Łukaszenka i Putin: razem przeciw całemu światu

Michał
Kacewicz
dziennikarz

Łukaszenka pojechał do Putina już nie jako petent, bo to, co miał do zaoferowania, już sprzedał za wsparcie w utrzymaniu władzy. Obaj znaleźli się w tej samej oblężonej twierdzy.

Trzy godziny i pięćdziesiąt pięć minut. Tylko tyle rozmawiali wczoraj na Kremlu Władimir Putin i Alaksandr Łukaszenka. Tym razem nie było tak, jak poprzednio w Soczi, gdy we wrześniu ubiegłego roku Alaksandr Łukaszenka w pozie posłusznego uczniaka siedział i notował, a rozparty w fotelu Władimir Putin perorował. Wtedy trwało apogeum kryzysu i Łukaszenka drżał o swoją władzę.

Wczoraj widać było, że powietrze zeszło, największe napięcie minęło. Jeśli popatrzeć na mowę ciała, to wczorajsze rozmowy wyglądały jak spotkanie starych przyjaciół. Takich po przejściach, kilku kryzysach, ale jednak skazanych na siebie. Poprzednio w Soczi Łukaszenka nie był wyraźnie pewien, co zrobi z nim Putin i jaką cenę przyjdzie zapłacić za jego wsparcie. Tym razem pojechał do Moskwy z wyraźnym uczuciem ulgi. Znał cenę i nawet, jeśli jest wysoka, to wie, że warto ją zapłacić za utrzymanie władzy.

Dwaj przyjaciele

Alaksandr Łukaszenka podczas rozmów z Władimirem Putinem. Moskwa, 22.04.2021 r. Zdjęcie: president.gov.by

Spotkanie odbyło się w szczególnej atmosferze, na którą złożyły się dwa czynniki. Pierwszy to fakt, że zarówno Putin, jak i Łukaszenka zadekretowali jeszcze przed spotkaniem koniec kryzysu i przyklepali nowy ład. Każdy z nich zrobił to na swój sposób. Łukaszenka, kiedy w lutym ogłosił „pojednanie narodowe” i uznał, że czas protestów się skończył. Potem przykręcił śrubę represji wobec niepokornych.

Putin w zasadzie zrobił podobnie. Wsadził Aleksieja Nawalnego do łagru, uderzył w opozycję. A w przedwczorajszym orędziu wygłoszonym przed Zgromadzeniem Federalnym, skupił się na gospodarce, sprawach społecznych i międzynarodowych.

Rosyjskie superpaństwo według Putina

Drugim elementem, który sprawił, że wczorajsze spotkanie było wyjątkowe, jest napięta sytuacja międzynarodowa. Rosyjskie naciski na Ukrainę i eskalacja zagrożenia militarnego wokół jej granic, próby spozycjonowania się Putina wobec nowej, amerykańskiej administracji, konflikt dyplomatyczny z Czechami i innymi państwami Zachodu, a wreszcie poruszony już w orędziu temat rzekomej próby zamachu na Łukaszenkę i inspirowanego z Zachodu przewrotu na Białorusi.

Ostatnia kwestia była zapewne wygłoszona w orędziu w celu zaakcentowania granic rosyjskiej strefy wpływów, oraz by stworzyć odpowiedni klimat przed spotkaniem z Łukaszenką.

Dzięki temu Białorusin jechał do Moskwy osłabiony jeszcze bardziej. Jako ten, który musi uciekać pod skrzydła Putina. Łukaszenka zresztą dobrze wiedział, że nie ma innego wyjścia. Spalił mosty na Zachodzie brutalnie pacyfikując protesty, przeprowadzając represje wobec opozycji i atakując polską mniejszość na Białorusi. Zachodnie sankcje, oraz białoruskie sankcje odwetowe powodują, że Mińsk nie m0że co liczyć na innego, strategicznego partnera gospodarczego, niż Rosja.

Syndrom oblężonej twierdzy

Jeszcze przed wylotem do Moskwy Łukaszenka twierdził, że z mapy drogowej integracji Białorusi i Rosji pozostały zaledwie 2-3 punkty do zatwierdzenia. Integracja i jej tempo jest przedmiotem targów od wielu lat. Tym razem integracja jest raczej tłem, a nie głównym tematem.

Chodzi o coś więcej, niż usankcjonowanie żmudnego, legislacyjnego procesu. Putin z Łukaszenką rozmawiają w innym klimacie politycznym, niż dotychczas. Obaj stanęli wobec nowych wyzwań. Dlatego z oficjalnych komunikatów o pogłębianiu współpracy gospodarczej, planach popandemicznego otwierania komunikacji między Rosją i Białorusią nie należy wyciągać wniosków. Poza takim, że proces będzie rozciągnięty w czasie w horyzoncie co najmniej kilku miesięcy.

Integracja zostanie sfinalizowana jesienią. O czym Łukaszenka rozmawiał z Putinem w Moskwie

W oficjalnym przekazie nie było nic szczególnego. Może, poza propozycją Putina skierowaną do Wołodymyra Zełenskiego, by się spotkać. Ale po tym, jak ukraiński prezydent uzgodni sporne kwestie z liderami samozwańczych republik z Donbasu. Co oczywiście jest propozycją nadającą się jedynie do odrzucenia przez stronę ukraińską.

Właśnie ten element wskazuje, że Łukaszenka z Putinem w zamkniętej części spotkania rozmawiali przede wszystkim o dalszych krokach wobec Zachodu. O koordynacji działań wobec swoich opozycjonistów, ale i Ukrainy, czy UE i NATO. Po stworzonych przez Putina w orędziu groźbach, oraz kolejnych działań skierowanych na eskalację konfliktu dyplomatycznego (np. dzisiejsze wyrzucenie piątki polskich dyplomatów z Moskwy), można zgadywać, że były to uzgodnienia związane ze zwiększeniem presji na Zachód.

Zarówno w sferze militarnej, jak i politycznej. Łukaszenka, który długo dystansował się od zaangażowania w konflikt rosyjsko-ukraiński (i starał się odgrywać rolę mediatora np. jako gospodarz negocjacji w Mińsku) zdaje się opowiedział się już wyraźnie po rosyjskiej stronie. Sygnały, że tak może być miały miejsce już po ubiegłorocznej awanturze o „wagnerowców” na Białorusi, w którą były prawdopodobnie zaangażowane ukraińskie służby.

Wczoraj komentując możliwość przeniesienia negocjacji w sprawie Donbasu z Mińska w inne miejsce, Łukaszenka powiedział: baba z wozu, koniom lżej. Być może tak już jest, że zależy mu wyłącznie na tym, by było lżej. Pozostaje pytanie, jak długo utrzyma się uczucie ulgi. Zwłaszcza, kiedy trzeba będzie płacić cenę za rosyjską ochronę, a ta nie będzie mała.

Doradca Cichanouskiej o rozmowach Łukaszenki w Moskwie: „jednorazowego” wchłonięcia Białorusi nie będzie

Michał Kacewicz/belsat.eu

Inne teksty autora w sziale „Opinie”

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów