Rosyjskie pseudoreferenda: fikcja masowego głosowania i masowego poparcia

Dziś na okupowanych przez Rosję terytoriach Ukrainy rozpoczęły się tzw. referenda. Rosja ma duże doświadczenie w organizacji pseudoreferendów, szczególnie na Ukrainie. Moskwa lubi stwarzać iluzję masowego poparcia dla swoich kroków. Biełsat przypomina, jak wyglądały głosowania w 2014 roku na Krymie i w Zagłębiu Donieckim oraz jak przebiegało „referendum konstytucyjne” w Rosji w 2020 roku.

Separatystyczne „republiki” ogłaszają datę „referendum”

Na przełomie 2013 i 2014 roku w Ukrainie odbyła się rewolucja godności, znana także jako Euromajdan. Iskrą, która ją rozpoczęła była podjęta pod naciskiem Moskwy (i z pewnym jej zachętami) decyzja ówczesnego prezydenta Ukrainy Wiktora Janukowycza dotycząca rezygnacji z podpisania umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską. Protesty jednak miały też szerszy wymiar związany z monopolizacją władzy, a także w dużym stopniu przejmowaniem biznesu przez Janukowycza i jego otoczenie. Ukraińcy mieli też dosyć samowoli władz i kwitnącej korupcji. Krwawa pacyfikacja manifestacji pod koniec lutego 2014 roku nie przyniosła oczekiwanego przez reżim rezultatu. Wiktor Janukowycz uciekł do Rosji, a władzę przejęli politycy związani z Majdanem. Moskwa dotąd ocenia te wydarzenia jako przewrót.

„Referendum” na Krymie

Rosja postanowiła wykorzystać osłabienie władz centralnych do przeprowadzenia aneksji Krymu. Pod koniec lutego na półwyspie pojawili się rosyjscy żołnierze bez znaków rozpoznawczych, tak zwane „zielone ludziki”. Zaangażowani zostali też wojskowi rosyjskiej Floty Czarnomorskiej stacjonujący na Krymie. Na początku marca Rada Najwyższa Republiki Autonomicznej Krymu zwróciła się o przyłączenie do Rosji. Decyzję mieli „potwierdzić” mieszkańcy półwyspu w „referendum”. Początkowo miało się ono odbyć w maju, potem pod koniec marca, a później jego termin przełożono na 16 marca. Krymski parlament nie miał prawa podejmować takich kroków, niemniej jednak miał mocne wsparcie Moskwy, a słabe państwo ukraińskie nie miało siły się temu przeciwstawiać. Ukraińska armia dziś a w 2014 roku to dwie całkiem różne rzeczywistości. 8 lat temu trudno było mówić o jakimkolwiek wojsku, szczególnie na Krymie, gdzie służyło wiele osób pochodzących z półwyspu. Na marginesie: był to jedyny region Ukrainy, gdzie etniczni Rosjanie stanowili większość, ponad 50 procent mieszkańców.

Prezydent Zełenski nie wykluczył zwrotu Krymu na drodze dyplomacji

Według „oficjalnych” wyników w „referendum” 16 marca zagłosowało ponad 83 procent mieszkańców półwyspu. 96,8 procent opowiedziało się za dołączeniem do Rosji.

Głosowanie odbyło się z naruszeniem wszelkich możliwych standardów. Po pierwsze, odbywało się ono pod lufami rosyjskich automatów. Po drugie, oponenci aneksji, nawet jeśli mieliby jakąkolwiek możliwość prowadzenia kampanii, to nie zdążyliby się do niej przygotować. Po trzecie, sama procedura głosowania była nieprzejrzysta. Karty do głosowania wydawano wszystkim chętnym. Dziennikarka Radia Swoboda z rosyjskim paszportem głosowała kilkukrotnie, komisje wyborcze nie powstały w regionach, gdzie większość stanowili Tatarzy Krymscy. Ich przywódca Mustafa Dżemilew ocenił prawdziwą frekwencję na około 30 procent. Niezależni dziennikarze informowali, że nie było kolejek przed lokalami wyborczymi, a w przypadku tak wysokiej frekwencji, jak ta o której mówili przedstawiciele kolaboracyjnych władz, powinny tam stać tłumy. Po czwarte: głosowania nie obserwowali niezależni obserwatorzy, na przykład z OBWE, a jedynie przedstawiciele lojalnych wobec Rosji ugrupowań i organizacji, w tym z państw Unii Europejskiej. Z Polski był to na przykład Mateusz Piskorski, który był „szefem zagranicznych obserwatorów”.

Dwa dni później, 18 marca, Moskwa – „przysłuchując się do woli ludu” – ogłosiła aneksję Krymu. Dotąd uznały ją takie państwa, jak Nikaragua, Syria, czy Korea Północna. Nawet Białoruś na poziomie oficjalnych dokumentów nie uznaje półwyspu za rosyjski, choć w grudniu zeszłego roku Alaksandr Łukaszenka oświadczył, że „Krym jest de facto i de iure” rosyjski.

Dlaczego Łukaszenka uznał Krym za rosyjski? Reakcje z Białorusi, Ukrainy i Rosji

Niemniej jednak Kreml osiągnął swój cel: stworzono obrazek powszechnego poparcia dla aneksji, a rosyjskie władze i tamtejsi propagandziści, jak mantrę powtarzają do dziś, że przecież większość mieszkańców Krymu opowiedziała się za dołączeniem do Rosji. O warunkach, w jakich przeprowadzono referendum, milczą.

Zagłębie Donieckie. 2014 rok

Sukces aneksji Krymu zachęcił Rosję do dalszych działań, które miały zmienić granice Ukrainy. W tym celu Kreml postanowił wykorzystać istniejące na wschodzie i południu antykijowskie i pewnym stopniu prorosyjskie nastroje.

Po zwycięstwie rewolucji, oligarchowie ze wschodu kraju bali się utraty swoich pozycji. Wśród nich był na przykład najbogatszy Ukrainiec Rinat Achmetow, który po cichu wspierał protesty przeciwko nowej władzy, które odbywały się w Doniecku i innych miastach Donbasu, licząc, że uda mu się sprawić, że Kijów nadal będzie się z nim liczyć, jak za czasów Wiktora Janukowycza.

Rosjanie dość szybko zorientowali się, że sami je mogą wykorzystać dla swoich celów. „Rosyjska wiosna” miała objąć cały wschód i południe określane najczęściej jednym słowem „południowy-wschód”, bądź pochodzącą z końca XVII wieku nazwą „Noworosja”, czyli obwody odeski, mikołajowski, zaporoski, charkowski, doniecki i ługański.

Rosyjskie plany dla okupowanej Ukrainy: okupacja, filtracja i aneksja

Jednak nawet słabe władze w Kijowie były w stanie stawić na większości terytorium opór, a nastroje prorosyjskie okazały się dość słabe nawet w obwodach, gdzie powszechnie używano języka rosyjskiego. Udało się utworzyć tylko 2 samozwańcze republiki: ługańską i doniecką, które w dodatku nie obejmowały nawet całości tych obwodów.

Moskwie nie przeszkadzało to w zorganizowaniu 11 maja 2014 roku „referendum”. Jego uczestnicy odpowiadali na pytanie: „czy opowiadasz się za aktem państwowej niepodległości Donieckiej/Ługańskiej Republiki Ludowej?”.

W czasie głosowania wykorzystano stare listy wyborcze z 2012 roku, a czasem nawet z 2004 roku, w wielu przypadkach nieaktualne. W niektórych miejscowościach głosowanie rozpoczęło się wcześniej, na przykład, w 2 okręgach w Mariupolu 9 maja. W jednej ze szkół Doniecka dzień później. Ogółem lokali wyborczych było bardzo mało – na półmilionowy Mariupol tylko 4 (dla porównania: na wyborach w 2012 roku ponad dwieście). Dzięki temu można było osiągnąć oczekiwany efekt „obrazka”, gdzie do lokali ustawiają się kolejki.

ISW: wezwania do szybkiego przyłączenia do Rosji samozwańczych republik w Donbasie świadczą o panice Kremla

Separatyści przedstawili porażające wyniki „referendum”. Frekwencja miała wynieść niemal 75 procent. Z tego ponad 89 procent wyborców poparło „niepodległość” Donieckiej Republiki Ludowej, a Ługańskiej 96 procent.

Wyników nie uznała żadna organizacja międzynarodowa, ani cywilizowane państwo. Miały miejsce liczne naruszenia: głosowano wielokrotnie, w tym za członków rodziny, dorzucano karty do głosowania, punkty, gdzie można było głosować ustawiano na placach i w parkach. Eksperci obliczyli, że jeśli w Doniecku byłaby rzeczywiście taka frekwencja, jak twierdzą separatyści, każdy wyborca miałby 8 sekund na oddanie głosu. Same karty do głosowania nie były w ogóle zabezpieczone. W obwodzie ługańskim głosującym towarzyszyli uzbrojeni bojówkarze.

Na głosowaniu nie było nawet rosyjskich obserwatorów. Na terytorium, gdzie odbywało się „referendum” przygotowano za to kilka wzorcowych komisji wyborczych, gdzie rosyjskie media mogły nakręcić odpowiednie materiały prezentujące idealny przebieg głosowania.

Donbas.Realia: Rosja planowała „referendum” w okupowanym obwodzie charkowskim na początku listopada

Oczywiście realny wynik nie był organizatorom w żaden sposób potrzebny. Dzień po referendum, separatyści z Doniecka ogłosili niepodległość i zwrócili się do Moskwy z prośbą o przyjęcie „republik” w skład federacji. Kreml nie spieszył się z realizacją tej prośby, niemniej jednak wezwał Zachód do „uszanowania wyników głosowania i uznania go za wyraz woli mieszkańców” Donbasu.

Na marginesie warto zauważyć, że wówczas Moskwa udawała jeszcze, że nie ma nic wspólnego z separatystami.

I jeszcze raz

Jest jeszcze jedno „referendum”, któremu należy się przyjrzeć, choć nie odbywało się na terytoriach Ukrainy (poza anektowanym Krymem). Latem 2020 roku Rosjanie mieli zatwierdzić zmiany do konstytucji. Głosowanie trwało tydzień, od 25 czerwca do 1 lipca, przy czym ostatni dzień, środa, był ogłoszony dniem wolnym.

Rosja: zakończyło się referendum w sprawie poprawek do konstytucji

Poprawek było ponad 200, ale najważniejsze dotyczyły „wyzerowania” kadencji Władimira Putina, tak aby mógł kandydować w wyborach jeszcze 2 razy: w 2024 i 2030 roku. Teoretycznie może zatem rządzić do 2036 roku. Oczywiście te zmiany zaproponował nie sam prezydent, a przedstawicielka ludu, deputowana Jednej Rosji Walentyna Terieszkowa, pierwsza kobieta w kosmosie.

Głosowanie trwające kilka dni zostało wprowadzone oficjalnie po to, żeby uniknąć tłumów w lokalach wyborczych ze względu na pandemię koronawirusa, ale tego rodzaju rozwiązania stosowane na przykład na Białorusi, znacznie utrudniają kontrolę nad przebiegiem głosowania. Nie wiadomo, co dzieje się z urną z oddanymi biuletynami w nocy. Można było też zażyczyć sobie, aby komisja przyjechała do domu. Nikt nie daje gwarancji, że wówczas pojawi się dodatkowa liczba głosów „za” wrzuconych całą paczką. Powszechne było też oddawanie głosów na podwórku, gdy urna stała na przysłowiowym pieńku. W dwóch regionach Rosji, w tym w Moskwie, można było głosować online, jednak ta procedura też wywołała wiele wątpliwości.

Białoruś: w niedzielę referendum konstytucyjne. Głosowanie już dziś

Wynik był oczywiście taki, jak trzeba: niemal 78 procent Rosjan opowiedziało się za zmianami do konstytucji. Najbardziej „prawidłowo” referendum przebiegło w Czeczenii, gdzie zwolenników poprawek było niemal 98 procent. I choć frekwencja (oficjalnie 65 procent) nie miała prawnego znaczenia, to i tak pojawiły się informacje o zmuszaniu do głosowania pracowników sfery budżetowej czy studentów. Za to, dzięki temu, można było stworzyć obrazek masowego głosowania i tym samym dużego poparcia dla Władimira Putina i jego dalszych rządów.

Co tym razem?

„Referenda” w kontrolowanych przez Moskwę „republikach”, donieckiej i ługańskiej, oraz na okupowanych terytoriach obwodów chersońskiego i zaporoskiego, mają potwierdzić „wolę ich mieszkańców do dołączenia do Rosji”. Nie można mieć wątpliwości, że taką wolę wyrażą. Przy czym będą się one odbywać na terytoriach, których Moskwa nie w pełni kontroluje.

Organizatorzy „głosowania” będą chcieli pokazać, że ma ono charakter masowy. Być może zobaczymy zdjęcia kolejek ustawiających się do „lokali wyborczych” i chętnych głosujących w domach. Oczywiście wszyscy będą deklarować poparcie dla dołączenia tych terytoriów do Rosji. Już teraz takie sondy uliczne z Doniecka, czy Ługańska możemy zobaczyć w rosyjskiej telewizji.

„Głosowanie” potrwa 5 dni, więc można z niemal stuprocentową pewnością założyć, że będzie ono nieprzejrzyste. Poza tym, prawo udziału w „referendum” mają też uchodźcy z terenów objętych działaniami wojennymi mieszkający obecnie w Rosji, w tym na terytorium anektowanego Krymu.

Niewykluczone, że pojawią się też „zachodni obserwatorzy”, którzy będą przekonywać, że głosowanie przebiegło idealnie. Tego rodzaju stwierdzenia mają przekonać Rosjan o akceptacji działań Kremla i rozłamie, który panuje na Zachodzie. Wątpliwe jest, aby ktoś w Unii Europejskiej, czy w Stanach Zjednoczonych, poza coraz węższym gronem zwolenników Putina, uwierzył w wyniki „referendów”. Unijni politycy i przedstawiciele Waszyngtonu już określili głosowanie mianem farsy.

Prezydent RP o rosyjskich pseudoreferendach na Ukrainie: to kpina, a nie głosowanie

Piotr Pogorzelski/ belsat.eu

Wiadomości