Ojciec Maryi Kalesnikawej nie widział córki od prawie roku i nie zobaczy jej na procesie

Ojciec aresztowanej we wrześniu 2020 r. białoruskiej opozycjonistki Maryi Kalesnikawej, której grozi 12 lat więzienia, opowiada w rozmowie z PAP, że córka przez wiele miesięcy była trzymana w odosobnieniu. Proces Kalesnikawej i innego opozycjonisty, Maksima Znaka, toczy się za zamkniętymi drzwiami.

Alaksandr Kalesnikau w dni procesu swojej córki codziennie przychodzi przed budynek sądu i wręcza kwiaty jej adwokatkom. Wiedząc, że nie może ich dać córce i prosi prawniczki, żeby przekazywały jej, że jest obok. Jak mówi, krewni uwięzionej nie liczyli nawet na szansę udziału w procesie, który został utajniony.

Mińsk: Kalesnikawa i Znak zaprzeczyli w sądzie zarzutom o udziale w spisku

– Ale miałem nadzieję, że chociaż na chwilę, na pięć minut, uda mi się ją zobaczyć. Z daleka. Nie udało się – mówi.

4 sierpnia, w pierwszym dniu procesu, też przyszedł do sądu z kwiatami – i z nadzieją, że zobaczy córkę. Nie wpuszczono go jednak, podobnie jak bliskich Maksima Znaka – sądzonego wraz z Kalesnikawą opozycjonisty. Później Maryja napisała mu pocztówkę:

– Śmiałam się, tańczyłam. Wiedziałam, że jesteś obok.

Alaksandr Kalesnikau widział córkę tylko na krótkich nagraniach z sali sądowej z pierwszych dni procesu. Kalesnikawa i Znak są na nich w sądowej klatce. Ona jest jak zwykle krótko ostrzyżona (do aresztu przyjęto w paczce maszynkę), ale ma ciemne włosy, a nie blond, jak wcześniej. W klatce tańczy i uśmiecha się, ręce układa w znak serca.

– Napisała też, że jest szczęśliwa, że może być z Maksem, nawet jeśli to jest tylko spotkanie w klatce. Ona przez wiele miesięcy była sama – mówi Kalesnikau.

Podobnie jak inni bliscy aresztowanych, z córką komunikuje się tylko drogą pocztową. Otwiera teczkę, z której wyciąga listy, pocztówki. Masza pisze prawie codziennie, ale nie wszystkie listy dochodzą.

Przetrzymywaną w areszcie Kalesnikawą „zapraszano” do wystąpienia w państwowej TV

– Myślałem, że ten proces będzie dla mnie strasznie ciężki psychicznie, ale gdy patrzę na Maszę, rozumiem, że ona w tym wszystkim pozostaje wolnym człowiekiem, dobrym w środku. To daje mi siłę – wyznaje. -Nie mam prawa się bać, mając taką córkę – dodaje.

Alaksandr Kalesnikau jest pogodny, cały czas się uśmiecha, ale w reakcji na pytanie, czego najbardziej mu brakuje, płacze.

– Tego, że nie ma jej obok mnie – tyle chciałbym jej powiedzieć. I brakuje mi Taniusz – odpowiada, mówiąc o swojej drugiej córce, która musiała wyjechać z Białorusi.

Mówi, że w listach „wszyscy po prostu marzymy”. Jak opowiada, ich rodzina była bardzo zżyta ze sobą.

– Dzieci wychowywały się w domu, gdzie wszyscy spędzaliśmy razem dużo czasu, wspólnie jedliśmy posiłki, rozmawialiśmy – wspomina.

Dzisiaj jest sam – żona zmarła dwa lata temu, jedna córka jest w więzieniu, druga – za granicą. Jak jednak mówi, otacza go dużo dobrych osób, przyjaciół Maryi, ludzi dobrej woli, które podchodzą do niego, dodają otuchy.

– Ostatnio niedaleko sądu podeszła do mnie starsza pani i dała mi małą figurkę pieska, jamnika: „Gdy będzie panu bardzo źle, proszę go potrzymać za ogonek”. Wzruszyło mnie to – opowiada Kalesnikau.

