Kim: „Zrozumieliśmy, że tutaj to nie Białoruś, ale zupełnie inny kraj”. Historia nr 6 z cyklu „Miałem szczęście”

To tylko jedna z zebranych przez dziennikarzy Biełsatu relacji, które dokumentują fakty brutalnej przemocy stosowanej przez funkcjonariuszy reżimu wobec uczestników pokojowych protestów i przypadkowych osób. Swoje historie opowiedziały nam same ofiary.

Restaurator Kim Mazur nazywa bicie i zastraszanie „niedogodnościami, które mogą być traktowane jako tortury”. Mówi, że bardziej martwił się o swojego przyjaciela Andreja. Sam jest sportowcem, więc łatwiej jest mu poradzić sobie ze wszystkim, co się stało. 10 sierpnia mężczyźni wybrali się na przejażdżkę po mieście, bo chcieli zorientować się co się dzieje w stolicy. Spotkali się na ulicy Rakauskiej, rozmawiali. W pewnym momencie podjechał do nich bus z milicjantami, ci dosyć grzecznie zaprosili ich do samochodu.

– Wtedy jeszcze myślałem, że na Białorusi wszystko jest regulowane przez prawo i nie dojdzie do żadnego absurdu. Że przesłuchają nas i po trzech godzinach będziemy wolni – wspomina Kim.

Kim Mazur. Zdj. belsat.eu

Zatrzymanych zabrano pod pomnik „Mińsk – Miasto Bohater” (tego dnia właśnie tam zgromadziło się najwięcej protestujących) i zaprowadzono do milicyjnej więźniarki. To tam pojawiły się pierwsze upokorzenia i siniaki. Trzech mężczyzn znalazło się w małej i dusznej „kabinie” we wnętrzu pojazdu. Słyszeli, jak ludzi brutalnie bito na zewnątrz i w więźniarce.

– Zrozumieliśmy, że tutaj w samochodzie to nie Białoruś, to zupełnie inny kraj – mówi.

Wtedy ostatecznie pozbył się złudzeń, co do działania prawa. Zatrzymani zostali zabrani do jednego z urzędów dzielnicowych stolicy. Potem była „ściana” OMON-owców – bili nowo przybyłych, kazali im klęczeć twarzami do ziemi. Później zaprowadzono ich do sali z betonową podłogą i znów kilka godzin spędzili w tej samej pozycji.

Kim mówi, że milicjanci czuli się przynajmniej niezręcznie z tym, co działo się wokół nich. Kiedy jeden z nich został sam z dziesiątkami pobitych, przeprosił ze słowami: „Taki jest system”, a nawet pozwolił zatrzymanym zadzwonić do swoich bliskich. Sześć osób zdążyło zatelefonować.

– Nagle wbiega ktoś z pałką w ręku i krzyczy: „Jak śmiecie podnosić rękę na milicję!” Po prostu szedł i bił wszystkich pałką – wspomina mężczyzna.

Ten funkcjonariusz zabronił puszczać zatrzymanych do toalety i dawać im wody. Rano wszyscy zostali zabrani do aresztu w Żodzinie.

W kolejnej więźniarce znalazł się również przyjaciel Kima, Andrej.

– Jeden z dowódców wskazując na mnie, powiedział: „Temu wesołemu chłopakowi poświęćcie szczególną uwagę”. Cios w nogę, w szczękę, w plecy, związali mi ręce za plecami – opowiadał.

Mężczyzna zobaczył, jak mundurowy położył stopę na twarzy i szyi jego przyjaciela i zaczął naciskać. Po jakimś czasie Andrej stracił przytomność. Zatrzymanych rzucali jeden na drugiego i zmuszali do czołgania się po ciałach innych osób, podczas gdy OMON-owcy kontynuowali bicie. Funkcjonariusze nazywali ten proces „naprawą” – mówili, że naprawiają niewłaściwych ludzi. Podobną historię opowiedział nam Wadzim.

– Przeczołgałem się do samego końca ciężarówki i położyłem się za schodami, żeby na nikim nie leżeć. Zabrzmiał rozkaz: „Zwłaszcza nad tym z tyłu popracujcie”. Chodzili po całym moim ciele, od pięt do szyi. Przez całą drogę do Żodzina byliśmy bici. Krzyczeli: „Jedźcie do Polski, pracujcie jako prostytutki i kierowcy ciężarówek” – tak wyglądało przeniesienie do Żodzina.

W celi był mężczyzna ze złamaną nogą, ludzie ze złamanymi nosami, rozciętymi wargami, a nawet powiekami. Przyjaciel Andrieja miał uraz głowy i ciągle tracił przytomność.

– No a mi powiedzieli, że całe plecy mam niebieskie. No, jak niebieskie to niebieskie – Kim powtarza, że jemu jako sportowcowi, łatwiej mu było wytrzymać fizyczny ból i tortury.

Większość ludzi została zwolniona na kilka dni przed terminem zakończenia kary. Dzień po wyjściu na wolność Kim otrzymał telefon z Komitetu Śledczego. Zaproponowano mu, by przyszedł porozmawiać o zatrzymaniu i pobiciu. W biurze śledcza zapytała, czy Kim planuje to zgłosić.

– Spojrzałem na jej biurko i zobaczyłem całą kupę zgłoszeń, to na samej górze było takie samo, jak moje. Wtedy i wtedy, taki i taki obywatel został zatrzymany, w sprawie pobicia prowadzone jest śledztwo. A do tego notatka: jeśli nie pojawią się dodatkowe okoliczności, sprawę umorzyć.

Śledcza wzruszyła ramionami i przyznała, że zgłoszenie „nikomu nie pomoże”. Zamiast tracić czas w Komitecie Śledczym, mężczyzna poszedł pomóc wolontariuszom stojącym pod murami aresztu przy ul. Akreścina.

Rysunek Kima Mazura. Zdj. belsat.eu

Pod koniec rozmowy Kim znów machnął ręką mówiąc o swoich obrażeniach. Nie zamierza prosić żadnych organizacji o pomoc.

– Jaka pomoc? Jest wystarczająco dużo ludzi, którzy naprawdę potrzebują pomocy. Kiedy usłyszałem inne historie, zdałem sobie sprawę, że właściwie miałem szczęście. Ja sam sobie poradzę z moimi siniakami.

Wszystkie historie cyklu „Miałem szczęście” znajdują się tu – można je przeczytać oraz ich wysłuchać..

Wiadomości