Kto się kryje pod maskami „zielonych ludzików” Łukaszenki?

Wypychają migrantów przez granicę, prowokują, atakują polskich żołnierzy i funkcjonariuszy oraz zabezpieczają operację graniczną Łukaszenki. To nie „zielone ludziki”, ale ludzie konkretnych służb i formacji rozbudowanego aparatu bezpieczeństwa reżimu.

Widać ich na filmach i zdjęciach nagrywanych przez polskie służby. Są również na kadrach migrantów i białoruskich, rosyjskich i nielicznych zachodnich mediów, działających po drugiej stronie granicy. Zamaskowani kominiarkami, w mundurach polowych bez oznaczeń przynależności do jednostek i dystynkcji. Za to z bronią – najczęściej AKM, choć zaobserwowano również broń snajperską i granatniki RPG.

Skojarzenia z prowadzącymi agresję na Ukrainie rosyjskimi „zielonymi ludzikami” są oczywiste. Choć mylne. Tym razem nikt nie kryje, że są to służby Łukaszenki.

Maskowanie przynależności do konkretnych rodzajów wojsk, służb i jednostek jest normalną praktyką. Zwłaszcza w przypadku operacji specjalnej, jak ta, którą ludzie Aleksandra Łukaszenki prowadzą na granicy. I działań na progu wojny, a czasem wprost fizycznych ataków na wojsko i służby sąsiedniego państwa. Za takie można uznać oślepianie, rzucanie kamieniami, strzały w powietrze i używanie środków pirotechnicznych, niszczenie ogrodzenia itd. Mimo maskowania i ukrywania tożsamości można jednak z dużym prawdopodobieństwem wymienić formacje zaangażowane w operację graniczną.

Pogranicznicy i czekiści

Za granice w państwie Łukaszenki odpowiada Państwowy Komitet Pograniczny. W tym akurat przypadku nie zastosowano kalki z modelu radzieckiego. W ZSRR wojska pograniczne były podporządkowane Komitetowi Bezpieczeństwa Państwowego (KGB). Ten model przejęły Rosja i Kazachstan, gdzie za ochronę granic odpowiadają struktury bezpieki. FSB w Rosji, KNB w Kazachstanie. Białoruskie wojska pograniczne najpierw były niezależną formacją podległą rządowi, a od 1997 r. działają w ramach Państwowego Komitetu Pograniczego.

To ważna i w pewnym sensie elitarna formacja w białoruskim systemie bezpieczeństwa. Także z uwagi na osobistą „legendę”. W latach 70. w Brześciu w wojskach pogranicznych służył Łukaszenka. Obaj dorośli synowie przywódcy: Wiktar i Dzmitryj służyli w wojskach pogranicznych, głównie na granicy z Polską. O ironio, w wydziale przeciwdziałania nielegalnej migracji i kontrabandzie.

Służba graniczna była elitarna z innego powodu. Dla kraju tranzytowego między Europą a Rosją i Azją granica to potężne źródło legalnych i nielegalnych dochodów. W państwie Łukaszenki przez dwie dekady o wpływy w służbie granicznej toczyły się ostre walki. Posady oficerskie, zwłaszcza na granicy z Litwą, czy Polską były marzeniem dla synów z nomenklaturowych rodzin. Na granicy kilkanaście lat służył np. Iwan Tertel, obecny szef KGB – sam Polak z pochodzenia. Jednym słowem w tej służbie pracują elity łukaszenkowskiego systemu władzy.

W operacji na granicy z Polską z pewnością zaangażowane są Brzeska Grupa Pograniczna im. Feliksa Dzierżyńskiego, czyli JW 2187, oraz Grodzieńska Grupa Pograniczna – JW 2141. Głównie ta druga odpowiada za działania w rejonie Kuźnicy. Być może są tam obecne jednostki z grupy łączności i zabezpieczenia oraz z grupy zabezpieczenia materiałowo-technicznego. Na granicy jest też najprawdopodobniej OSAM, czyli Wydzielona Służba Aktywnych Działań – jednostka specjalna służby granicznej. Nie jest wykluczone, że do operacji migracyjnej skierowano jednostki z innych granic.

Rosyjski analityk wojskowy: W razie konfliktu na granicy Łukaszenka będzie musiał wołać Rosję na pomoc”

O ile służba graniczna bierze udział w zabezpieczeniu operacji, przewożeniu migrantów i działaniach na granicy (także takich jak prowokacje) oraz rozpoznaniem słabych punktów granicy, to mózgiem operacji granicznej jest jednak KGB.

I to na wielu poziomach. Ludzie KGB niewątpliwie od dawna uczestniczyli w planowaniu operacji i są obecni na granicy. Mogli rozpoznawać szlaki przerzutu przez Polskę do Niemiec. Uczestniczyli w pozyskiwaniu informacji na Bliskim Wschodzie, w liniach lotniczych i środowiskach przemytników, ale też działaniach operacyjnych przy inspirowaniu i budowaniu przejazdu migrantów na Białoruś.

Tym zajmował się m.in. zarząd wywiadu KGB. Najprawdopodobniej wspólnie z rosyjskimi służbami wywiadowczymi. Mimo postępu w ostatnich latach tradycyjnie białoruski wywiad miał zawsze mniejsze możliwości i zasoby od klasycznej bezpieki i korzystał ze współdziałania z Moskwą. Działania informacyjne i dezinformacyjne wokół kryzysu granicznego koordynuje zaś najmłodsza i jedna z bardziej sekretnych służb specjalnych: Centrum Operacyjno-Analityczne przy prezydencie. Domeną tej służby są działania w internecie, czyli m.in. analiza i inspirowanie „marketingu” procesu migracji na Bliskim Wschodzie.

Specnaz rzuca kamieniami

Polskie Ministerstwo Obrony Narodowej opublikowało zdjęcia dowodzące, że na granicy działały również pododdziały białoruskich wojsk specjalnych.

Może chodzić o żołnierzy Specjalnego Oddziału Szybkiego Reagowania (SOBR) z Mińska. Albo o „Ałmaz” – pododdział antyterrorystyczny. To jednostki Wojsk Wewnętrznych MSW, formacji w zasadzie milicyjnej i służącej do pacyfikacji własnego społeczeństwa, a w razie konfliktu zbrojnego, mogącej pełnić rolę lekkiej piechoty. Wojska wewnętrzne zniesławiły się brutalnymi akcjami w czasie protestów.

Kiedy 8 listopada na przejściu granicznym w Kuźnicy-Bruzgach pojawiła się duża grupa migrantów, widać było tam również pododdziały „milicyjne” Wojsk Wewnętrznych i prawdopodobnie OMON-u (jednostki specjalne milicji), wysłane do zabezpieczenia samego przejścia granicznego. Te pododdziały szybko wycofały się jednak z samego przejścia i pozostały zapewne w odwodzie.

Łukaszenka reaktywował na granicy „oddziały zaporowe” Stalina

Bezpośrednio na linii granicy i wśród migrantów działali natomiast zamaskowani prowokatorzy. To oni m.in. rzucali kamieniami i podjudzali tłum migrantów do ataków na ogrodzenie. Udział ludzi szkolonych do działań antyterrorystycznych, czy dywersyjnych w tak prymitywnych prowokacjach może dziwić. W rzeczywistości, w odróżnieniu od zwykłych żołnierzy, ci z formacji specjalnych mają lepszą odporność psychiczną, są szkoleni również w rozpoznawaniu ludzkich reakcji i działaniach oddziaływania na psychikę. Celem operacji granicznej jest działania na progu wojny, prowadzenia ataku, ale tak by prowokować polskie służby, a ewentualną odpowiedzialność za dramaty zrzucać na nie i na migrantów. Do takich zadań są szkoleni ludzie z jednostek specjalnych. Mogli to być zarówno funkcjonariusze służby granicznej, jak i formacji specjalnych MSW i KGB. Również żołnierze formacji wojskowych.

Obecność wojska na zapleczu operacji granicznej jest więcej niż pewna. Z pewnością białoruskie Siły Zbrojne uczestniczą w projekcji siły i wywoływaniu psychozy zagrożenia. Świadczą o tym np. wspólne białorusko-rosyjskie ćwiczenia wojsk powietrzno-desantowych sprzed tygodnia pod Grodnem. Na zapleczu granicy mogą być obecni żołnierze Sił Operacji Specjalnych, czyli z dwóch białoruskich brygad desantowych, 5. Brygady Specjalnej z Marinej Horki pod Mińskiem, a także najbardziej elitarnego oddziału specnazu z Witebska (JW 97020).

Czeska broń reżimu Łukaszenki: najpierw użyta przeciwko rodakom, teraz przeciwko Polakom?

W operację graniczną zaangażowane są ogromne siły i środki rozbudowanego aparatu bezpieczeństwa i militarnego niewielkiej Białorusi. Chodzi o zabezpieczenie samej operacji, koordynację przerzutu tysięcy migrantów, naruszania i prowokacje na granicy, oraz projekcję siły i budowanie napięcia i zagrożenia militarnego na skalę międzynarodową. I to od wielu miesięcy. W sumie, w operację może być zaangażowane dobrze ponad sto tysięcy osób (uwzględniając rotację) ze służby granicznej, MSW, KGB, WW i sił zbrojnych, oraz innych formacji.

Większość tych ludzi jest w cyklu operacji specjalnej i nieustannego pogotowia od ponad roku. Bo przecież brali (i wciąż biorą) udział również w systemowych represjach i działaniach przeciw opozycji i buntującemu się społeczeństwu. Nawet uwzględniając, że formacje elitarne i te zaangażowane w najbardziej przestępcze działania są sowicie opłacane, to z czasem musi nastąpić załamanie wydolności systemu. Bo jednak zasoby lojalnych i wyszkolonych do takich zadań ludzi są ograniczone. Dla Łukaszenki te dwie prowadzone równocześnie wielkie operacje specjalne są kwestią przetrwania jego dyktatury.

Michał Kacewicz/belsat.eu

Inne teksty autora w dziale „Opinie”

Wiadomości