Czy telefony z Berlina oznaczają, że Europa ugięła się przed Łukaszenką?

Alaksandr
Kłaskouski

Angela Merkel po raz drugi w ciągu ostatnich kilku dni rozmawiała przez telefon z Alaksandrem Łukaszenką o kryzysie migracyjnym na granicach UE. Białoruska propaganda triumfuje: dumna Europa jednak uznała przywódcę! Niektórzy z jego przeciwników rzucają kamieniami w „kulawą kaczkę” niemieckiej i europejskiej polityki, twierdząc, że nie wolno „płaszczyć się przed dyktatorem”. A w tym całym zamieszaniu Moskwa zaczyna pretendować do roli mediatora w rozwiązywaniu kryzysu.

Spróbujmy nadać sens tej wielowymiarowej sytuacji. Kto tak naprawdę wygrywa? Czy możemy mówić o legitymizacji Łukaszenki jako prezydenta? Czy są powody, by podejrzewać, że kryzys migracyjny zacznie ustępować?

Negocjacje z dyktatorem

W ostatnich dniach rozmowę odbyli również szef unijnej dyplomacji Josep Borrell i minister spraw zagranicznych Białorusi Uładzimir Makiej. Widać wyraźnie, że Mińsk przedstawia te rozmowy z Europą jako swoje wielkie zwycięstwo. W końcu po wyborach prezydenckich w 2020 roku UE uznała Łukaszenkę za uzurpującego władzę i nałożyła sankcje na reżim za brutalne tłumienie protestów. A teraz proszę spojrzeć – pani kanclerz sama składa przed nim ukłony. Wychodzi na to, że jest szanowany.

Uładzimir Makiej i Josep Borrell. Wykorzystano zdjęcia: POOL / Reuters / Forum и Dursun Aydemir / Pool / Hans Lucas Agency / Forum

Kryzys migracyjny raczej nie wywołał w Europie napływu pozytywnych emocji w stosunku do białoruskiego przywódcy. Pewnym jest jednak, że fala nielegalnych imigrantów przyprawiła Zachód o solidny ból głowy. Tak więc biorąc pod uwagę wszystkie za i przeciw, postanowiono rozwiązać problem z tym, który trzyma Białoruś w garści. I z tym, który, jak przekonują politycy Unii Europejskiej, stworzył ten problem – rozpętał, jak mówią, wojnę hybrydową przy pomocy imigrantów (przede wszystkim irackich Kurdów).

Jednocześnie strona niemiecka w swoich komunikatach prasowych celowo nazywa Łukaszenkę „panem”, a nie „prezydentem”. Choć, jak podaje gazeta Bild, w rozmowie z Angelą Merkel dyktator nalegał na uznanie go za prawowitego przywódcę Białorusi, zniesienie sankcji wobec reżimu itd. (rzecznik prasowy białoruskiego przywódcy odrzucił tę wersję: „Poruszanie takich kwestie lub stawianie takich warunków podczas rozmowy byłoby poniżej godności prezydenta Łukaszenki”).

Czy szczyt kryzysu migracyjnego mamy za sobą?

Bądź co bądź Mińsk zyskał wiele dla swojego wizerunku. Jednak, jeśli się temu przyjrzeć, to nie było żadnego zwycięstwa. Co więcej Łukaszenka znalazł się właściwie między młotem a kowadłem.

Z jednej strony władze białoruskie muszą mierzyć się z twardym stanowiskiem Litwy i Polski, które znalazły się na frontowych pozycjach w tej konfrontacji. Tamtejsze organy ścigania zaczęły bez większych problemów zawracać migrantów, a ich nagromadzenie już zaczęło być problemem dla białoruskich władz.

Łukaszenka miał zażądać, aby białoruskie służby sprzyjały powrotowi migrantów

Z drugiej zaś strony Kreml wysłał swojemu sojusznikowi sygnał, że nie można przesadzać. Władimir Putin dał Łukaszence jasno do zrozumienia, że szantażowanie Europy odcięciem gazociągu Gazpromu to już o krok za daleko.

W rozmowach z Putinem i Merkel Łukaszenka musiał zobowiązać się do podjęcia pewnych działań. Widzimy, że w końcu władze zaczęły zabierać migrantów z granicy, zapewniać im zakwaterowanie, gorące posiłki itp. Oczywiście reżimowa propaganda przedstawia to wyłącznie jako dowód swojego bezgranicznego humanizmu na tle „okrucieństw polskich pograniczników” i „ludobójstwa na granicy”. Ale de facto Mińsk już nie umywa rąk od tej sprawy, lecz zajmuje się porządkowaniem bałaganu.

Angela Merkel i Alaksandr Łukaszenka. Wykorzystano zdjęcia: Fabrizio Bensch / Reuters / Forum и БЕЛТА / Forum

Ważne jest również to, że Unia bez udziału białoruskich władz podjęła współpracę z rządami krajów, z których w ostatnich miesiącach na Białoruś napływali migranci, aby dostać się do bogatych krajów Starego Kontynentu, przede wszystkim do Niemiec.

W końcu zaczęto ograniczać loty, na przykład z Iraku do Mińska. Linie lotnicze Turkish Airlines, obawiając się sankcji, przestały zabierać „turystów” z Iraku, Syrii i Jemenu. Podobnie działania podjęły linie lotnicze z Emiratów Arabskich. Syryjskie linie Cham Wings zawiesiły loty z Damaszku do Mińska. Nawet białoruska Belavia, chcąc uniknąć większych kłopotów, wstrzymała loty z Dubaju dla obywateli Iraku, Syrii, Jemenu i Afganistanu.

W ten sposób Europa zaczęła blokować powietrzne szlaki nielegalnych napływów. Wydaje się, że jak na razie białoruskie władze nie nauczyły się hodować migrantów w próbówkach.

Poza tym reżim jest bardzo łasy na pieniądze. Merkel, grając tą kartą, mogłaby obiecać jakąś pomoc finansową na tymczasowe zakwaterowanie migrantów na Białorusi i odesłanie ich do kraju (a może i nie tylko w tym celu). Unia Europejska już zapowiedziała, że przeznaczy 700 tys. euro na pomoc migrantom, którzy utknęli na białorusko-polskiej granicy.

Do kogo trafi 700 tysięcy euro dla migrantów na Białorusi? Komentarz Komisji Europejskiej

Dlatego zaryzykowałbym stwierdzenie, że szczyt kryzysu mamy już za sobą, a teraz węzeł zacznie się stopniowo rozwiązywać. W środę na Twitterze polskiej straży granicznej poinformowano, że migranci „przemieścili się z przejścia granicznego Bruzgi w nieznane miejsce pod nadzorem białoruskich służb”. 18 listopada ponad trzystu irackich migrantów zostanie odesłanych samolotem do Irbilu i Bagdadu. I najpewniej nie będzie to jedyny taki lot.

Oczywiście nie ma pewności, że władze białoruskie, które w ciągu ostatniego półtora roku wykazały się porażającą brutalnością, całkowicie zrezygnują z awantur w kwestii migracji.

Teraz jednak Łukaszenka ma pokazać Moskwie, Berlinowi i reszcie Europy, że jako sprawny przywódca, mający wszystko pod kontrolą, potrafi rozwiązać problem, jeśli się go ładnie poprosi (tak przedstawiają nowy obrót spraw trubadurzy w białoruskich mediach państwowych).

Kreml zyska?

Jest zbyt wcześnie, aby wyciągać wnioski z tej historii. Jednak już teraz można powiedzieć, że Kreml zdaje się skorzystać na całej tej sytuacji. Bo przecież Kanclerz Merkel, prezydent Francji Emmanuel Macron i inne europejskie osobistości zaapelowały przede wszystkim do Putina o przekonanie sojusznika do ustępstw! A Moskwa, po teatralnej pauzie, zaczęła deklarować, że jest gotowa odegrać rolę pośrednika, mediatora.

Emmanuel Macron i Władimir Putin. Wykorzystano zdjęcia: SARAH MEYSSONNIER / Reuters / Forum и Sputnik / Reuters / Forum

Innymi słowy, z takim enfant terrible, jakim jest Łukaszenka, rosyjski przywódca wyraźnie wygrywa, zyskuje dodatkowy szacunek, zaczyna pretendować do roli wspaniałomyślnego. I wygląda na to, że krymsko-donbaskie występki rosyjskich władz odchodzą w cień. Za rolę mediatora w kryzysie migracyjnym na granicach Białorusi z UE Kreml z pewnością będzie próbował wytargować coś od Zachodu.

Jednocześnie pod przykrywką tej konfrontacji w przestrzeni powietrznej Białorusi pojawiają rosyjskie bombowce strategiczne. A potem ani się obejrzymy i powstaną bazy wojskowe.

Innymi słowy Moskwa w pełni wykorzystała konflikt między Łukaszenką a UE, aby wzmocnić swoją pozycję na białoruskim przyczółku i zyskać coś w relacjach z Unią Europejską.

Putin wezwał do dialogu między władzami i opozycją na Białorusi

Czy stara Europa się zachwiała?

Merkel z kolei znalazła się w ogniu krytyki z różnych stron. Krytykuje ją część białoruskiej opozycji, Warszawa i Zieloni w Bundestagu.

Jak na razie, moim zdaniem, krytycy przesadnie dramatyzują. Nie doszło do legitymizacji Łukaszenki. Inna sprawa, że może on uznać kroki Merkel, która – jak podkreśla strona niemiecka – kierowała się względami humanitarnymi, za przejaw słabości Europy. I zdecyduje, że starą Europę trzeba jeszcze przycisnąć. „Ugiąć” – posługując się wyrażeniem ze słownika białoruskiego wodza.

Europejscy politycy zaklinają się, że kryzys migracyjny nie przysłania problemu nielegalności Łukaszenki, że nie wybaczą reżimowi deptania demokracji, praw człowieka, potwornych represji.

Ale jak to będzie w rzeczywistości? Istnieje ryzyko, że Bruksela, w ślad za Berlinem, uznawszy, że Łukaszenka zacementował sytuację na Białorusi i muru tego nie da się przebić, będzie stopniowo przenosić relacje z Mińskiem na ścieżkę Realpolitik, jak to już miało miejsce wcześniej.

Europa skupiła swoją uwagę na kilku tysiącach nielegalnych imigrantów z Bliskiego Wschodu, którzy hałasują i przyprawiają ją o ból głowy, przedzierając się do zachodniego raju. Ale czy losy tysięcy Białorusinów więzionych za pokojowe protesty i dziesiątek (jeśli nie setek) tysięcy obywateli zmuszonych do ucieczki z kraju przez represje usuną się w cień? To też są migranci, których los nie oszczędził, tyle że oni nie wywołują skandali i nie rozrywają drutu kolczastego na granicach UE.

To, jak bardzo pryncypialni okażą się politycy europejscy w kwestii białoruskiej, na razie nie jest oczywiste. W każdym razie Łukaszenka z pewnością będzie każdym możliwym sposobem kontynuował próby zmiany tematu negocjacji z UE, aby wywołać u wroga rozłam i narzucić UE swoje plany.

Tym bardziej, że Kreml nadal patronuje sojusznikowi w tej kwestii. Oczywiście gra on na swoich własnych zasadach i nie zapomina również o wzmocnieniu swojej pozycji na białoruskim przyczółku.

Nauka w las? Łukaszenka z Putinem wolą wystraszonych solistów od europejskiej drużyny

Alaksandr Kłaskouski dla vot-tak.tv

ksz/belsat.eu

Inne teksty autora w dziale Opinie

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów