadzie dla Onetu, początkowo pomiędzy obydwiema matkami czuć było chłód. Opowiadała, że była świadkiem rozmowy, gdy rodzona matka mówiła do tej polskiej: „Ja ci jej pod próg nie położyłam”. A ta odpowiedziała: „To miałam ją tam w obozie zostawić?”. Potem jednak relacje się poprawiły, matki spotykały się podczas kolejnych obchodów rocznicowych wyzwolenia obozu.

Sowieckie władze potraktowały dziewczynę jako symbol i zaproponowały jej zamieszkanie w ZSRR. Jednak odmówiła, tłumacząc, że jej miejsce jest w Polsce przy ludziach, którzy ją przygarnęli. Dziś mówi, że jako Polka urodziła się w Oświęcimiu.

jb/ belsat.eu/pl wg PAP, tvn24.pl, fakt.pl, DW, ONET

Wiadomości