Wachdat: przystanek na szlaku na Zachód

Gdy w zeszłym tygodniu na granicy polsko-białoruskiej rozgrywały się dramatyczne sceny, w odległym o prawie 5 tys. km od Polski tadżyckim mieście Wachdat uchodźcy z Afganistanu nadal oczekiwali na wyjazd na Zachód. Nie tracąc nadziei, że to tylko kwestia czasu.

Po przejęciu władzy przez talibów w sierpniu tego roku, to właśnie Tadżykistan stał się jednym z głównym celów w Afgańczyków uciekających przed nowymi władzami. W lipcu zresztą prezydent Tadżykistanu Emomali Rahmon zadeklarował chęć przyjęcia aż 100 tysięcy uchodźców w kraju liczącym niecałe 10 milionów mieszkańców.

Tadżykistan przyjął samoloty wojskowe z Afganistanu. Uzbekistan zestrzelił

Jednak większości z nich od lat nie pozwala się na zamieszkiwanie w stolicy i z tego powodu położony 20 kilometrów od Duszanbe Wachdat stał się istnym „małym Kabulem”, To tu władze Tadżykistanu zdecydowały się osiedlić większość przybyszy z południa. Większości z nich to zresztą też Tadżycy, tyle że z obywatelstwem Afganistanu.

Na ulicach Wachdatu. Zdj. Karol Łuczka/belsat.eu

Wachdat – po tadżycku „jedność” – to typowy obraz postsowieckiego, postindustrialnego rozkładu: skupione wokół kilku szarych kombinatów przemysłowych miasteczko zamieszkuje ok. 40 tysięcy osób, z których większość zatrudnionych jest jednak nie w fabrykach, lecz w drobnym handlu i usługach. Praktycznie każdy miejscowy mężczyzna był kiedyś „na saksach” w Rosji, albo w niedługim czasie się tam wybiera. Powody są jasne – brak jakiejkolwiek pracy, oprócz mizernie opłacanej.

– Od razu po studiach wybrałem pracę w zawodzie, jako lekarz – rozpoczyna swoją opowieść Rustam, ojciec trójki dzieci, sprzedawca w jednym z kiosków na głównej ulicy Wachdatu. – Teraz pensja wynosi 2000 somoni (ok. 740 zł), wtedy o wiele mniej. Wytrzymałem dwa lata. Ale potem rodzina, dzieci… Nie dało się z tego wyżyć. Pojechałem do Moskwy raz, potem drugi.

Rustam wrócił z „saksów” w Moskwie do domu, kiedy jego najstarszy syn poszedł do szkoły. Zdj. Karol Łuczka/belsat.eu

Pracował tam na różnych krytych targowiskach, na przykład w „Sadowodzie”, czyli na podmoskiewskim bazarze, specjalizującym się w owocach i warzywach z południowych krajów b. ZSSR, w tym z Tadżykistanu. Potem handlował ubraniami w Lublino na przedmieściach Moskwy.

– Dwa lata temu, tuż przed covidem, wróciłem tu: najstarszy syn idzie już do szkoły, inaczej nie dawało rady – tłumaczy swój wybór miejscowy Tadżyk.

Rustam urodził się we wsi Czorbog, 10 kilometrów od Wachdatu. Wsi „z krowami i baranami” nie lubi, więc od wielu lat mieszka w miasteczku, często przerywając swój pobyt w domu wyjazdami do pracy w Moskwie. Rustam oprowadza po afgańskich sklepikach, szkole wieczorowej dla nauki angielskiego i improwizowanej galerii sztuki, gdzie po godzinach chętni miejscowi uczą się malarstwa i rysunku.

Zaimprowizowana galeria sztuki w Wachdacie. Zdj. Karol Łuczka/belsat.eu

Jednak przyjezdni większość czasu spędzają w budkach-sklepikach, przesiadując ze znajomymi i od czasu do czasu dorabiając parę groszy.

– Przyjechałem tu z Kabulu trzy lata temu – mówi nieśmiało cichym głosem Nakib, z wykształcenia lekarz. – Kiedy w Afganistanie byli Amerykanie, można było przynajmniej u nich znaleźć jakąś robotę. Ja pracowałem w budowlance, mieliśmy różne zadania przy amerykańskiej bazie. Potem wysłali nas do Ghazni, tam też budowaliśmy.

Nakib twierdzi jednak, że w Ghazni zaczęli mu grozić talibowie. Miał dostać anonimowy list z pogróżkami, że za jego pracę zabiją go razem z rodziną – żoną i czwórką dzieci.

– Zabraliśmy się więc wszyscy razem do Tadżykistanu, i tak już czekamy. Mamy tzw. „czerwoną kartę” – uchodźczą, miejscową, więc nie możemy nigdzie pojechać.

Lekarz z Kabulu Nakib zarabia w Wachdacie szyciem. Zdj. Karol Łuczka/belsat.eu

Teraz Nakib z rodziną usiłuje dostać się do Kanady. Ma tam krewnych i jest przekonany, że łatwiej jest tam się osiedlić i znaleźć pracę. A w Wachdacie pracy nie ma. Dorabia więc szyjąc, ale nawet nie chce tego nazywać pracą.

– Niby mówimy w tym samym języku, co miejscowi (po tadżycku – belsat.eu), ale gdzie ja mogę pracować, jeśli oni tu piszą po rosyjsku (cyrylicą – belsat.eu), a ja znam angielski – żali się szczycący się swoim afgańskim dyplomem lekarz.

Kabul: współpracowników Kanady odnaleźli i ewakuowali żołnierze Ukrainy

Totalny brak chęci do integrowania się w Tadżykistanie widać w Wachdacie na każdym kroku: dla miejscowych Afgańczyków jest to tylko przystanek, a ponieważ prawie wszyscy starają się o jak najszybszy wyjazd do krewnych w Kanadzie, to motywacji do nauki cyrylicy faktycznie brakuje. Nie przeszkadza to jednak w ciepłych relacjach z miejscowymi Tadżykami, z którymi Afgańczycy handlują po sąsiedzku, wymieniając się uśmiechami i grzecznościowymi uwagami. We wspólnym języku.

Na ulicach Wachdatu. Zdj. Karol Łuczka/belsat.eu

Na życiowe wybory miejscowych Afgańczyków jednak ciąży atmosfera grupy, w której prawie każdy z jej licznych członków stara się o to samo: o emigrację do Kanady. W niewielkim Wachdacie co drugi miejscowy sklep, restauracja czy inny zakład jest zresztą prowadzony przez Afgańczyka.

W tym budka energicznego, 27-letniego Sami Rahmana, który wraz z kolegą serwuje na ulicy gorący i tłusty, pożywny bulion obficie doprawiony pieprzem i innymi wschodnimi przyprawami. Sami przyjął na siebie rolę lidera „młodej emigracji” i śmiało wysuwa żądania do zachodnich rządów o przyjęcie Afgańczyków jako uchodźców.

Afgańczycy i Czeczeni zatrzymani na granicy Polski z Białorusią

– Przyjechałem tu 10 miesięcy temu, sam mam licencjat z menedżerstwa z biznes szkoły w Kabulu – mówi Sami Rahman. – Co tu dużo mówić, jakoś po prostu żyjemy. Rano z kolegą wstajemy, o ósmej otwieramy sklep. I tak do 9-ej wieczorem, dzień w dzień. Za wiele na tym nie zarabiamy, jeśli w ogóle cokolwiek. Utrzymujemy się głównie z pomocy krewnych w Kanadzie.

Sami Rachman (z prawej) ze wspólnikiem Zdj. Karol Łuczka/belsat.eu

Podobnie jak Nakib, również Sami Rahman opisuje szykany, których doznała jego rodzina ze strony talibów.

– Mój ojciec, inżynier, pracował nad rządowym projektem budowy tamy w prowincji Herat – wspomina.

Projekt finansowały Indie. Miało się to podobno nie spodobać władzom w Teheranie, bo z powodu tamy zmniejszyłaby się ilość wody w rzece, która dalej przepływa przez Iran.

– W końcu Irańczycy zlecili to talibom, a oni zabili gubernatora okręgu i jeszcze parę osób. Jak w czymś takim żyć? Mój ojciec i brat są teraz w Kabulu, ale nie wychodzą z domu: tata pracował dla afgańskiego rządu, już za to talibowie mogą ich po prostu zabić, jeśli zobaczą – opowiada Sami Rahman.

Zapewnia, że tacy jak on my wyjeżdżają po to, by pracować, a nie „za czymś tam jeszcze”.

– W Tadżykistanie pracy nie ma nawet dla miejscowych, a co dopiero dla nas. Jaki w tym jest sens, żebyśmy tu siedzieli i nic nie robili, żyli z pieniędzy rodziny w Kanadzie, kiedy moglibyśmy po prostu pracować u was na Zachodzie? – retorycznie pyta młody Afgańczyk.

Zdj. Karol Łuczka/belsat.eu

Oprowadzający mnie Rustam przyznaje, że niektórzy z miejscowych czasem gadają na przyjezdnych, ale jemu jest po prostu szkoda, że muszą tu tak siedzieć.

– Przecież ja też tak samo do Rosji jeżdżę do roboty, bo tu po prostu nie ma pieniędzy. Też tam mieszkam jako obcy. No i sam pan wie, co Rosjanie o nas myślą – z pewnym zawstydzeniem ścisza głos miejscowy lekarz.

Zapewnia, że jego znajomi migranci z Afganistanu naprawdę chcą pracować, a połowa z nich, jeśli nie wszyscy, to wykształceni ludzie, ze skończonymi studiami. A do tego się uczą – w szkole finansowanej przez rząd Kanady.

– Angielskiego uczy się tam nawet 60-letnia kobieta – opowiada o tym niczym o lokalnej atrakcji. – Teraz ich tu jest jeszcze mało, ale później po południu, jakoś tak koło czwartej, wszyscy wyjdą, zobaczysz. Wtedy się tu zaczyna prawdziwy Kabul.

Dzień dobiega końca i jak na rozkaz, zgodnie z obietnicami Rustama, afgańscy uchodźcy powoli zaczynają wyłaniać się na zimnych ulicach Wachdatu. Krążą między wspomnianą szkołą, sklepikami, amatorską galerią sztuki a własnymi domami.

Na ulicach Wachdatu. Zdj. Karol Łuczka/belsat.eu

Do zakładu Sami Rahmana wchodzi Abdurrahman. 30-latek o nad wyraz inteligentnym wyrazie twarzy pochodzi z Kunduzu. To jedno z największych miast Afganistanu, położone niecałe 60 km na południe od granicy z Tadżykistanem.

– Tam studiowałem architekturę – mówi Afgańczyk. – Nie mogę powiedzieć, że rozmawiałem z Talibami, starałem się ich unikać. Jeśli któryś ze znajomych tam pozostał, stara się nie wychodzić z domu, by nie zwrócić ich uwagi. Wystarczy, że ktoś z rodziny pracował dla Amerykanów, od razu zaczynają się problemy.

Jakie? Siedzący z nami przy stole Samir Rahim pokazuje ręką wymowny znak odcinania głowy.

– Rodzinę też zastraszają, we wsi mojego wujka po prostu przyszli do jednego domu i na pokaz zastrzelili ojca rodziny na oczach jego dzieci, po prostu żeby ich zastraszyć – kontynuuje Abdurrachman.

Przedstawiciele USA i Rosji ds. Afganistanu spotkali się w Moskwie

O głodzie, który powoli się zaczyna się w jego stronach, nie chce nawet szczegółowo opowiadać. Mówi tylko, że jedyne pieniądze, które mają tam ludzie, to te przysłane od krewnych, którzy już wyjechali. Abdurrahman skarży się, że bez przerwy łyka leki uspokajające: w nocy nie może zasnąć, gdy tylko zaczyna myśleć o tym, co się może stać jego rodzinie. I to przy tym, że w kraju pozostali tylko jego odlegli krewni.

– Amerykanie przyszli, dali nam jakąś pracę, potem pojechali. W Afganistanie nie tylko nie ma pieniędzy, nie ma pracy, ale też pozostawanie tam to ciągłe narażanie życia – przekonuje.

Chociaż wcale nie uważa, że Zachód jest coś winien ludziom, którzy podczas obecności w Afganistanie wojsk NATO zgodzili się z nimi współpracować, to mówi wprost:

– Teraz nie mamy innego wyboru, niż próbować się tam dostać.

Zdj. Karol Łuczka/belsat.eu

Według oficjalnych danych władz Tadżykistanu, w kraju przebywa już ponad 15 tysięcy Afgańczyków, z których przytłaczająca większość próbuje kontynuować swoją podróż na Zachód. W krajach UE jest ich już ponad pół miliona. Większość z tych, którzy dotąd się tam nie dostali, według słów lokalnych Afgańczyków, tak czy inaczej i tak żyje z pomocy krewnych osiadłych w bogatszych krajach.

Mimo chłodu i ciemności, w którą pogrąża się tadżycki Wachdat, w centrum miasteczka uwijają się mężczyźni i kobiety, często ubrane w pstrokate długie suknie i hidżaby. Wśród Afgańczyków widać jak etnicznych Tadżyków, tak i skośnookich przedstawicieli Hazarów wyznających szyityzm, wielu z nich, z tego powodu, zaznało szczególnych prześladowań ze strony talibów, którzy wyznają ortodoksyjny sunnizm. Gdy zapada zmrok, w przenikliwym zimnie, mgle unoszącej się od topniejącego śniegu i dymu z kominów miejscowych kombinatów, różnic między mieszkańcami Wachdatu praktycznie już nie widać.

Pomnik „Matka-Ojczyzna” w Wachdacie. Zdj. Karol Łuczka/belsat.eu

*ze względów bezpieczeństwa część z naszych rozmówców poprosiła o niepodawanie ich prawdziwych imion

dla belsat.eu Karol Łuczka, Wachdat, Tadżykistan

Wiadomości