„Spała pod stołem i ławką”. Rozmowa z koleżanką z celi dziennikarki Biełsatu

Kobieta, która ze względów bezpieczeństwa nie chce ujawniać swojej tożsamości, spędziła około 10 dni w celi razem z dziennikarką Biełsatu Iryną Słaunikawą. Była więźniarka aresztu przy ul. Akreścina w Mińsku opowiedziała o tragicznych warunkach panujących w celi nr 15.

Iryna Słaunikawa pierwsza z prawej. Zdj. Aleksy Dzikawicki / Facebook

„Kotki na lewą stronę”

Irynę Słaunikawą przydzielili do nas kilka dni po tym, jak same tam trafiłyśmy. Od początku dobrze się trzymała. Miała koszulkę z kotkiem, więc poradziłyśmy jej, żeby założyła ją na lewą stronę – chodziło o to, żeby nasi „wspaniali” strażnicy nie czepiali się za bardzo. Żeby się nie wyróżniać. Bo po pierwsze na koszulce jest napis w języku białoruskim, a po drugie – kotek. Nosiła jeszcze różowy t-shirt, również z kotkiem. Raz miała go na sobie podczas przeszukania. Też na lewą stronę. Zapytali ją, dlaczego, a ona odpowiedziała: „Żeby się nie pobrudziła…”.

Była wesoła, nawiązywała kontakt ze wszystkimi, dużo rozmawiała. Bardzo ciekawie opowiadała o swoich podróżach. Wszyscy przyjęli ją życzliwie. Była bardzo miła. Jest uroczą kobietą, wszyscy ją lubią. W celi wszystkie wspierałyśmy się nawzajem, więc pod tym względem było łatwo.

„Podłoga usłana ciałami”

– Warunki były, delikatnie mówiąc, „ograniczające”. W dwuosobowej celi było nas 10. A czasem aż 12. Dziewczyny mówiły, że bywało nawet 15. Ale kiedy ja tam byłam, to najwyżej 11-12. A cela liczyła 10 metrów kwadratowych razem z toaletą.

Iryna Słaunikawa z mężem Alaksandrem Łojką. Zdj. Irina Słaunikawa / Facebook

Jakoś przetrwałyśmy, bo nie miałyśmy innego wyjścia. Układanie się do snu było wyzwaniem. Ja na ogół źle sypiam, więc przez pierwsze kilka nocy, kiedy było zimno, często budziłam się w nocy i przyglądałam się ukradkiem temu wszystkiemu. Mogłam chodzić tylko tam, gdzie leżałam, bo reszta podłogi była usłana ciałami. I to przy dwóch osobach na pryczach i jednej śpiącej na stole.

Iryna w pierwszą noc, może nawet więcej niż jedną, spała w… Stał tam wąski stół, szeroki na pół metra, a obok niego ławka, z nogami przykręconymi do podłogi. I właśnie pod tą konstrukcją – pod stołem i ławką – skulona spała Słaunikawa. Jedynym plusem było to, że blat i ławka zasłaniały trochę światło, które paliło się przez całą noc.

„Jadłyśmy tylko po to, żeby przeżyć”

– Zostałyśmy pozbawione praktycznie wszystkiego, ale oni i tak próbowali zabrać nam to, co nam zostało. To dla nich szczególna przyjemność, zrobić coś, co sprawi, że poczujemy się gorzej, choć właściwie gorzej się już nie da… Przetrwać tam można tylko dzięki wzajemnemu wsparciu. I w człowieku budzi się ogromna chęć, by pokazać im, że jest wręcz przeciwnie, że wszystko jest w porządku, wcale nie tak źle. Ale to ich jeszcze bardziej nakręca. I tu właśnie człowiek szuka pewnej równowagi.

Festiwal Heart of Europe. Na widowni „zarezerwowano” miejsca dla uwięzionych dziennikarek Biełsatu

Istnieją rzeczy, których osoba o normalnym, zdrowym umyśle po prostu nie może zrozumieć. Na przykład „kipisz” (przeszukanie przyp. red.). Czego szukają? Albo kiedy zabierają rzeczy osobiste – tego też nie da się zrozumieć. Przecież nie ma paczek od bliskich. Dziewczyny zebrały jakieś drobiazgi po tych, które wyszły, ale i to są gotowi zabrać. To straszne!

Iryna Leuszyna, dyrektor i redaktor naczelna agencji informacyjnej BelaPAN i Iryna Slanikawa podczas wręczania Nagrody Dziennikarskiej im. Alesia Lipaja. Zdj. TC / Biełsat

Jedzenie? Wszystko jest szare i pozbawione smaku. Dają je tylko po to, by utrzymać ludzi przy życiu. Jadłyśmy więc tylko po to, żeby przeżyć.

„Sanatorium zero gwiazdek”

– Tak, była to cela czysto „polityczna”. Raz przydzielili do nas przez pomyłkę „niepolityczną”. Przyprowadzili ją, kiedy kładłyśmy się spać. Udało nam się już ułożyć tego „tetrisa”, by móc pójść spać, ale musiałyśmy powtórzyć „rozgrywkę” i zrobić jej miejsce. Pogratulowałyśmy jej szczęścia, że dostała się do naszej celi. W nocy były dwa apele, więc podczas jednego z nich zabrano tę kobietę.

Dwa apele, o godz. 2.00 i 4.00. Pobudka o 6.00. Wielu strażników wymagało, żebyśmy wstawały. Musiałyśmy odpowiadać podczas sprawdzania obecności lub podać swoje imiona i nazwiska. Ale byli też tacy strażnicy, którzy mieli łagodniejsze podejście: budzili nas, ale nie czytali listy do końca, nie kazali nam wstawać, tylko klękać i tyle. Był jeden taki, dziewczyny nazwały go „kotkiem”, bo „mruczał” i odchodził.

Tego pomieszczenia nawet nie nazywałyśmy celą, żartowałyśmy, że to „pokój”, „sala”. Albo „sanatorium zero gwiazdek”.

Podczas gali festiwalu TV Heart of Europe uwięzionym dziennikarkom Biełsatu „zarezerwowano” miejsca. Zdj.: JS / Biełsat

Kopniak na pożegnanie

– Kiedy ktoś wychodził na wolność, to „zabierał ze sobą” kilka osób, to znaczy zapamiętywał kilka numerów telefonów. Bo nie można było napisać notatki i nie było nawet czym pisać, a poza tym nie można było nic stamtąd wynieść, bo wszystko było dokładnie sprawdzane, o czym wiedziałyśmy. Miałyśmy taką tradycję, że jak się żegnałyśmy, to myłyśmy podłogę, żeby, jak to się mówi, zatrzeć ślady, żeby nie wracać. I jeszcze jedno: jak po którąś przychodzili, to zakładała buty, ubierała się, a dziewczyny dawały kopniaka w tyłek. Tak, żeby wylecieć i nie wrócić. Tak było z każdą, która wychodziła.

Bardzo przeżywam, że Iryna nie została uwolniona. To straszne! Ale wróciła do naszych dziewczyn – przynajmniej tyle. Pamiętam to uczucie, kiedy czeka się na wyjście. A kiedy już wyjdziesz i znowu cię tu przywiozą, nie potrafię sobie nawet wyobrazić, jak można to przeżyć…

Wierzę i mam nadzieję, że wytrzymają! Dziewczyny są silne, bardzo odważne, wszystkie traktują się nawzajem jak najbliższe sobie osoby. Przynajmniej dzięki temu jest lżej – siedzisz ze wspaniałymi ludźmi.

Aresztowana dziennikarka Biełsatu Iryna Słaunikawa ponownie skazana

zk, ksz, belsat.eu

Wiadomości