Nie staje już jednak blisko budynku sądu, w którym trwa proces. Dwie młode dziewczyny, które podeszły do niego niedawno, by wyrazić wsparcie dla Maszy, zostały skazane na areszt za „pikietowanie”.

W 2019 r. Maryja Kalesnikawa przeprowadziła się z Niemiec, gdzie mieszkała i pracowała jako muzyk – flecistka, na Białoruś. Artystka zgodziła się na propozycję Wiktara Babaryki, późniejszego oponenta Alaksandra Łukaszenki w zeszłorocznych wyborach, by zostać kierowniczką OK16, mińskiego hubu kulturalnego. Po przyjeździe z Niemiec Maryja zatrzymała się w mieszkaniu ojca.

– Była pochłonięta pracą, pracowała od rana do wieczora. „Nie rób dla mnie śniadania” – mówiła. Wracała późno, ale widzieliśmy się codziennie wieczorem. Później, gdy dołączyła do sztabu, przeprowadziła się do oddzielnego mieszkania. Myślę, że może chciała mnie w ten sposób ochronić. Ale i tak codziennie byliśmy w kontakcie – dzwoniliśmy, pisaliśmy – dodaje Kalesnikau.

Kalesnikawa pracowała najpierw jako koordynatorka sztabu Babaryki, a po jego aresztowaniu dołączyła do ekipy kandydatki białoruskiej opozycji w wyborach, Swiatłany Cichanouskiej. Gdy tę po wyborach władze zmusiły do wyjazdu z Białorusi, Kalesnikawa zaangażowała się w działania Rady Koordynacyjnej – powołanej przez otoczenie Cichanouskiej jako platforma dialogu w celu przeprowadzenia nowych, uczciwych wyborów prezydenckich. Władze uznały to za próbę „niekonstytucyjnego przejęcia władzy”.

– Rano (7 września 2020 r.) napisała, że wszystko u niej ok. Dowiedziałem się z internetu, zadzwoniła Tania: „Tato, tylko się nie denerwuj”. Powiedziała, że Maszę najprawdopodobniej zatrzymali – mówi Kalesnikau, wspominając dzień zaginięcia córki, które okazało się zatrzymaniem.

Jak dodaje, potem na filmiku internecie zobaczył, że w centrum Mińska jacyś ludzie wpychają ją do samochodu z napisem „Łączność”.

Flecistka, która walczy o Białoruś. Maryję Kalesnikawą opisuje jej siostra

Do wieczora tego dnia właściwie nikt nic nie wiedział. Wtedy zapadła decyzja, by zaangażować adwokatów – Alaksandr Kalesnikau napisał zgłoszenie o zaginięciu. Został zapewniony przez władze, że „odpowiedź przyjdzie na piśmie w ciągu 10 dni”.

– To była najstraszniejsza noc. Bałem się o jej życie. Rano poinformowano oficjalnie, że Masza została zatrzymana – wspomina.

Potem – dodaje – zaczęła się dziwna informacyjna gra. Białoruska straż graniczna opublikowała komunikat, w którym twierdziła, że Kalesnikawa została wypchnięta z samochodu przez swoich kolegów podczas próby staranowania granicy z Ukrainą i została zatrzymana.

W rzeczywistości wydarzenia miały inny przebieg. Maszę i jej współpracowników funkcjonariusze próbowali – jak wcześniej innych opozycjonistów – wywieźć z kraju, ale Maryja podarła swój paszport. Po zatrzymaniu przewieziono ją do aresztu KGB w Mińsku.

– Przynajmniej wiedzieliśmy, że żyje i gdzie się znajduje – mówi Kalesnikau.

Maryi i jej współpracownikowi Maksimowi Znakowi grozi kara do 12 lat więzienia.

– Nie mam złudzeń, że to jest proces i decyzje zapadają zgodnie z literą prawa. Przygotowuję się na ten wyrok – mówi ojciec Kalesnikawej.

Jak mówi, wie, że to będzie ciężkie i straszne. Zapewnia jednak, że jest przekonany, że „zmiany nastąpią” i z aresztu czy więzienia wyjdzie nie tylko jego córka, ale też inni więźniowie polityczni.

– Chciałbym, by stało się to jak najszybciej – mówi.

jb/ belsat.eu wg PAP

Wiadomości