Anatomia histerii: Łukaszenka ucieka przed zamachowcami już od 27 lat

Michał
Kacewicz
dziennikarz

Regularne ujawnianie spisków na swoje życie i straszenie zamachami stało się dla białoruskiego dyktatora sposobem na władzę. Właśnie widzimy kolejny akt tragifarsy pt. „polowanie na Łukaszenkę”.

W apogeum bardzo gorącej kampanii wyborczej przed wyborami prezydenckimi w 1994 r. Alaksandr Łukaszenka był nieustannie w drodze. Walczył o władzę. Gdy już ją zdobył, nigdy jej nie oddał. W obwodzie witebskim, 17 czerwca 1994 r. pod Łoźną w kierunku mercedesa Łukaszenki padłu strzały z wyprzedzającego go forda. Jedna z kul przeleciała ponoć centymetry od głowy polityka.

Ówczesne media, wspierające nomeklaturową władzę, popierały teorię, że zamachu nie było, a incydent był inscenizacją sztabu Łukaszenki. Sprawa była dziwna, bo pojawiały się sprzeczne informacje. Politolog Alaksandr Fiaduta był wtedy w sztabie kandydata. Opisał potem incydent w książce „Łukaszenka. Biografia polityczna”. W zamach wierzyli Białorusini, którzy widzieli w ówczesnym Łukaszence nieprzejednanego wroga korupcji. Jednak Fiaduta przychylał się do tezy, że zamach był sfabrykowany, by zwiększyć popularność jego celu.

Dziś Fiaduta siedzi w mińskim areszcie KGB. Razem z pojmanym w Moskwie byłym aktywistą Białoruskiego Frontu Narodowego Juryjem Ziankowiczem, obecnie obywatelem USA. Oraz aresztowanym w Szkłowie liderem BNF Ryhorem Kastusiowem. Są oskarżeni o przygotowanie zamachu na Łukaszenkę i zamachu stanu (przewrotu), w ramach międzynarodowego spisku z inspiracji USA, z udziałem Polski. Ta inscenizacja nie jest już tak niewinna, jak w 1994 r. Choć równie grubymi nićmi szyta.

„Łukaszenkę prześladuje los Ceausescu i Kaddafiego”. Eksperci o „zamachu stanu”

Granaty w ogródku, cyjanek w soku

Nieudana próba zastrzelenia Łukaszenki w czasie kampanii wyborczej w 1994 r. pomogła mu w wygraniu wyborów. To także dzięki ostrzelaniu samochodu budował opowieść o nieprzejednanym wrogu skorumpowanej nomenklatury i mafii. Tak dla niej groźnym, że warto go było zabić. Zresztą wówczas miała miejsce jeszcze jedna, nagłaśniana przez media próba „zamachu” na Łukaszenkę. Zdarzyło się to gdy kandydat na prezydenta 28 czerwca 1994 r. próbował dostać się do swojego gabinetu w Domu Rządu. Napadli go wtedy ochroniarze i w szamotaninie podarli mu spodnie. Łukaszenka twierdził potem, że jego życie było zagrożone.

Gdy już został prezydentem, próby zamachów stały się groźniejsze, co nie znaczy, że mniej groteskowe i równie słabo dowiedzione.

Na przykład w październiku 1999 r. ogrodnicy wykopali na terenie prezydenckiej rezydencji w Drozdach trzy granaty z czasów drugiej wojny światowej.

– A co by było, gdyby prezydent zajmował się ulubionymi pracami polowymi i np. sadził arbuzy? – pytała ówczesna prasa.

Pod koniec lat 90. na Łukaszenkę miało zacząć polować CIA. To wprawdzie wersja późniejsza – pojawiła się w rosyjskich mediach dopiero w drugiej dekadzie XXI w., kiedy relacje Mińska i Moskwy z Zachodem były już bardzo napięte. Zgodnie ze znaną już w średniowieczu kronikarską metodą, znaczenie spraw ważnych obecnie jest przypisywane wydarzeniom z przeszłości.

W 1999 r. relacje Białorusi z USA nie były wcale takie złe. A jednak to wtedy CIA miała próbować otruć Łukaszenkę za pomocą trucizny opartej na cyjanku, podrzuconej do soku. Rok później kolejna nieudana próba otrucia białoruskiego prezydenta miała być podjęta w czasie jego wizyty w Tadżykistanie.

W lipcu 2008 r. w czasie koncertu w Mińsku, trzysta metrów od Łukaszenki wybuchła bomba, raniąc 54 osoby. Potem pojawiło się mnóstwo wersji tego zdarzenia. Z taką, że była to próba zamachu na Łukaszenkę. Akt terroru był potem wykorzystany do przetasowań w elicie władzy (stanowisko stracił m.in. doradca prezydenta od spraw bezpieczeństwa – Wiktar Szejman).

Dwa lata później w mediach pojawił się anonimowy i tajemniczy człowiek, podający się za funkcjonariusza rosyjskich służb specjalnych. Stwierdził, że na Białorusi działa z polecenia Władimira Putina specjalna grupa Rosjan, którzy przygotowują zamach na Łukaszenkę. Dziwnym trafem rewelacje rosyjskiego agenta pojawiły się w lipcu. A więc miesiąc po kolejnym apogeum w serii rosyjsko-białoruskich konfliktów gazowych z zakręcaniem przez Gazprom kurka z gazem w tle. Oraz przed newralgicznymi dla Łukaszenki wyborami prezydenckimi w grudniu 2010r. Upokorzony przez Putina dociskaniem w sprawie gazu Łukaszenka starał się wyjść z twarzą i pokazać, że jest dla Kremla tak groźny, że warto go zlikwidować.

Wszyscy polują na Łukaszenkę

Alaksandr Łukaszenka z automatem Kałasznikowa w rękach po tym, jak demonstranci przyszli pod jego pałac. Mińsk, 23 sierpnia 2020 r. Kadr z nagrania opublikowanego przez jego biuro prasowe

Od tego czasu czynnik rosyjski, jako zagrożenie w postaci przewrotu, bądź zamachu zaczął się zresztą pojawiać regularnie w łukaszenkowskiej narracji i na przemian z podobnym zagrożeniem z Zachodu. Po rewolucji na Ukrainie i rosyjskiej agresji na Krymie i Donbas, Łukaszenka na poważnie zaczął się bać Putina, a Kreml od czasu do czasu dawał do zrozumienia, że potrafi działać brutalnie.

W czasie manewrów Zapad 2017, bez uprzedzenia strony białoruskiej, Rosjanie podali informację o przerzucie w kierunku Mińska pododdziałów pancernych. Potem informacje prostowano, ale i tak pozostało wrażenie, że Rosjanie testowali reakcje Łukaszenki na potencjalną interwencję zbrojną.

Tuż po wyborach 9 sierpnia narracja odwróciła się o 180 stopni. I głównym oskarżonym o próby przewrotu i zamachu stał się Zachód. Łukaszenka paradował w mundurze i z automatem Kałasznikowa w rękach. Od ubiegłorocznego sierpnia zagrożenie przewrotem i zamachem wisi w powietrzu i przebrzmiewa w wypowiedziach ludzi władzy właściwie cały czas.

Łukaszenka: przygotowywano zamach na mnie z udziałem opozycjonistów

Histeryczny maraton znalazł w końcu finał w przeprowadzanej właśnie operacji ujawnionego, rzekomego spisku. Politolog, szef opozycyjnej partii i Amerykanin białoruskiego pochodzenia mieli wspólnie, wspierani przez amerykańskie służby, obalić Łukaszenkę. Jak zwykle, w przypadku rewelacji o planowanym zamachu, pojawiają się różne wersje. Raz, że trójka spiskowców miała przeprowadzić „kolorową rewolucję”, raz zbrojny zamach stanu. Mieli budować kontakty z białoruskimi, wyższymi oficerami. Jeśli tak, to być może zostanie przeprowadzona pod tym pretekstem jakaś czystka w siłach zbrojnych. Ale i to nie jest wcale pewne, bo za chwilę ta wersja może być wyciszona. Na lojalności armii i struktur bezpieczeństwa Łukaszence teraz bardzo zależy, a jego ławka kadrowa jest krótka.

Inna wersja to zamach na samego Łukaszenkę, który miałby się odbyć w czasie parady 9 maja. Nasuwa się analogia z zamachem na egipskiego dyktatora Anwara as-Sadata w czasie parady wojskowej w 1981 r., kiedy zaatakowali go powiązani z Bractwem Muzułmańskim oficerowie.

Do obiegu wprowadzane są różne, sprzeczne wersje, bo głównym celem operacji ujawnienia rzekomego spisku jest podgrzewanie atmosfery zagrożenia. Dla Rosji, której FSB zaangażowała się w operację, użyteczne jest zaś potęgowanie napięcia w relacjach z Zachodem i budowanie obrazu nadmiernej aktywności amerykańskich służb specjalnych, wymierzonych w Rosję i jej interesy. Ma to znaczenie zarówno w kontekście presji na Ukrainę, jak i sprawy uwięzionego Aleksieja Nawalnego. Rosyjska propaganda mówi wprost: CIA chce przeprowadzić przewrót na Białorusi, a może i w Rosji. Dla Łukaszenki natomiast pokazywanie siebie, jako celu wielkiej, światowej rozgrywki jest zwyczajnie noblitujące.

Co mówią ludzie, którzy przez białoruską TV zostali oskarżeni o usiłowanie zabójstwa Łukaszenki?

Nie ma w Europie przywódcy równie paranoicznie podchodzącego do własnego bezpieczeństwa, jak Łukaszenka. Kopiuje tym samym innych znanych paranoików nieustannie obawiających się zamachu na swoje życie: od Fidela Castro, Muammara Kaddafiego po Kim Dżong Ila. Jednocześnie Białoruś to najspokojniejszy i najbezpieczniejszy kraj Europy. Przynajmniej według rządowej, białoruskiej propagandy. „Oby nie było wojny” to do niedawna był fundament łukaszenkowskiej propagandy. Ale, żeby owa propaganda była skuteczna, musi istnieć stan zagrożenia. Permanentnego i realistycznego. Dlatego nie ma równocześnie drugiego kraju w Europie, w którym na lidera podejmowano tyle prób zamachów, jak na Łukaszenkę.

Zamach sprzed 27 lat pomógł Łukaszence wygrać wybory i wziąć władzę. Opisujący tamte wydarzenia kronikarz życia politycznego Białorusi, dziś jest oskarżany o przygotowanie kolejnego zamachu na życie Łukaszenki i jego rodziny. Nowy spisek ma pomóc Łukaszence zachować władzę. Literatura faktu zaczęła się mieszać z tanią sensacją, ale pozostaje wrażenie, że reżyser tej tragifarsy czyta ciągle tę samą książkę. O sobie i swojej paranoi.

Inne teksty autora w dziale „Opinie”

Michał Kacewicz/belsat.eu

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów