Nie tylko mobilizacja, czyli „sucza wojna” Putina. Rosyjscy więźniowie na froncie – wczoraj i dziś

Proceder kierowania na front więźniów nie jest w Rosji nowy. Stosowali go carowie, ale największy zasięg uzyskał w czasie II wojny światowej, kiedy za pospolite przestępstwa można było trafić do karnych batalionów. Nie wywołuje więc zdziwienia, że po latach, w czasie wojny z Ukrainą Kreml wrócił do tego sprawdzonego pomysłu.

„Ja nie wor, ja suka”

Rosyjski pisarz Warłam Szałamow, który spędził 15 lat w kołymskich łagrach, był chyba jednym z najwybitniejszych dokumentalistów epoki stalinowskiego terroru. W jednym ze swoich esejów poświęconych światowi Gułagu pt. „Sucza Wojna” opisał jak „Wielka Wojna Ojczyźniana” zmieniła przestępczą społeczność łagru.

Pewnego wieczoru do obozowego szpitala wniesiono ociekającego krwią więźnia. Dyżurujący strażnik po spisaniu imienia nazwiska, numeru obozowego, jak pisze Szałamow, zadał „najważniejsze pytanie” – „Kim jesteś, kim?”.

Pisarz opisuje co się dalej stało:

Więzień zrozumiał pytanie. Powieki mu drgnęły, rozchyliły się zaschnięte usta i wydał tchnienie:

„S-uuu-ka”.

– Suka! Z zachwytem krzyknął porucznik, wstając i otrzepując kolana.

– Suka, suka! radośnie powtórzył felczer

– Do siódmej, chirurgicznej go!  Potwierdził lekarz . Można było przystąpić do opatrywania. Siódma sala była „suczą”.

Pisarz-łagiernik opisuje potem, dlaczego w pewnym okresie funkcjonowania Gułagu właśnie to pytanie było pytaniem najważniejszym dla więźniów i ich nadzorców i i jaki był sens odpowiedzi na nie.

„Ani kroku w tył”

Agresja III Rzeszy na ZSRR w 1941 r była hekatombą Armii Czerwonej. W pierwszych miesiącach wojny straciła setki tysięcy żołnierzy najlepszych jednostek. Sowieckie dowództwo jeszcze w kolejnym roku nie odzyskało inicjatywy na froncie, tracąc wschodnią Ukrainę. W wyniku nieudanej operacji charkowskiej, która zresztą jako żywo przypominała porażkę rosyjskiej armii w okolicach Iziuma i Bałaklii. Z tym, że wtedy zginęło lub dostało się do niewoli ponad 200 tyś krasnoarmiejców. Niemcy po zdobyciu Donbasu ruszyli na Kaukaz i południową Rosję.

Stalin na klęskę, do której zresztą się przyczynił, zareagował w swój ulubiony sposób. Pod koniec lipca 1942 r. przed frontem wszystkich sowieckich jednostek odczytano sławetny „Rozkaz nr 227”. Przeszedł on do historii pod nazwą „Ani kroku w tył”. Według Stalina receptą na wygraną było wprowadzenie jeszcze większego terroru w szeregach Armii Czerwonej. Jednym z jego narzędzi stały się sławetne karne bataliony – sztrafbaty. Trafiali do nich żołnierze i oficerowie ( o ile ich nie rozstrzelano), za rozmaite przewinienia wobec dyscypliny, tchórzostwo itp. Ale także mogli trafić cywile skazani za zwykłe przestępstwa. „By zmyć je krwią”, jak się wtedy mówiło.

To otworzyło szeroką drogę, którą na front zaczęli trafiać przestępcy. Drugim miejscem ich werbunku były łagry. W teorii skazańców nie można było werbować do wojska Jednak z inicjatywy Ławrentija Berii przebywający w łagrach mogli być amnestionowani lub zwolnieni warunkowo i wysłani na front. Jak podkreślają historycy, proceder ten nie dotyczył więźniów politycznych, skazanych na podstawie sławetnego artykułu 58 Kodeksu Karnego ZSRR. Dla sowieckich władz „wróg ludu” był zawsze bardziej niebezpieczny niż pospolity bandyta.

W efekcie na wojnę poszły tysiące zawodowych przestępców. Jak pisze Szałamow, główną ich motywacją nie był gorący patriotyzm, ale możliwość zabijania, grabienia i gwałcenia. Praktycznie legalnego i bezkarnego.

Zresztą pomysł wykorzystywania więźniów w rosyjskich wojnach ma w Rosji o wiele dłuższe tradycje. Był znany na długo przed „Wielką Wojną Ojczyźnianą”. Wystarczy wspomnieć tysiące polskich zesłańców, którzy trafiali do kaukaskich garnizonów w XIX wieku. Brali udział w kampaniach podbijania tamtejszych ludów.

Frontowcy wracają do zony

Po wojnie byli żołnierze-przestępcy szybko trafiali z powrotem do łagrów. I tu zaczynał się problem. W tradycyjnym kodeksie przestępczym, na którego straży stali tzw. „wory w zakonie” – czyli wyższa kasta przestępcza, jakakolwiek współpraca z więzienną administracją czy szerzej państwem była zdradą. Naruszeniem „zakonu”, czyli bandyckiego kodeksu było wyrządzenie najdrobniejszej przysługi strażnikowi. Nie mówiąc o wojaczce  w szeregach Armii Czerwonej.  Ci którzy złamali ten zakaz, nazywani byli „sukami”.

–  Byłeś na wojnie. Wziąłeś do ręki karabin. Znaczy jesteś zwyczajną suką i podlegasz karze „według zakonu”.  Nie starczyło ci siły woli – by odmówić wstąpienia do kompanii marszowej, zamiast pójść do więzienia czy nawet umrzeć, ale karabinu nie brać – takie zarzuty mieli według Szałamowa słyszeć  „frontowi” przestępcy, którzy z automatu spadali do pogardzanej kategorii.

Liczba zdegradowani bandytów wzrastała. Po wojnie wracali do przestępczego życia i znów trafiali do więzień. Wywoływało to wśród nich frustrację. Bardzo pragnęli bowiem powrócić znów do więziennych łask, by móc bezkarnie wykorzystywać „politycznych” i „frajerów”. Ale w tradycyjnej strukturze nie było dla nich miejsca.

W 1948 roku, jak opisuje Szałamow, były „wor” – „frontowik” o przezwisku Król w punkcie przesyłowym w Wanino nad Amurem postanowił stworzyć nowe złodziejskie prawo i „zalegalizować” nową kategorię więźniów. Władze Gułagu przystały na tę propozycję, gdyż Król, kawaler wojskowego orderu obiecywał wprowadzenie porządku w „zonach”, poprzez wyniszczenie bandyckiej braci.

Nowe prawo pozwalało bandytom na stawanie się funkcyjnymi w łagrach. Król, który stał się starostą, przekonał wszystkich więźniów w swoim obozie do przyjęcia nowych prawideł w swoisty sposób. Przy akceptacji strażników zadał zgromadzonym „worom” krótkie  pytanie: „czy przyjmujecie naszą wiarę?” Ci którzy odmawiali, byli bezlitośnie zabijani. Adepci nowego porządku musieli pocałować nóż. Potem jeszcze rytuał ten się rozrósł. By stać się suką, trzeba było zagrabić kawałek pasa przy łagrowych drutach, otworzyć samodzielnie karcer dostarczonym kluczem i na oczach winnych więźniów zjeść posiłek z „sukami”.

Wbrew intencjom szefów Gułagu, zamiast nastania porządku w zonach, wybuchały kolejne krwawe wojny. Suki zabijały worów, wory – suki. By zapobiec anarchii, członkowie obydwu grup byli zsyłani do różnych łagrów albo izolowani w różnych barakach. Każdy bandyta trafiający do zony musiał zadeklarować swoją przynależność. W aktach zaznaczano ją literką S lub W. Opisywany przez Szałamowa przypadek w więziennym szpitalu, był właśnie jedną ze scen takiej wojny. Trwała ona przez całe 10-lecie po zakończeniu II wojny światowej.

„Suki” kucharza Putina

W Rosji historia lubi się powtarzać.  Napaść na Ukrainę, tak jak 80 lat temu, jest przedstawiona jako operacja narodowo-wyzwoleńcza, bitwa z nazistami, wrogim Zachodem itp. „Specjalna Operacja Wojskowa”, która nawet nie została przez Kreml uznana za pełnoprawną wojnę, zamiast kilku tygodni trwa już ponad pół roku. W pierwszych miesiącach zniszczeniu uległ kwiat rosyjskiej armii, jak choćby szturmowe jednostki Wojsk Powietrzno-Desantowych, czy oddziały doborowych dywizji stających na straży samej Moskwy. Straty rosną, nie ma kim walczyć. Kreml tymczasem długo zwlekał przed ogłoszeniem powszechnej mobilizacji i wysyłaniem do walk nieopierzonych rekrutów. Mając widać w pamięci rzeź w Afganistanie, która dobiła ZSRR.

Rosja. Na wojnę z Ukrainą zwerbowano nawet zabójcę-kanibala

By zaradzić sytuacji do działania rzucił się, czy też został rzucony – człowiek do zadań specjalnych Kremla – „kucharz Putina” Jewgienij Prigożyn. Ten oligarcha swego czasu wkupił się w łaski  dworu dostarczając catering na kremlowskie stoły. Jego dalsze działania to przykład „outsourcingu” przez Kreml wszelkiej brudnej roboty, której władze nie chcą oficjalnie firmować.

Prigożyn finansował słynną petersburską farmę internetowych trolli zajmującą się wszelkiego rodzaju operacjami szerzenia zamętu w zachodnim świecie. Stworzył też słynną grupę Wagnera. Prywatną najemniczą armię, szkoloną przez specjalistów z GRU. Wykonywała ona bojowe zadania od Donbasu poprzez Syrię po Afrykę Środkową. Zawsze działając w interesach Kremla.

Biznesmen ruszył na pomoc Kremlowi również wtedy, gdy wojna z Ukrainą nie dawała oczekiwanych rezultatów. I zrobił to w duchu rozkazu Stalina – werbując na wojnę osadzonych w dziesiątkach koloniach karnych, których siecią pokryta jest Rosja.

– Albo najemnicy i zeki (więźniowie), albo wasze dzieci – taką propozycję złożył rosyjskiej opinii publicznej oligarcha, pytany o komentarz do słynnego wideo, na którym widać jak niczym stalinowski politruk instruuje zeków, co ich może spotkać na froncie.

Na filmiku, jak się okazało, nagranym w kolonii karnej nr 6. W Joszkar Ole, „kucharz Putina” z przyczepionymi do piersi dwiema gwiazdami bohatera Rosji, przekazuje proste przesłanie. Zabrania wycofywania i poddawania się, grabieży, stosunków seksualnych z miejscowymi (w tym z florą i fauną – co podkreślił), picia alkoholu i brania narkotyków. Za usiłowanie dezercji – egzekucja na miejscu. Po pół roku służby  – ułaskawienie lub kontynuacja służby w jego oddziale. Pogrzeb – zgodnie z wolą, lub „w alejach bohaterów w tych miastach, w których istnieją”, lub  przy „kaplicy Prywatnej Kompanii Wojskowej Wagnera” we wsi Goriaczi Kliucz w Kraju Krasnodaskim.

Rosyjski biznesmen zresztą poszedł dalej – na reklamowanej przez siebie stronie internetowej więźniowie w filmikach zachęcają swoich kolegów zza krat do udziału w wojaczce. Przekonują, że jest im doskonale na froncie i przede wszystkim, że jeszcze są żywi.

Gułag TAK. „Kucharz Putina” poleca stronę internetową, gdzie więźniowie zachęcają do walki na Ukrainie

Zwycięstwo „suk”

Rosyjski portal Ważnyje Istorii twierdzi, że Prigożynowi udało się zwerbować ponad 6 tys. wojskowych, z czego ponad 2,3 tys. ruszyło już na front. Prigożyn w swoim przemówieniu poinformował lojalnie, że potrzebni mu są żołnierze grup szturmowych. W przełożeniu  na język epoki II wojny światowej oznacza to, że trafią do swego rodzaju sztrafbatów. Oddziałów rzucanych na pierwszą linię, w których życia żołnierza nie ceniło się zupełnie. A w rosyjskiej propagandzie znowu pojawił się motyw „odmywania krwią swoich win”.

Natalia Jewdokimowa, członkini Rady Praw Człowieka przy Prezydencie Federacji Rosyjskiej w rozmowie z rosyjskojęzycznym kanałem Biełsatu Vot-tak podpisała apel do Prokuratura Generalnego FR, w którym zapytano się na jakiej podstawie prawnej więźniowie mogą ot tak opuścić kolonię i pójść na front. I kto w ogóle wpuścił Prigożyna do zakładów karnych, by mógł osobiście prowadzić werbunek.

Rosja jednak nie byłaby Rosją, gdyby i tu nie przywołano starej instytucji „dupokrytki”. Według dziennikarzy portalu SOTA więźniowie są wywożeni na wojnę oficjalnie dla „dokonania czynności śledczych przez funkcjonariuszy Komitetu Śledczego i FSB, którzy pracują obecnie na kontrolowanych przez Rosję terytoriach Ukrainy”. Pracownicy kolonii karnych także rozumieją, że jeżeli coś pójdzie nie tak, oni odpowiedzą jako pierwsi.

Inną kwestią jest motywacja więźniów. Według Pentagonu oddziały złożone z więźniów ponoszą ogromne straty na froncie. Wynika to z niedoświadczenia wysyłanych na front byłych osadzonych. Z drugiej strony skandal, jaki wybuchł w Rosji w październiku 2021 r. pokazuje, że pójście na front może być dla rosyjskiego osadzonego błogosławieństwem w porównaniu z tym, co może go spotkać w więzieniu.

Przemoc przed kamerą. 40 GB nagrań tortur w więzieniach

Wtedy właśnie wypłynęły gigabajty nagrań tortur rosyjskich kolonii karnych – dokonywanych z inspiracji i przy pełnym błogosławieństwie więziennej administracji. Wykonawcami tortur są sami więźniowie funkcyjni opłacani i obdarzani przywilejami przez więzienną administrację. Okazało się, że w systemie więziennym Federacji Rosyjskiej „suki” , czyli kolaboranci – stały się liczącym się narzędziem używanym do o wiele bardziej dalekosiężnych celów niż utrzymanie kontroli nad więźniami.

Według projektu Gulagu.net – więźniowie ci zajmują się nie tylko łamaniem charakterów nieposłusznych więźniów. Często funkcjonariusze KGB czy innych organów śledczych zlecając tortury, wymuszają na więźniach do składania fałszywych zeznań – oskarżania siebie lub innych. W ten sposób zwiększana jest statystyka wykrywalności przestępstw i wyroków na podstawie według której rozliczani są funkcjonariusze. Więźniowie poddani torturom są potem szantażowani ujawnieniem filmików, na których np. widać jak są gwałceni. To oznacza, że mogą spaść w więziennej hierarchii na samo dno.

Zresztą jak uważa Olga Romanowa, szefowa broniącej praw osadzonych fundacji Ruś Sidiaszczaja, na front ruszyło już przynajmniej 70 więźniów z najniższej kasty niedotykalnych tzw. opuszczonych. To np. więźniowie  poddawani wykorzystywaniu seksualnemu. Według obrończyni praw człowieka – jadą walczyć, bo jest to znacznie lepsze od ich obecnej egzystencji. Jak okazuje się w obliczu pełnego zinstytucjonalizowanego bezprawia panującego za kratami rosyjskich kolonii karnych, wyjazd na front może być wybawieniem.

Sadyści na front

Jednak na front trafiają też więzienni sadyści. Przez przypadek i chyba wbrew swojej woli ujawnił na początku sierpnia rosyjski reżyser Nikita Michałkow. W swoim autorskim programie „Biesogon”, poświęconemu umacnianiu rosyjskiej duchowości, opowiadał z zachwytem o postępku niejakiego Konstantina Tulinowa, skazanego na 16 lat za napady i narkotyki. Mężczyzna, który miał z kolonii karnej ruszyć na front, według rosyjskiego reżysera miał się wysadzić granatem. Przy okazji zabił podobno „trzech nacjonalistów” ukraińskich, co pozwoliło wycofać się reszcie jego oddziału. Michałkow pokazywał go jako pozytywny przykład przemiany człowieka. Mając na pieńku z państwem, nie wahał się zginąć w jego obronie.

Tymczasem jeszcze w 2019 r. Gulagu.net opublikowało śledztwo na temat tortur więźniów w petersburskim areszcie Kriesty. Na zdjęciach wśród torturujących rozpoznano właśnie Tulinowa. Miał być jednym z organizatorów celi tortur.

Gulagu.net podkreśla, że udział więźniów walkach został dostrzeżony przez samego Władimira Putina. Poległy Iwan Nieparatow, skazany na 25 lat za stworzenie zorganizowanej grupy przestępczej i pięć morderstw, został pośmiertnie odznaczony przez prezydenta medalem „Za odwagę”.

Założyciel Gulagu.net twierdzi, że próbowano go zabić

Coraz liczniejsze relacje więźniów pokazują, że w większości przypadków werbunek jest dobrowolny. Dla wielu widmo śmierci na froncie jest widać mniej straszne niż odsiadka w rosyjskiej kolonii karnej. A gdyby ochotników nie było, to według rozmówcy portalu Vot-tak, więźnia kolonii nr 22 w Rybińsku, administracja kolonii ma możliwość takiego „dokręcenia śruby”, że może zmusić osadzonych do pójścia na wojnę. Niemniej jednak pojawiły się też doniesienia, że w kolonii nr 4. w Republice Mari El – więźniowie są wysyłani na front pod przymusem i nikt się ich o zdanie nie pyta.

Jedno co zmieniło się w więziennym stosunku do wojny w porównaniu z okresem II wojny światowej, to brak silnej społeczności worów w zakonie. Nie ma środowiska, które z zasady odmawiałoby wojaczki – i przy okazji zniechęcało innych. W rosyjskich koloniach „suki” stały się częścią systemu. Suki idą na wojnę i suki giną. Kremlowska innowacyjność nie zna granic. Nie dość, że na front docierają świeże dostawy mięsa armatniego, przy okazji utylizowany jest element przestępczy.

Według Aleksieja Nawalnego, politycznego więźnia nr. 1 decyzja o werbunku więźniów pokazuje desperację panującą na Kremlu. Człowiek na co dzień stykający się z kandydatami do wojaczki stwierdza, że są to ludzie absolutnie pozbawieni dyscypliny i danie im broni do ręki oraz wysłanie na front, oznaczać będzie katastrofę.

„Przecieki” z kremlowskich mediów: Nawalny może zostać skazany jeszcze na 15 lat

Jakub Biernat/ belsat.eu

Wiadomości