7 lat po Majdanie. Rewolucja Godności popchnęła Ukrainę w stronę Zachodu

Piotr
Pogorzelski
dziennikarz Biełsatu, autor podcastu Po prostu Wschód

Podczas, gdy na Ukrainie wspomina się w dniach 18-21 lutego najbardziej krwawe dni rewolucji godności, do której doszło na przełomie 2013 i 2014 roku, na Białorusi trwają prześladowania dziennikarzy, działaczy pozarządowych oraz wszystkich oponentów reżimu Alaksandra Łukaszenki. Rewolucja, która skończyła się 7 lat temu, oznaczała koniec bezkarności władzy, z którą teraz mamy do czynienia w sąsiedniej Białorusi.

Władza w Kijowie nigdy nie była tak silna, jak władza Alaksandra Łukaszenki w Mińsku. Nawet chyba za czasów chyba najsilniejszego prezydenta, Leonida Kuczmy, który zajmował to stanowisko przez 11 lat. Mimo że próbował doprowadzić do wyboru na swego następcę Wiktora Janukowycza, to ta operacja zakończyła się porażką właśnie ze względu na opór Ukraińców i wybuch pomarańczowej rewolucji. Odbywała się ona zimą, na przełomie 2004 i 2005 roku.

Buta i blichtr reżimu Janukowycza

I mimo że Wiktor Janukowycz i tak został później szefem państwa, w 2010 roku, już w wyniku uczciwych wyborów, to swojej kadencji nie dokończył. Przyczyna była bardzo prosta: centralizacja władzy wokół prezydenta na wszystkich jej poziomach i w różnych sferach począwszy od politycznej do gospodarczej, naciski na dziennikarzy i społeczeństwo obywatelskie oraz prześladowanie opozycji według najgorszych wzorców z Mińska i Moskwy. Do tego dochodziła zachłanność, miłość do bogactwa oraz paranoiczny strach przed możliwym zamachem.

Cmentarz w Bykowni, bramki ustawione w lesie przed wizytą Wiktora Janukowycza, zdj.: Piotr Pogorzelski

To Wiktor Janukowycz chciał podejmować wszystkie decyzje, a jego otoczenie przejmowało wszystkie najbardziej intratne interesy. Nawet te najmniejsze. Jako przykład zawsze pamiętam żale, które słyszałem w Doniecku, o przejmowanych firmach taksówkowych przez ludzi z otoczenia prezydenta. Takie zachowanie wywoływało sprzeciw coraz większej części społeczeństwa.

Rezygnacja z umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską i zwrot w stronę Rosji było tylko ostatnią kroplą, która przelała czarę goryczy i wywołała pierwsze protesty zwolenników integracji europejskiej.

Demonstracja w Kijowie w listopadzie 2013 r. Zdj.: Piotr Pogorzelski

Ponieważ ówczesna władza, podobnie jak obecna w Mińsku, znała tylko jeden sposób dialogu, za pomocą pałki milicyjnej, w nocy z 29 na 30 listopada brutalnie spacyfikowano miasteczko namiotowe demonstrantów na placu Niepodległości. Zdjęcia pobitych, w większości studentów, wywołało jeszcze większe oburzenie społeczeństwa i kilkuset tysięczne protesty, które w końcu przerosły w jedno wielkie miasteczko namiotowe w centrum Kijowa. Tutaj już władze nie zdecydowały się na brutalną pacyfikację, choć podejmowano takie próby. Ginęli pojedynczy demonstranci, wśród nich Białorusin Michaił Żyzneuski.

Miejsce, w którym został zastrzelony Michaił Żyzneuski, zdj.: Piotr Pogorzelski

Dochodziło także do prób likwidacji barykad i szturmów na dzielnicę rządową. Tak było na przykład 19 stycznia 2014 roku.

Zamieszki na ulicy Hruszewskiego w Kijowie, 19 grudnia 2014 r., zdj.: Piotr Pogorzelski

Od 18 lutego do demonstrantów otwarcie strzelano. To właśnie wówczas funkcjonariusze zabili około stu osób, które zostały określone mianem „niebiańskiej sotni”. Dotąd w ukraińskich miastach można spotkać miejsca upamiętniające tych bohaterów, którzy z drewnianymi tarczami szli na uzbrojonych funkcjonariuszy, mających jeszcze wsparcie snajperów.

Dla zwycięstwa rewolucji istotne było też poparcie ze strony mediów i stojących za nimi oligarchów, którym też nie podobał się monopol donieckiego polityka.

Ogromne i decydujące znaczenie miała może nawet przede wszystkim determinacja społeczeństwa, pomoc przekazywana przez zwykłych Ukraińców protestującymi i ogromna umiejętność samoorganizacji. Okazało się, że na placu Niepodległości zorganizowano dość dobrze funkcjonujące miasteczko namiotowe z własną cerkwią, gdzie zresztą też były odprawiane nabożeństwa katolickie, szpitalem, stołówką i miejscem, gdzie odbywały się wykłady dla manifestantów.

Magazyn żywności w siedzibie Związków Zawodowych, zdj.: Piotr Pogorzelski

Ukraińska rewolucja wygrała, co wiązało się jednak z ogromnymi stratami. Nie tylko na majdanie, ale też związanymi z późniejszą rosyjską agresją na Krymie i poparciem, także militarnym, dla separatystów w Zagłębiu Donieckim. Te działania Moskwy oraz wcześniejsze wyraźne wsparcie dla reżimu Wiktora Janukowycza kosztowały Rosję bardzo dużo. Ukraińskie społeczeństwo odwróciło się od Moskwy i zbliżyło do Zachodu. Tę lekcję Kreml bardzo dobrze zapamiętał. Widać to w czasie obecnych wydarzeń na Białorusi, gdy wsparcie dla Alaksandra Łukaszenki ze strony Kremla jest widoczne, ale nie manifestowane.

Zwycięstwo i co dalej?

Wygrana demonstrantów wywołała falę oczekiwań, co do zmian na Ukrainie. W przeciwieństwie do pomarańczowej rewolucji, Ukraińcy nie pokładali nadziei w jednym polityku. Nie było drugiego Wiktora Juszczenki. Było za to już dość dobrze ukształtowane społeczeństwo obywatelskie, które kontrolowało i dotąd kontroluje władze.

Przez te 7 lat od zakończenia rewolucji godności zrobiono wiele kroków w kierunku europeizacji Ukrainy: trwa walka z korupcją, podejmowane są próby reformy sądownictwa – to sędziowie bowiem w dużym stopniu są hamulcowymi wszelkich reform, nastąpiła znaczna ukrainizacja kultury, która nie kopiuje już ślepo wzorców z Moskwy. Oczywiście można by było zrobić o wiele więcej, ale wielość ośrodków, które mają różne interesy, w tym często korupcyjne, hamuje zmiany. Jest to jednak także gwarancją tego, że Ukraina nie pójdzie drogą Białorusi, czy Rosji, gdzie będzie jeden silny ośrodek, który będzie narzucał całemu państwu swoje poglądy.

Kijów uderza w lobbystę Rosji na Ukrainie

Często jednak chęć do porozumienia z różnymi ośrodkami staje się przekleństwem Ukrainy. Widać to bardzo dobrze na przykładzie prorosyjskiego polityka Wiktora Medwedczuka. Po rewolucji godności zniknął na pewien czas z ukraińskiej sceny i pojawił się później dzięki ówczesnemu prezydentowi Petrowi Poroszence, który pozwolił mu na odgrywanie jego ulubionej roli, czyli pośrednika w rozmowach Kijowa i Moskwy. Umożliwił mu też rozbudowę imperium medialnego, z którego zagrożenia zdał sobie dopiero prezydent Wołodymyr Zełenski, gdy zaczął tracić w sondażach. Nałożenie sankcji na kanały związane z Wiktorem Medwedczukiem na początku lutego i sankcji na jego firmy w piątek 19 lutego to ruch, którego znaczna część ukraińskiego społeczeństwa oczekiwała od dawna. To poważne uderzenie w interesy Rosji na Ukrainie, ale także w poprzednika Wołodymyra Zełenskiego na stanowisku prezydenta, czyli Petra Poroszenkę. W ten sposób obecny szef państwa uderzył w jego wizerunek jedynego naprawdę patriotycznego ukraińskiego polityka.

Zestaw nalepek z czasów rewolucji godności, zdj.: Twitter/Igor Arsentiew

Brak jeszcze zdecydowanego uderzenia w schematy korupcyjne. Pamiętam z czasów rewolucji naklejki, które pojawiły się w Kijowie: „Za uczciwe sądy. Wychodź na Majdan”, czy „Przeciwko łapówek dla urzędników. Wychodź na Majdan” itp. Mimo że poziom korupcji znacznie się obniżył, to jednak sędziowie, do których na Ukrainie akurat bardzo dobrze pasuje określenie „kasta”, bronią się przed wszelkimi zmianami i nadal hamują wszelkie zmiany, które ograniczyłyby radykalnie łapownictwo. To właśnie one wraz z niezreformowaną Służbą Bezpieczeństwa, częściowo MSW i Prokuraturą Generalną, na czele z Iryną Wenediktową, ograniczają zmiany i działalność antykorupcyjnych instytucji, na przykład Narodowego Biura Antykorupcyjnego paraliżując niektóre istotne śledztwa wobec urzędników państwowych. Tutaj też konieczne są zdecydowane kroki prezydenta, który nie okazuje zbytniej chęci do ich podejmowania.

Wołodymyr i Olena Zełenscy upamiętniają ofiary rewolucji godności, zdj.: president.gov.ua

Problemem jest też brak wyczucia przez Wołodymyra Zełenskiego tego, co zdarzyło się w Kijowie 7 lat temu. Z jednej strony wraz z żoną czci pamięć bohaterów niebiańskiej sotni, a z drugiej trzyma z całych sił na stanowisku wiceszefa Biura Prezydenta Ołeha Tatarowa, który w czasie rewolucji godności otrzymał od ówczesnego prezydenta Wiktora Janukowycza tytuł „Zasłużony prawnik Ukrainy”, o który wnioskował zajmujący wówczas stanowisko ministra spraw wewnętrznych Witalij Zacharczenko. Sam Ołeh Tatarow był wówczas zastępcą kierownika Głównego Wydziału Śledczego MSW.

Czyli jednak nie było warto?

Wszystko to sprawia, że pesymista powie, że szklanka jest do połowy pusta, a optymista, że jest do połowy pełna. Jeśli Ukraińcy nie wyszliby na ulice na przełomie 2013 i 2014 roku i nie obalili Wiktora Janukowycza, zapewne teraz dzieliliby los Białorusinów, którzy nie mogą się pozbyć swojego dyktatora. Na Ukrainie rządziłaby klika, nie można byłoby mówić o jakiejkolwiek praworządności, a korupcja stałaby się jeszcze bardziej integralną częścią systemu na wzór państw afrykańskich.

Zełenski kontratakuje

Społeczeństwo byłoby jeszcze bardziej zrusyfikowane i pozbawione możliwości samo wyrażenia się. Liczba inicjatyw kulturalnych, społecznych, małych biznesów jest na Ukrainie wywołuje podziw i moim zdaniem, w dużym stopniu wynika z tego co wydarzyło się 7 lat temu. Wiele osób z podziwem patrzy na inwencję Białorusinów widząc plakaty w czasie demonstracji po sfałszowanych wyborach prezydenckich. Wyobraźmy sobie, jak to społeczeństwo by wyglądało bez kajdan założonych przez reżim Alaksandra Łukaszenki.

Jedna z sierpniowych manifestacji w Mińsku. Demonstrant trzyma transparent: Jeśli wolność to narkotyk, to jestem narkomanem, zdj.: Piotr Pogorzelski

Na razie ci Białorusini, którzy kochają wolność wyjeżdżają na Ukrainę, do Polski, czy na Litwę. Tam dopiero mogą odetchnąć swobodnie. A jeszcze 7 lat temu nikt nie postawiłby tych państw w jednym rzędzie jeśli chodzi o poziom wolności obywatelskich. Miejmy nadzieję, że kiedyś dołączy do nich Białoruś, a może i Rosja.

Piotr Pogorzelski/belsat.eu

Inne teksty autora w dziale Opinie.

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów