30 lat później. Niepodległość Białorusi wciąż jest zagrożona

Alaksandr
Kłaskouski

30 lat temu Białoruś stała się niepodległym państwem. Korzystając z porażki puczu Janajewa w Moskwie, deputowani Rady Najwyższej Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej nadali Deklaracji Suwerenności status aktu konstytucyjnego. Jednak nawet dziś niepodległość kraju jest zagrożona. W ciągu ostatniego roku reżim Alaksandra Łukaszenki, angażując się w brutalny konflikt z Zachodem, jeszcze bardziej wciągnął Białoruś na orbitę Kremla.

Data uniezależnienia się od ZSRR jest ważna dla Białorusinów świadomych swojej tożsamości narodowej. Wielu z nich wyszło na ulice po zeszłorocznych wyborach prezydenckich, aby zaprotestować przeciwko ich fałszowaniu. A za największe zagrożenie dla suwerenności państwa przeciwnicy Łukaszenki uznają jego reżim, ściśle związany z Moskwą.

Jednak wódz reżimu ignoruje tę datę. Trzydzieści lat temu, kiedy był deputowanym Rady Najwyższej, również opowiadał się przeciwko tej historycznej decyzji, mówiąc, że Białoruś może znaleźć się w gospodarczej i politycznej izolacji od Rosji i innych republik.

Jak poinformowały państwowe media, w gospodarstwie rolnym pod Mińskiem Łukaszenka świętował „25. rocznicę rewolucji w przemyśle kombajnowym”. Brzmi patetycznie, jednak w praktyce była to tylko decyzja o wdrożeniu do produkcji białoruskich kombajnów zbożowych (których jakość jest do dziś kwestionowana).

Cichanouskaja uczciła 30. rocznicę uzyskania niepodległości. Łukaszenka – start produkcji kombajnów

Łukaszenka był przeciwko niepodległości, ale z niej skorzystał

Wtedy, w sierpniu 1991 roku, motorem niepodległości stali się opozycyjni deputowani Białoruskiego Frontu Ludowego (BNF), stworzonego na wzór bałtyckich ruchów działających na rzecz oddzielenia od Moskwy. W celu przeforsowania historycznej decyzji, BFN wykorzystał moment dezorientacji i przerażenia komunistycznej większości w Radzie Najwyższej po nieudanej, wymierzonej w Gorbaczowa „awanturze” rosyjskich puczystów działających pod szyldem Państwowego Komitetu do Spraw Stanu Wyjątkowego.

Łukaszenka, jak twierdzą świadkowie, w ogóle nie głosował w tej sprawie. Kilka miesięcy później nie zagłosował również za ratyfikacją Porozumienia Białowieskiego, które zapieczętowało rozpad ZSRR (choć później wymyślił historię, że jako jedyny głosował przeciw).

Jednak Łukaszenka, jako asertywny i wygadany dyrektor państwowego gospodarstwa rolnego z legitymacją deputowanego, która dawała mu stały dostęp do mikrofonu w parlamencie, błyskotliwie wykorzystał demokratyczne możliwości, jakie pojawiły się na niepodległej Białorusi. W 1994 roku, na fali populistycznej retoryki i nostalgii za utraconym „radzieckim rajem”, wygrał pierwsze wybory prezydenckie i do dziś rządzi krajem.

Niebezpieczna gra

Łukaszenka przejął w spadku upadającą gospodarkę. Trzeba było albo przeprowadzić bolesne reformy rynkowe, albo… Nowo wybrany prezydent wybrał inną drogę: przywiązał się do tanich rosyjskich zasobów, nazywając to „braterską integracją”.

Tak rozpoczęła się niebezpieczna gra, która trwa do dziś. Niebezpieczna, ponieważ, moskiewskie zapędy imperialne nie zagasły. W czasie konfliktów z Kremlem Łukaszenka odkrył tajemnicę poliszynela – Moskwa integrację rozumie wyłącznie jako inkorporację, chce zmiażdżyć Białoruś i uczynić ją swoją własnością.

Konflikty wybuchały przede wszystkim dlatego, że Łukaszenka, który upodobał sobie rządy niemalże autokratyczne, nie chciał oddawać nikomu, w tym również swemu „wielkiemu bratu”, ani odrobiny władzy nad krajem.

Właśnie dlatego białoruski przywódca w pierwszej połowie lat 2000 sprzeciwiał się wprowadzeniu jednolitej waluty, utworzeniu wspólnego parlamentu oraz przyjęciu aktu konstytucyjnego Państwa Związkowego. Te zmiany przewidywała umowa o powołaniu Państwa Związkowego z 1999 roku. A pod koniec 2019 roku nie wyraził zgody na podpisanie planów operacyjnych głębszej integracji.

Integracja czy degradacja? 25 lat Związku Rosji i Białorusi

Jednak Kreml jest cierpliwy i wytrwały. Plany nazywane oficjalnie mapami drogowymi zostały przeformułowane na programy związkowe. Obecnie strona rosyjska delikatnie naciska na to, by Mińsk w końcu je podpisał.

Tymczasem białoruskiemu przywódcy nie jest dziś na rękę zdecydowany opór. Wcześniej miał pole manewru, posługując się tzw. wielowektorową polityką zagraniczną. Albo, jak to określają niektórzy politolodzy, szantażował Moskwę, że skieruje się w stronę Zachodu. Jednak po wyborach 2020 roku relacje z Zachodem kompletnie się zepsuły – skończyła się pomoc finansowa i pojawiły się sankcje. Nie ma więc pola manewru, wszystkie nadzieje na wsparcie finansowe i pomoc gospodarczą są zorientowane na Moskwę.

Łukaszenka zobowiązał się do podpisania pakietu programów związkowych do końca roku. Przewidują one ujednolicenie systemu podatkowego i celnego oraz inne kroki, które jeszcze bardziej instytucjonalnie zwiążą Białoruś z Rosją. Wkrótce zacznie się dyskusja o wspólnej walucie i ponadpaństwowych instytucjach. Będą próbować do skutku.

Dlaczego Putinowi tak zależy na ustąpieniu Łukaszenki?

Rosyjscy stratedzy mają kolejną okazję do rozmowy na temat rozmieszczenia baz wojskowych na Białorusi – skoro Łukaszenka mówi o agresywnych planach Zachodu i wojnie hybrydowej, którą Europa prowadzi przeciwko Białorusi, to Kreml jest gotowy gotowi „przyjść z pomocą na miarę ich możliwości”.

Jeśli Moskwie uda się rozmieścić na Białorusi swoje bazy, to każdemu nowemu rządowi na Białorusi będzie bardzo trudno się ich pozbyć.

O rosnącym uzależnieniu reżimu Łukaszenki od Rosji świadczy również zamiar usunięcia z konstytucji zapisu mówiącego o dążeniu Białorusi do neutralności. Zamiast tego chcą wprowadzić „kolektywne bezpieczeństwo” (czytaj: sojusz wojskowy z Rosją).

Dwa wyzwania dla zwolenników zmian

W ciągu 26 lat sprawowania władzy Łukaszenka kilkakrotnie wdawał się w ostre spory z Zachodem, ale ostatecznie dochodziło do porozumienia: uwalniał więźniów politycznych, nieco łagodząc presję w polityce wewnętrznej.

Jednak obecnie sytuacja jest zupełnie inna. Unia Europejska i USA po raz pierwszy uznały Łukaszenkę za nieprawomocnego prezydenta. Najwyraźniej Zachód postanowił nie grać tym razem w jego grę, nie negocjować w kwestii więźniów politycznych i zwiększyć nacisk poprzez sankcje.

Najprawdopodobniej pod rządami Łukaszenki nie będzie już możliwe zbliżenie Białorusi do Zachodu. A przywódcy nie spieszy się do odejścia. Poza tym jak mówi, kolejny prezydent też będzie kimś z „jego ludzi”. W przypadku swojej śmierci przewidział przekazanie władzy w ręce Rady Bezpieczeństwa, w której także nie zasiadają liberałowie.

„Legalizacja junty”. Politolodzy komentują pomysł Łukaszenki na przekazanie władzy

Innymi słowy, wódz chce unieśmiertelnić swój wrogi Zachodowi i związany z Kremlem system. To z kolei oznacza, że scenariusz cichego przejęcia Białorusi, a przynajmniej przekształcenia jej w podmiot, którym można manipulować, pozostaje zagrożeniem.

A zagrożenie to będzie tylko narastać choćby dlatego, że niezreformowana białoruska gospodarka nie przetrwa bez rosyjskiego wsparcia. Łukaszenka już wcześniej sprzeciwiał się reformom, ale obecnie, po wydarzeniach z 2020 roku, które nazwał próbą drobnomieszczańskiej rewolucji, nie toleruje „rynkowej gadaniny”, jak to określił.

Za każdą najmniejszą drobnostkę Moskwa zażąda jednak mnóstwa przysług dalekich od „drobiazgowych”. Kreml zapatruje się m.in. na reformę konstytucyjną na Białorusi. Rosja chciałaby uzyskać więcej przestrzeni do gry na polu politycznym sąsiedniego kraju.

I w końcu, jeśli wyobrazimy sobie sytuację, że na Białorusi wygrają siły demokratyczne, istnieje duże niebezpieczeństwo, że Moskwa nie zawaha się przed zbrojną interwencją pod pozorem ratowania bratniego narodu przed „faszystowską dyktaturą”. A wszystko legitymizować będą dokumenty podpisane w ramach Państwa Związkowego lub współpracy Wspólnoty Niepodległych Państw.

Owszem, zabawa w „braterską integrację” zaszła bardzo daleko. Po 30 latach od proklamowania niepodległości Białorusi niezależność państwa jest wciąż zagrożona. A zwolennicy zmian na Białorusi muszą myśleć o dwóch wyzwaniach naraz: jak pokonać reżim Łukaszenki i jak stawić czoła imperialnemu zagrożeniu ze wschodu.

Alaksandr Kłaskouski dla vot-tak.tv/belsat.eu

Inne teksty autora – w dziale Opinie

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów