Łukaszenka i Putin chcą ostatecznie zniszczyć wolne media

Michał
Kacewicz
dziennikarz

Atak na dziennikarzy na Białorusi i w Rosji nie jest przypadkowy. To część planu rozprawy z protestami i przygotowania do wiosny.

Dzisiejszy wyrok dwóch lat kolonii karnej dla Kaciaryny Andrejewej i Darii Czulcowej jest nie tylko ciężkim doświadczeniem i okrutną, niesprawiedliwą karą dla dwójki młodych dziennikarek wykonujących swoją pracę. I to wykonujących ją dobrze.

Jest również ostrzeżeniem, próbą wywarcia presji na całe niezależne środowisko dziennikarskie na Białorusi. Zwłaszcza, jeśli połączy się to z wtorkowymi przeszukaniami w Białoruskim Stowarzyszeniu Dziennikarzy i zatrzymaniami pracowników mediów.

Agnieszka Romaszewska-Guzy: czarny dzień w historii Białorusi i Biełsatu

Również w Rosji trwa nowy etap walki z resztkami wolności prasy. Tym razem władze grożą grzywnami i procesami sądowymi redakcjom Nowej Gaziety i Radia Swoboda. Za to, że nie chcą się tytułować „zagranicznymi agentami”, albo pisali o protestach.

Oba autorytarne reżimy postanowiły dokończyć trwający ponad dwie dekady demontaż wolnych mediów. Głównie dlatego, żeby ograniczyć nagłaśnianie brutalnej rozprawy z opozycją i spodziewanej na wiosnę nowej fali protestów.

Wojna dwudziestoletnia

Prześladowania wolnych mediów nie są żadną nowością. W zasadzie wojna Alaksandra Łukaszenki i Władimira Putina z dziennikarzami ujawniającymi grzechy władzy trwa od początku ich rządów. Tyle, że z uwagi na różną specyfikę mediów w Rosji i na Białorusi na początku tej wojny, konfrontacja poszła innymi drogami. By w ostatnim czasie spotkać się w tym samym miejscu. Dziś, sytuacja mediów rosyjskich i białoruskich jest podobna.

Dwa lata kolonii karnej dla dziennikarek Biełsatu RELACJA

Gdy w 2000 roku Putin doszedł do władzy, miał w Rosji silne, zamożne i niezależne media. Największe koncerny medialne i stacje telewizyjne należały do oligarchów. W ciągu pierwszej kadencji Putina doszło do tego, że dwaj najwięksi magnaci medialni: Władimir Gusinski i Borys Bieriezowski stali się celem ataków aparatu bezpieczeństwa i byli zmuszeni do sprzedaży swoich aktywów w mediach, oraz emigracji.

Telewizję NTW, czy ORT z czasem przejęło bezpośrednio państwo, państwowe koncerny (np. energetyczny gigant Gazprom, który utworzył spółkę Gazprom-media), oraz zaprzyjaźnieni z władzą oligarchowie. W Rosji przejmowanie kontroli nad mediami miało najpierw charakter odgórny. Dziennikarze migrowali do kolejnych redakcji i stacji: np. ekipa ze stacji NTW „uciekła” do REN TV. Ale i tę stację przejęły bank i spółki gazowe należące do przyjaciół Putina .

Pole wolności zawężało się. Aż ograniczyło się do jedynych dziś niezależnych od władzy internetowej telewizji Dożd, Radia Swoboda, Nowej Gaziety, czy pojedynczych portali i mediów społecznościowych. Prężne, choć lojalne wobec oligarchicznych właścicieli rosyjskie media z lat 90., przepoczwarzyły się w służący Kremlowi aparat propagandowy.

Na Białorusi rewizje u dziennikarzy i obrońców praw człowieka

W momencie obejmowania władzy przez Łukaszenkę w 1994 roku białoruskie media nie były tak silne i bogate, jak w Rosji. Mimo to, również Łukaszenka postanowił od samego początku podporządkować je sobie i wykluczyć niezależnych dziennikarzy z przestrzeni publicznej. Poszedł nieco inną drogą, niż Putin. Krytycznym wobec władzy redakcjom po prostu odbierano koncesje (tak było np. z gazetami Pahonia, czy BDG).

Niepokorni dziennikarze byli zatrzymywani i zastraszani już w latach 90. Do wyjazdu z Białorusi zmuszono Pawła Szeremieta. W 2000 r. zaginął, prawdopodobnie porwany przez podległe służbom komando śmierci, dziennikarz Dzmitryj Zawadski – nb. wieloletni operator i przyjaciel Szeremieta. Kolejne prześladowania zwykle były bardziej intensywne przed i po wyborach prezydenckich.

Mimo tych represji kolejne, młodsze pokolenie Białorusinów (i Rosjan) zaangażowały się w wojnę o prawdę.

Pałką w obiektyw

Kiedy po sfałszowanych wyborach 9 sierpnia Łukaszenka wysłał przeciw protestującym Białorusinom siły milicyjne, jednym z głównych celów ludzi z pałkami byli dziennikarze. Albo raczej ci, których w czasie ulicznych protestów identyfikowano, jako dziennikarzy: ludzi z aparatami, kamerami, mikrofonami. Podobne polowanie, z biciem, rozbijaniem sprzętu, urządził w czasie ostatnich, styczniowych protestów również rosyjski OMON.

„Zakrwawioną legitymację prasową wytarli o moją koszulkę”. Relacja dziennikarza Radia Swaboda

Zarówno Łukaszenka, jak i Putin mieli tym razem wydawałoby się komfortową sytuację. Z powodu pandemii i zamkniętych granic na protesty nie przyjechała armia zagranicznych korespondentów. Zadanie informowania świata o tym, co się dzieje, wzięli na siebie miejscowi dziennikarze i blogerzy. Często ci z małych miejscowości i miast oddalonych od stolicy. Jak inaczej wiedzielibyśmy, jak żywe są protesty w Bobrujsku, Brześciu, Witebsku, ale także w Jakucji, Władywostoku, Chabarowsku? To na nich ze szczególną zajadłością polowali omonowcy.

Jednak dla białoruskich i rosyjskich władz samo wyłapywanie, czy bicie dziennikarzy w czasie manifestacji to za mało. Ich resorty bezpieczeństwa dobrze przeanalizowały przekaz, jaki popłynął w świat. I doskonale wiedząc, kto informował o nadużyciach, zaczęły operację systemowego niszczenia ostatnich wysp niezależnego dziennikarstwa.

Taki jest bowiem wymiar wyroku dla Kaciaryny Andrejewej i Darii Czulcowej. Chodzi o zemstę na tych, którzy dobrze pracowali relacjonując protesty. Ale i okrutny przykład dla innych, by dwa razy zastanowili się, zanim zaczną współpracę z niezależnymi mediami, czy konkretnie z Biełsatem.

Surowy wyrok dla białoruskich dziennikarek ma oczywisty przekaz: zrobimy z wami, co się nam podoba. Traficie za kraty na najbardziej absurdalnych podstawach, gdy tylko wyjdziecie z kamerą i mikrofonem.

Biełsat: Reżim na Białorusi dopuścił się ewidentnego przestępstwa

W Rosji, takie znaczenie mają groźby wobec redakcji Radia Swoboda, by sygnowała swoje materiały informacją, że jest „zagranicznym agentem”. I takie jest znaczenie gróźb sprawy karnej przeciw redakcji Nowej Gaziety za rzekome opublikowanie fałszywych informacji na temat protestów. Każda z tych spraw jest rozwojowa. W tym sensie, że zarówno Kreml, jak i Łukaszenka badają możliwości likwidacji resztek wolnych mediów i próbują zastraszyć środowisko dziennikarskie.

Mają przeciw sobie ludzi odważnych, doświadczonych w dwudziestoletniej wojnie o prawdę i zdeterminowanych. Ale to nie wystarczy. Potrzebne jest nieustanne przypominanie o nich i upominanie się o dziennikarzy przez wolny świat. Prześladowania wobec dziennikarzy powinny być w agendzie rozmów dyplomatycznych z Rosjanami i Białorusinami każdego, nawet najniższego szczebla. W każdym materiale, czy analizie o sytuacji na Białorusi i w Rosji powinna być informacja o sytuacji mediów i konkretnych dziennikarzy.

Michał Kacewicz/belsat.eu

Inne teksty autora w dziale „Opinie”

Oprócz Kaciaryny Andrejewej i Darii Czulcowej jeszcze trzech naszych współpracowników jest podejrzanych w sprawie karnej. W ub. roku dziennikarze naszej telewizji byli zatrzymywani 162 razy, a zatrzymaniom regularnie towarzyszyła konfiskata sprzętu. 26 dziennikarzy aresztowano, z czego sześcioro dwukrotnie, a jednego trzykrotnie. Łącznie daje to 34 areszty administracyjne. Za kratami nasi koledzy spędzili 392 dni. Siedmioro spośród aresztowanych padło ofiarą przemocy fizycznej z rąk służb bezpieczeństwa. Tylu też w następstwie zatrzymania wymagało hospitalizacji. Również w 2020 r. dziennikarze Biełsatu zapłacili grzywny o równowartości ponad 98 tys. zł.

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów