Lekarze w pagonach: w czyje ręce trafiają chorzy więźniowie polityczni na Białorusi

W procesach politycznych na Białorusi skazywane są też osoby starsze i przewlekle chore. W aresztach i koloniach karnych trafiają pod „opiekę” więziennej służby zdrowia. Relacje osadzonych potwierdzają, że w wielu przypadkach lekarze podlegli więziennej administracji są wykorzystywani do wywierania dodatkowej presji.

Na światło dzienne wychodzą kolejne szokujące informacje dotyczące traktowania osadzonych w białoruskich aresztach i koloniach karnych. Jedną z nich byłą śmierć Witolda Aszurka. Pełen życia 50-latek zmarł w więzieniu. Według oficjalnej wersji najpierw miał umrzeć na zawał, potem poinformowano o zgonie w wyniku „urazu twarzy”.

Po śmierci w kolonii karnej więźnia politycznego Wiktora Aszurka więzienne władze opublikowały filmik, by udowodnić, że otrzymał on pomoc medyczną. Zdj. Belsat.eu

Więzienne władze opublikowały nawet zmontowany filmik nagrany w karcerze, na którym widać jak mężczyzna uderza się w głowę w toalecie i potem upada ponownie. Na filmiku pokazano, że więźniowi przed drugim upadkiem opatrywano głowę, co miało być dowodem, że otrzymał pomoc medyczną.

Zmarł na serce czy wskutek „urazu twarzy”? Komitet Śledczy ogłasza nową przyczynę śmierci więźnia politycznego WIDEO 18+

Przebywanie w aresztach jest wyzwaniem też dla ludzi zdrowych. Trafiają oni do przepełnionych, duszny cel, niedogrzanych zimą i upalnych latem. Niedawno pojawiły się informacje o kłopotach z sercem Andżeliki Borys i Andrzeja Poczobuta. Ten ostatni zaraził się w areszcie koronawirusem i nie od razu trafił do celi sanitarnej.

Więźniowie polityczni, których na Białorusi jest już ponad pół tysiąca, trafiają automatu do kategorii więźniów niebezpiecznych, co wiąże się ze specjalnym traktowaniem. Jeden z aresztowanych za udział w demonstracjach po wyjściu na wolność w maju opowiedział Biełsatowi, że politycznym aresztantom odmawiano pomocy lekarskiej. Siedzący z nim chory na padaczkę w odpowiedzi na swoją prośbę o pomoc usłyszał od więziennej lekarki, że „biało-czerwono-biali [zwolennicy opozycji – przyp. red.] są zdrowi”.

Pojawiły się też doniesienia, że więźniowie trafiają do cel kwarantanny, gdzie są odizolowani zupełnie od świata zewnętrznego, by ukryć np. ślady pobicia, lub by nie dopuścić do spotkania z adwokatami.

„No co, ku*wy polskie! Tutaj nie macie żadnych praw.” Nowe formy tortur w białoruskim areszcie

Również inni przepytywani przez Biełsat rozmówcy mający do czynienia z więzienną służbą medyczną są zgodni, że pracujący tam lekarze często nie pamiętają już o przysiędze Hipokratesa. Według zgodnej opinii wynika to z faktu, że podlegają oni bezpośrednio więziennej administracji, a pomoc medyczna lub jej odmowa jest często traktowana jako narzędzie nacisku na więźnia.

„Co Pan się tak chwieje?”

Igor Bancer, były działacz Związku Polaków na Białorusi a obecnie muzyk punkowy i animator niezależnej kultury w Grodnie, zetknął się z więziennymi lekarzami podczas prowadzenia tzw. suchej głodówki (czyli pełnego powstrzymywania się od jedzenia i picia) w areszcie.

– Zadawałem im podczas głodówki zawsze pytanie, czy jesteście w przede wszystkim funkcjonariuszami czy lekarzami. Nigdy nie dostałem odpowiedzi – mówił Biełsatowi w kwietniu, po wypuszczeniu z aresztu w Grodnie.

Igor Bancer w sądzie w 3. dniu głodówki. Zdj. M. Kuliaszewicz

Bancer wspominał, że w czasie wizyty lekarza po pięciu czy dziesięciu dniach ciężkiej głodówki na pytanie „jak się czujesz” odpowiadał niezmiennie, że czuje się świetnie jak na osobę, która głoduje tyle dni. W celach zainstalowane są kamery i nie chciał, by administracja więzienna widziała jego słabość. Nie prosił np. o możliwość położenia się w dzień, co jest zabronione. Obawiał się, że jego prośby, mogą być to potem użyte w materiale TV, pokazującym go w negatywnym świetle.

– I choć ja ledwo trzymam się pryczy, to niektórzy z tych lekarzy pozwalali sobie na niewybredne żarciki w stylu: „Co Pan się tak chwieje?” Będąc lekarzami, wiedzieli, że jestem słaby i nie zaproponowali, żebym się położył. Musiałem siedzieć, bo nie poprosiłem ich o litość. Pytanie, czy oni się bali, czy dostali rozkaz? Czy ich humanizm gdzieś się zatracił? – opowiada.

„Zmiękczanie więźnia”

Weteran białoruskiego systemu penitencjarnego i obrońca praw człowieka Michaił Żamczużny spędził za kratami ponad 10 lat. Żamczużny był pracownikiem Witebskiego Uniwersytetu Technologicznego, gdzie pracował nad alternatywnym napędem dla samochodów. Jak twierdzi, jego kłopoty z prawem zaczęły się, gdy odmówił KGB donoszenia na swoich przełożonych. Najpierw skazano go na 5 lat kolonii za wzbogacenie się w wyniku nadużycia pełnomocnictw. Po wyjściu na wolność w 2012 r. założył organizację Platforma zajmującą się obroną praw więźniów. Wtedy, jak mówi, padł ofiarą milicyjnej prowokacji i znów powędrował za kraty na 6,5 r. Na wolność wyszedł w lutym 2021 r.

Białoruski więzień polityczny wyszedł na wolność po 6,5 roku łagru

Obrońca praw człowieka zetknął się z tajemniczym przypadkiem, gdy lekarze w Kolonii Karnej nr 9. zalecili mu przyjmowanie lekarstw na nadciśnienie, od których po kilku dniach pojawiły się halucynacje. Adwokat poradził mu, by je jak najszybciej odstawił je bez wiedzy lekarzy. Więzień przyznający się do zwidów z automatu jest bowiem uznawany za „psychicznego”, z którym można zrobić wszystko. Jak podkreśla, odstawienie lekarstw nijak nie wpłynęło na stan jego układu krążenia.

– Medycy w więzieniach i koloniach nie podlegają Ministerstwu Zdrowia, ich przełożonym jest Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, więc najwyraźniej zapomnieli o przysiędze Hipokratesa. Lekarze ci postępują zgodnie z rozkazami – dodaje.

Jak opowiada, do „zmiękczenia” więźniów używane jest np. popularny nasercowy lek karwalol. Ma on silne właściwości uspokajające. W efekcie więzień pod jego wpływem może podpisać niewygodne dla siebie zeznania.

Na Białorusi idea niewolniczej pracy zyskała nowe życie. Wywiad z b. więźniem politycznym

Żamczużny używa wobec więziennej służby zdrowia określenia „medycyna represyjna”, która była stosowana wobec więźniów i w czasach ZSRR. Według niego jest też stosowana dziś na Białorusi.

– Co więcej w czasach ZSRR na więźniach testowano lekarstwa, a chirurdzy uczyli się swojego fachu. Na Białorusi istniał specjalny szpital (Republikański Szpital dla Więźniów w Mińsku – Belsat.eu) , w którym testowano na więźniach nowe leki i metody, by potem wykorzystać je do leczenia elity sowieckiego władzy.

Aktywista opowiada, że trafił do tego typu szpitala, gdzie pracowali dobrze wyszkoleni lekarze. Według jego relacji wykorzystywali tam metody stawiające szybko skazanego na nogi.

– Cały wysiłek jest tam kierowany na walkę z objawami choroby. Na przykład stosuje się bardzo silne antybiotyki. Człowiek teoretycznie jest wyleczony, jednak potem już przestaje na nie reagować. Powszechne jest stosowanie środków przeciwbólowych. Człowieka boli brzuch, czy głowa i dostaje on bez przerwy środki przeciwbólowe. Nic go nie boli, a choroba się rozwija i sprawia dalsze problemy już na wolności – dodaje.

Michaił Żamczużny jako polityczny spędzał miesiące w karcerze. W kolonii w Horkach przez 3 lata pozbawiono go dostępu do witamin i w wyniku szkorbutu stracił cztery zęby. Zdj. Belsat.eu

Były więzień polityczny przypomina też, że więzienna służba więzienna może być wykorzystywana do ukrywania prawdziwych powodów śmierci więźnia, który np. uległ wypadkowi przy pracy. W takim wypadku lekarze mogą sporządzić np. kłamliwy raport nt. problemów ze zdrowiem zmarłego z datą wcześniejszą.

– Jeśli człowiek umarł od jakiegoś wewnętrznego obrażenia, albo zatrucia to pisze się, że miał wylew albo atak serca. Czasem giną strony z karty zdrowia więźnia informujące, że miał on przedtem przewlekłą chorobę. Z mojej karty zdrowia np. zniknęły strony, na których zapisałem skargę nt. umyślnego otrucia mnie jedzeniem. Gdy domagałem się zrobienia badań krwi, analiza została przeprowadzona dopiero pół roku później. A np. wyniki prześwietlenia żołądka zniknęły z dokumentacji. W celach obok mnie umierali w męczarniach zatruci jedzeniem więźniowie, a diagnoza się nie potwierdzała.

Obrońca praw człowieka opowiada, jak w sąsiednim karcerze w Areszcie Śledczym nr 2 w Witebsku umieszczono przywiezionego z innego aresztu więźnia ze złamanym kręgosłupem.

– Położono go na podłodze, a lekarze nie chcieli umieścić go w szpitalu, bo wiązało się to z wypełnieniem dokumentów i ujawnieniem przestępstw śledczych. Powiesili na tej celi napis „kwarantanna”, co oznaczało, że żadnej kontroli tam nie mogło być. Można się domyślić, jaki był los tego więźnia – relacjonuje.

Czym jest „press-chata”? Więzień, który w sądzie targnął się na życie, spędził w niej 51 dni

Ze stołu operacyjnego do pracy

Z więzienną medycyną zetknął się były więzień polityczny Zmicier Bandarenka, który trafił do aresztu w 2011 r. po wyborach prezydenckich. Był członkiem sztabu Andreja Sannikawa, jednego z kontrkandydatów Alaksandra Łukaszenki. Jeszcze przed zatrzymaniem cierpiał na ostre schorzenie kręgosłupa, które groziło nawet paraliżem nóg, cierpiał też na chorobę wrzodową. I jak twierdzi, w areszcie KGB jego ciężki stan zdrowia wykorzystywano do wywierania na niego nacisku.

– Rozbolał mnie żołądek. Poszedłem do lekarza, który powiedział, że prawdopodobnie pękł mi wrzód. I dokładnie tego samego dnia wsadzili mnie do karceru na 10 dni. Zamiast pomocy medycznej poszedłem do karceru. Domagali się ode mnie wystąpienia w TV, podpisania zobowiązania do współpracy z KGB, standardowy pakiet. A ja odmówiłem – wspomina.

Po 5 miesiącach i usłyszeniu wyroku dwóch lat kolonii karnej za organizowanie zamieszek Bandarenka został przeniesiony do kolejnego mińskiego aresztu tzw. Waładarki.

– Obiecano mi, że po wyroku otrzymam pomoc medyczną. Już przed aresztowaniem kulałem na jedną nogę, problemy z kręgosłupem się zaostrzyły i ból przeniósł się na drugą nogę. Było zagrożenie, że przestanę chodzić. Tymczasem dowiedziałem się, że w ciągu 5 dni muszę pojechać do kolonii. I tylko fakt, że miałem kontakt ze światem zewnętrznym, wpłynął na ich plany. Pomógł mi szczególnie ówczesny europoseł Marek Migalski, mój opiekun w Europarlamencie. Napisał list do szefa więzienia z prośbą o okazanie mi pomocy medycznej.

Jego zdaniem, nie jest tak, że wszyscy więzienni lekarze są gotowi na szkodzenie swoim pacjentom. Jednak i dla niego jest oczywiste, że są oni przede wszystkim funkcjonariuszami MSW.

– Pamiętam, jak więźniowie pytali jedną wysoko postawioną lekarkę więzienną, kim jest przede wszystkim: lekarzem czy milicjantem. A ona odpowiadała tylko: „Widzisz mundur?”. I oczywiste, że przede wszystkim była milicjantką i wypełniała rozkazy swojego dowództwa – opowiada.

Ostatecznie operację kręgosłupa udało się załatwić Bandarence w cywilnym szpitalu w Mińsku. Jednak po niej nie mógł odbyć odpowiedniej rehabilitacji. Został szybko przeniesiony z powrotem do więziennego szpitala na ul. Waładarskiego, a potem wysłano go do kolonii karnej.

– W kolonii karnej trafiłem do oddziału szpitalnego, gdzie miałem siedzieć co najmniej 4 miesiące. Jednak po paru tygodniach wysłano mnie do brygady i usiłowano zmusić do pracy, mimo rekomendacji cywilnych lekarzy. I wtedy zapowiedziałem, że zacznę głodówkę. Wtedy lekarz na oddziale szpitalnym powiedział mi, że on też jest lekarzem i może dać rekomendacje do pracy – wspomina.

Bandarenka przyznaje, że udało mu się uniknąć pracy, gdyż stał się już postacią medialną – był jednym z trzech nominowanych do nagrody Europarlamentu im. Sacharowa. Jego zdaniem jednak, ze zwykłymi więźniami administracja więzienna i lekarze mogą zrobić, co chcą.

– A do tego jeżeli człowiek jest biedny albo nie ma rodziny i nie ma szansy na otrzymanie leków zewnątrz, jest skazany na bardzo ograniczony asortyment leków w więziennym szpitalu – opowiada.

Zmicier Bandarenka w więziennym szpitalu

Według opozycjonisty Witold Aszurak, jeżeli nawet nie zmarł w wyniku skatowania w więzieniu, co jest bardzo prawdopodobne, to i tak za jego śmierć odpowiada administracja więzienna i miejscowi lekarze, którzy nie udzielili mu pomocy. Jednak jak podkreśla, nie ma co liczyć, że prawda, wyjdzie na światło dzienne, gdyż w takiej sytuacji lekarze wiezieni podpisują cokolwiek, żeby z dokumentacji nie wynikało, że odpowiedzialny jest personel kolonii.

– Sytuacja jest o tyle poważana, że więźniowie polityczni są oznaczania żółtymi naszywkami i są gorzej traktowani. A siedzenie w białoruskich aresztach latem jest koszmarem. Nie ma powietrza, klimatyzacji. Śmiertelność w białoruskich aresztach i koloniach zawsze była wysoka, a teraz w sytuacji, gdy jest tylu politycznych, niestety można się spodziewać, że śmierć Aszurka nie będzie ostatnią – podkreśla.

Kontrast między tym, jak zachowują się na Białorusi cywilni i więzienni lekarze, jest ogromny. Ci pierwsi byli jedną z podpór protestów społecznych. Jednym z pierwszych skazanych w procesach politycznym był lekarz mińskiego pogotowia Arciom Sarokin, który poinformował media, że zabity przez milicję demonstrant Raman Bandarenka, inaczej niż twierdził sam Alaksandr Łukaszenka, był zupełnie trzeźwy.

Białoruscy lekarze pomagali ofiarom milicyjnej przemocy podczas demonstracji i pobitym w aresztach uczestnikom protestów. Szerokim echem na Białorusi odbiła się nagrana rozmowa dyspozytorki pogotowia z naczelnikiem okrytego złą sławą aresztu przy ul. Akreścina w Mińsku, gdzie setki zatrzymanych przeszły przez prawdziwe tortury. Szef aresztu zarzucił dyspozytorce, że ekipy karetek… współczują skatowanym.

„Dzisiaj był taki straszny przypadek”. Co aresztowany lekarz zdążył powiedzieć o śmierci uczestnika protestów

Jakub Biernat/ belsat.eu

Wiadomości