Łukaszenka na spalonym, czyli jak zmęczyć reżim

Michał
Kacewicz
dziennikarz

Czasem protestem, który był mniejszy, niż zapowiadano, można osiągnąć więcej niż dużą manifestacją. Przed Dniem Wolności Łukaszenka popełnił kosztowne błędy.

W czasie wczorajszej, 103. rocznicy proklamowania niepodległego państwa białoruskiego, czyli w Dzień Wolności (Dzień Voli), zatrzymano 118 osób. Z tego w Mińsku – 68. Nie było obrazków znanych z wcześniejszych, ubiegłorocznych manifestacji. Tym razem Białorusini świętowali w dość małych grupach, w różnych miejscach. Czasem nawet pojedynczo. Wbrew rozbudzonym zimą oczekiwaniom, 25 marca nie rozpoczęła się nowa fala protestów.

Na swoim kanale w komunikatorze Telegram Swiatłana Cichanouskaja napisała dziś, że wczorajszy Dzień Woli świętowany był na całym świecie: od Wilna po Los Angeles. A co najważniejsze – w Mińsku i innych miastach na Białorusi. Cichanouskaja dodała, że do dopiero początek. Można by uznać, że takie słowa są przyznaniem się do pewnej porażki. Bo przecież „to dopiero początek” mówi się zwykle, kiedy jakaś operacja nie uda się.

Wbrew zakazom władz: Białorusini świętują Dzień Wolności

W podobnym duchu Cichanouskaja wypowiadała się po niezbyt udanych, ubiegłorocznych próbach organizacji strajków w zakładach pracy. Tylko, że Cichanouskaja nie mogła napisać nic innego. I bynajmniej nie jest to robienie dobrej miny do złej gry. Tylko element strategii. Obliczonej na zmęczenie reżimu Alaksandra Łukaszenki. Za pomocą taktyki partyzanckiej, albo – znanego z piłkarskiego boiska wystawienia na pozycji „spalonej”, czyli pułapki offside. Wydarzenia z wczoraj i dni poprzednich potwierdzają, że ta strategia ma sens.

Nadmierna histeria

Ubiegłoroczne protesty dały Łukaszence do zrozumienia, że ma przeciw sobie znaczną część społeczeństwa. Propaganda może zaklinać rzeczywistość, mówić o zgodzie narodowej, o tym, że przeciw władzy jest garstka wynajętych przez Zachód ekstremistów. Fakty są zupełnie inne. I ludzie z otoczenia Łukaszenki doskonale to wiedzą. Bo mogą tkwić w nieco odrealnionym świecie władzy absolutnej i dziwactw Łukaszenki, ale w jego otoczeniu są przecież ludzie, którzy potrafią czytać statystyki z raportów milicyjnych i KGB. A te muszą pokazywać skalę zrywu Białorusinów.

Szef KGB zgłasza gotowość przed wiosennymi protestami

Dane z tych raportów, są bezwzględne, kiedy pokazują, że na manifestacje wychodzili masowo zwykli mieszkańcy blokowisk, a także małych miast i białoruskiej prowincji. Ludzie władzy doskonale zdają sobie sprawę, że po sierpniu 2020 r. białoruska rzeczywistość wywróciła się do góry nogami i nie ma już powrotu do sytuacji „przed”. Że Łukaszence pomogła utrzymać władzę tylko czysta przemoc i lojalność rozbudowanych struktur siłowych, oraz, częściowo – biurokracji. Oraz, że nie będzie już powrotu do czasów, kiedy większość Białorusinów jakoś tam, milcząco akceptowała Łukaszenkę i widziała w nim przynajmniej gwaranta stabilizacji.

Taka, szczera diagnoza emocji społecznych, prowadzi jednak ludzi władzy do błędnych wniosków. Im nie chodzi już o powrót do czasów sprzed wybuchu protestów, ale o zdobycie trochę czasu. Kupowanie czasu jest taktyką Łukaszenki od zawsze. Tym razem jednak, by zapewnić sobie kolejne kilka miesięcy musi za wszelką cenę nie dopuścić do nowej fali protestów.

Stąd wczoraj w Mińsku była ogromna, choć wcale nie wyjątkowa mobilizacja sił bezpieczeństwa. I zatrzymania nawet bez większych przyczyn (za klakson, za biało-czerwono-białą wstążkę). Władze podeszły do zapowiadanych na Dzień Wolności manifestacji ze standardową nadwrażliwością.

Sądowa codzienność na Białorusi: 12 dni aresztu za naklejkę na aucie znajomego

Taktyka partyzancka

Poniosły jednak koszty. I nie chodzi jedynie o spalone paliwo w ciężarówkach zwożonych do Mińska sił bezpieczeństwa, cenę ich mobilizacji i postawienia na nogi. Są to akurat wydatki, które reżim wpisał już dawno w rubrykę kosztów stałych i na wiele może zabraknąć, ale na nie – nigdy. Bardziej wykańczające są inne koszty. Te, które wiążą się z nerwowymi ruchami i eskalacją histerii w jaką wpada Łukaszenka. Jest dość oczywiste, że jednym z celów ataku na białoruskich Polaków, była próba podpięcia ich pod współudział w rozbijaniu wewnętrznej jedności Białorusi. Z tego, co mówi reżimowa propaganda widać, że celem jest nieustanne obarczanie Polski odpowiedzialnością, za rzekome „wtrącanie się” w białoruskie sprawy. O atak na niezależność Związku Polaków na Białorusi. Ale aresztowanie polskich działaczy, m.in. Andżeliki Borys i Andrzeja Poczobuta, było elementem przygotowań reżimu do spodziewanej, wiosennej fali protestów.

Reżim w Mińsku atakuje Związek Polaków. Polska i Zachód odpowiadają

Koszt, jaki może ponieść Łukaszenka, będzie duży. To nie tylko przypomnienie światu, że w centrum Europy jest kraj w którym władza zachowuje się jak birmańska junta. To również cena rozszerzania i pogłębiania sankcji, nad którymi pracuje Polska i UE. A te dotkną bezpośrednio ludzi z łukaszenkowskiej „elity” władzy i biznesu: przedsiębiorców, dyrektorów zakładów i same zakłady. Sankcje mogą oznaczać odcięcie od respektowanych na świecie ubezpieczeń, gwarancji kredytowych, dostępu do technologii, ochrony patentowej, kontroli technicznej, itd. O blokadach kont, czy zakazie wjazdu do UE nie wspominając. Dla sprzedających na świecie swoje towary przedsiębiorstw, jak np. zakłady MAZ, to katastrofa.

Szef unijnej dyplomacji: chcemy stworzenia Międzynarodowej Platformy Odpowiedzialności dla Białorusi

Taką cenę zapłaci Łukaszenka, za eskalację ataku wobec polskiej mniejszości. Na razie jest gotów ją płacić. Nie wiadomo jednak jaki będzie to miało wpływ na stabilność reżimu. Protesty czasem będą duże, a niekiedy okażą się małe. Za każdym razem będą jednak stawiać na nogi siłowy aparat i skłaniać go do podejmowania kolejnych, represyjnych operacji. Taka już jest logika tego systemu: zawsze zmierza do zastraszenia.

I to jest jego słabość. „Partyzancka taktyka” opozycji może spowodować szybkie zmęczenie reżimu. Przyniesie też rosnące koszty nieustannego dokręcania śruby Białorusinom. Cichanouskaja ma rację. To dopiero początek. Pod warunkiem, że to ona i opozycja będą kontrolowali dawkowanie Łukaszence mieszanki emocji.

Dzień Wolności: kolejny etap walki o demokrację

Michał Kacewicz/belsat.eu

Inne teksty autora w dziale Opinie

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów