Łukaszenka w objęciach Putina

Michał
Kacewicz
dziennikarz

Łukaszenka poleciał do Soczi prosić o pieniądze. Putin mu je da, ale tym razem na swoich warunkach, bo pole negocjacji białoruskiego dyktatora skurczyło się i nie ma już mowy o meandrowaniu między Rosją, a Zachodem.

Rezydencja rosyjskiego prezydenta w Krasnej Polanie koło Soczi już nie raz było sceną ważnych, dyplomatycznych batalii. Właśnie w Soczi Alaksandr Łukaszenka wraz z Władimirem Putinem jeździli na nartach i grali w hokeja w rezydencji „Laura” w górach. A przede wszystkim negocjowali. Zresztą Łukaszenka ma tam przekazane mu przez Rosjan do dyspozycji dekadę temu sanatorium „Białoruś” w Krasnej Polanie, z którego często korzysta. I to pewnie tam próbował się relaksować, oczekując na przyjęcie przez Putina.

Alaksandr Łukaszenka przyleciał do Rosji już w piątek i to dla niego kolejna „wizyta ostatniej szansy”. Chodzi oczywiście o pieniądze. Dla walczącego o przetrwanie białoruskiego dyktatora kredyt od rosyjskiego sponsora jest obecnie najważniejszy. Jest kwestią przeżycia. Łukaszenka od 2019 roku do końca ubiegłego roku odwiedzał Rosję osiem razy. Za każdym razem, szczególnie od lata 2020 r., jego pozycja negocjacyjna była coraz słabsza. Dziś jest dramatycznie słaba. Nie może odrzucić żadnego rosyjskiego warunku postawionego w zamian za pieniądze. Chyba, że chce jedynie trochę pograć na czas.

Negocjacje czy błaganie

Przed wyjazdem do Soczi Łukaszenka zapewniał, że nie jedzie żebrać o pieniądze. Twierdził, że musi poinformować Putina o rezultatach Ogólnobiałoruskiego Zgromadzenia Ludowego oraz podziękować za miejsca na uczelniach dla białoruskich studentów i za szczepionkę na koronawirusa. Tu Łukaszenka częściowo ma rację. Tyle, że należy czytać między jego słowami.

Rosja przekazała Białorusi technologię produkcji szczepionki na koronawirusa

Jednak już sam początek otwartej dla mediów części spotkania pokazał, kto będzie prosił, a kto łaskawie dawał, lub nie dawał. Putin, zwykle, kiedy chce pokazać wyższość i siłę – siedzi rozparty na krześle. Tak było i tym razem. Kiedy nie mówił, na jego twarzy malował się klasyczny, „putinowski” wyraz: mieszanina politowania i znudzenia. Łukaszenka zaś siedział obok w pozie pilnego uczniaka: ściągnięte na baczność nogi, notes na kolanach. Robił notatki, kiedy Putin rozprawiał o wysokiej jakości białoruskiej żywności (nota bene tej samej, którą nie raz rosyjskie służby sanitarne blokowały, wyrzucały ze sklepów i zakazywały importu). Dysproporcje między obu przywódcami są widoczne od początku. Nie tylko w mowie ciała.

Bez wątpliwości Łukaszenka złożył Putinowi raport z sytuacji na Białorusi i przedstawił plan wyjścia z kryzysu, w jakim tkwi od sierpnia ubiegłego roku (od czasu sfałszowanych wyborów). I zapewniał rosyjskiego prezydenta, że sytuacja się normalizuje, a przeprowadzenie gigantycznego Zgromadzenia Ludowego pokazało, że naród jest z nim. Przeciw niemu – garstka wichrzycieli.

Taki „raport” o stanie walki z protestującymi Białorusinami był warunkiem progowym kluczowych negocjacji. Tych o pieniądze, które pozwolą Łukaszence przetrwać: opłacić rachunki, spłacić trochę długów, zapłacić armii popierającej go nomenklatury, pracownikom państwowych zakładów i oczywiście sektorowi siłowemu.

Resort obrony: manewry Zapad-2021 odbędą się także na Białorusi

Przed spotkaniem rosyjski dziennik Kommiersant twierdził, że w czasie spotkań od 22 do 25 lutego, białoruski gość będzie negocjował kredyt 3 mld USD. Źródła Kommiersanta mówiły, że Mińsk chce uzyskać resztę uzgodnionego wcześniej kredytu na budowę elektrowni atomowej. Rosja obiecała linię kredytową w wysokości 10 mld USD, z których do tej pory Białoruś wykorzystała 4,5 mld. Pozostałe środki były do tej pory wstrzymane z powodu nasilających się od 2019 r. tarć wokół tzw. integracji Białorusi i Rosji. Inne źródła dziennika mówią o kredycie 3-3,5 mld. USD.

Teatr dla jednego aktora

Być może był to tylko kremlowski przeciek kontrolowany, który miał wzmóc presję na Łukaszenkę. We wrześniu ubiegłego roku, a więc w szczycie protestów, kiedy Łukaszence kruszył się grunt pod nogami, poleciał do Rosji i przywiózł obietnicę kredytu 1,5 mld. USD. W październiku Białoruś dostała pół miliarda USD pożyczki z banku Euroazjatyckiego Funduszu Stabilizacji (w którym Rosja ma największe aktywa i głos). Zaś w grudniu w ramach mowy międzyrządowej Rosja przekazała Białorusi pół miliarda pierwszej transzy kredytu. Druga transza ma popłynąć w pierwszym półroczu 2021 r.

Jednak żywej gotówki Białoruś nie dostała tak wiele. Znaczna część kredytów poszła bowiem na obsługę dotychczasowych długów. Np. z rosyjskiej transzy – jedna trzecia na zapłacenie rosyjskiemu Gazpromowi za dostawy gazu. W ten sposób Rosjanie pożyczają, przepisując cyfry w tabelach białoruskiego zadłużenia. A jednak dla Łukaszenki rosyjskie wsparcie ma dziś zasadnicze znaczenie. Bez niego nie przetrwałby, bo nie miałby z czego opłacać choćby aparatu przemocy, który walczy z protestami.

Koniec wahadła

Przez dwie dekady fundamentem polityki Łukaszenki wobec Rosji była zasada wahadła. Polegała ona na tym, że w relacjach z Rosją białoruski satrapa starał się osiągnąć zawsze maksimum korzyści w postaci dopływu kapitału, rynku zbytu, dostaw tanich, bo dotowanych surowców, oraz wsparcia politycznego. Kluczowe było, żeby kontakty gospodarcze odbywały się na jak najmniej rynkowych zasadach i miały „specjalny” charakter, zagwarantowany polityczną bliskością Mińska i Moskwy.

Jednocześnie za każdym razem, kiedy Moskwa była zaniepokojona nieopłacalnością takich relacji i wysokimi kosztami dotowania Mińska i pojawiały się w Rosji pomysły, żeby przejść na zasady rynkowe, Łukaszenka wychylał się w drugą stronę. Na Zachód. Szukał wtedy drogi do jakiejś formy dialogu z Europą. Tak było i wtedy, gdy Kreml naciskał na przyspieszenie integracji, by objąć Białoruś ściślejszą kontrolą polityczną, oraz przede wszystkim, kontrolować białoruskie aktywa w gospodarce.

Łukaszenka i Putin chcą ostatecznie zniszczyć wolne media

Oczywiście, jego wahadło zawsze było mocno wychylone tylko w jedną stronę – na Wschód. Dialog z Zachodem był najczęściej pozorowany, albo wręcz był oszustwem. Jak przed wyborami w 2010 r., kiedy UE uwierzyła, że Łukaszenka chce się w umiarkowany sposób demokratyzować i otwierać na Zachód. A on potem sfałszował wybory jak zwykle, spacyfikował protesty i wsadził do aresztów i więzień swoich konkurentów.

W pewien sposób, ale już nieskutecznie, pozorował wychylenie na Zachód i w ubiegłym roku. Np. strasząc rosyjską interwencją, czy próbując rozmawiać z Amerykanami. Jednak po sfałszowanych wyborach 9 sierpnia i krwawej rozprawie z protestującymi Białorusinami, wahadło Łukaszenki przestało się wychylać na Zachód. Stracił możliwość jakiegokolwiek manewru w stronę Europy. Obłożony sankcjami i nie uznawany za prezydenta, nie może szantażować Putina „dogadaniem się” z Zachodem. Jest już całkowicie skazany na łaskę i niełaskę Rosji.

Unijny szef dyplomacji: Rosja jest na kursie konfrontacyjnym z Unią

Jadąc do Soczi paradoksalnie Łukaszenka może mieć dobry nastrój. Owszem, musi przyjmować rosyjskie kredyty bez wybrzydzania. Na rosyjskich warunkach i z bardzo wąskim polem negocjacyjnym. Stracił wobec Putina elastyczność w rozmowach o tzw. integracji. Czyli, zgodnie z rosyjskimi oczekiwaniami, będzie musiał pogodzić się na przyspieszenie procesu integracji. A jednak, mimo utraty opcji manewru, zyskał coś istotnego: braterstwo walki na tym samym froncie.

Bo przecież, co pokazał ostatni miesiąc, Putin ma podobne problemy. Również wszedł na drogę ulicznej konfrontacji z opozycją, na szlak brutalnych represji wobec własnego społeczeństwa. I tak samo (choć na razie w mniejszym wymiarze) jest obiektem zachodnich sankcji. Putin nie może wobec Łukaszenki grać roli upominającego żandarma. Znając styl Łukaszenki, można się spodziewać, że to on wypomni rosyjskiemu koledze, że nie radzi sobie. Że obaj są na tej samej wojnie.

A w okopach, jak to w okopach – trzeba się dzielić każdą konserwą. Pozostaje pytanie, czy tą „konserwą” będzie wyłącznie rosyjski gaz, ropa i kredyty, czy może przede wszystkim białoruskie przedsiębiorstwa? Gotowości do wzięcia udziału w ich podziale Moskwa nie ukrywa od lat.

Rosja chce przejąć lokomotywy białoruskiej gospodarki: rafinerie

Michał Kacewicz/belsat.eu

Inne teksty autora – w dziale Opinie.

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów