KGB Łukaszenki chce sięgać za granicę

Michał
Kacewicz
dziennikarz

Białoruskie służby zaczynają uprowadzanie oponentów Łukaszenki za granicą. Na razie w Rosji, ale ich marzeniem byłaby taka akcja w Europie.

Alaksandr Fiaduta zniknął w Moskwie 10 kwietnia. Nie było z nim kontaktu przez trzy dni, telefon milczał. We wtorek 13 kwietnia agencja Biełta poinformowała, powołując się na KGB, że Fiaduta został zatrzymany, równocześnie z liderem opozycyjnej Partii BNF Ryhorem Kastusiowem, gdyż są podejrzani „o popełnienie przestępstwa”. Od tej lakonicznej i ogólnikowej informacji ważniejsze jest, że Fiaduta odnalazł się w areszcie śledczym KGB w Mińsku. W tym samym areszcie znalazł się Juraś Ziankowicz, obywatel amerykański białoruskiego pochodzenia. Ziankowicz, tak jak Fiaduta przebywał w Moskwie. Obaj zniknęli i nagle znaleźli się za kratami w Mińsku.

Oba zatrzymania można wiązać z aresztowaniem Kastusiowa, lidera BNF, które odbyło się na Białorusi. Zienkowicz dawniej, zanim wyjechał do USA, był aktywistą BNF. Fiaduta to były współpracownik sztabu Alaksandra Łukaszenki. Jeszcze z połowy lat 90. Potem, jak wielu polityków tamtego okresu pracujących przy pierwszej kampanii Łukaszenki, przeszedł do opozycji. To także znany politolog, współpracownik Biełsatu, autor biografii politycznej Łukaszenki i osoba dobrze poinformowana o tym, co się dzieje w kręgach władzy i opozycji.

Zaginiony politolog odnalazł się w areszcie KGB

Motywem zatrzymań może być budowanie sprawy karnej przeciw środowisku BNF. Jest to o tyle zagadkowe, że Fiaduta nie miał specjalnie kontaktów z tym środowiskiem, a Ziankowicz miał je jedynie w przeszłości. Amerykański prawnik przybył do Europy w interesach i z Moskwy zamierzał lecieć do Warszawy.

Długie ręce Mińska

Kreacja wielkiego, politycznego spisku doskonale wpisywałoby się jednak w budowaną pod płaszczykiem „jedności narodowej” próbę konsolidacji Białorusinów wokół Łukaszenki, zdławienia protestów i zepchnięcia opozycji do niszy nacjonalistów i agentów Zachodu.

Pomijając motywy polityczne, warto przyjrzeć się mechanizmowi samego zatrzymania. KGB w depeszy agencyjnej powołuje się na artykuł 108 Kodeksu Karnego Białorusi. Od strony prawnej nie precyzuje, gdzie może nastąpić zatrzymanie osoby podejrzanej o popełnienie przestępstwa. Jednak fakt, że doszło do niego poza granicami Białorusi, wiele mówi o determinacji białoruskiego reżimu, ale i jego relacjach z Rosjanami.

W Moskwie białoruskie KGB zatrzymało prawnika z Białorusi

Jeszcze pod koniec marca z Moskwy wyjechał mieszkający wiele lat w Rosji białoruski politolog Dzmitryj Bаłkuniec. 26 marca białoruska prokuratura zagroziła mu sprawą karną za szkalowanie Łukaszenki w mediach. Otrzymywał anonimowe groźby i ostrzeżenia. Póżniej dowiedział się, że z Mińska wyruszyła grupa specjalna KGB, żeby go zatrzymać. Bаłkuniec wyjechał z Moskwy, przez Stambuł do Warszawy. W wywiadzie dla rosyjskiej, niezależnej stacji Dożd stwierdził, że Fiadutę zatrzymała w centrum Moskwy grupa KGB i wywiozła do Mińska samolotem z lotniska Wnukowo.

– Chciałbym dodać, że ten incydent sprawia, że Moskwa nie jest bezpiecznym miejscem dla Białorusinów krytykujących Łukaszenkę – powiedział w tym samym wywiadzie Bаłkuniec.

Te słowa tłumaczą jeden z bardzo ważnych motywów tej sprawy. KGB nie mogło działać na rosyjskim terytorium bez wiedzy rosyjskich służb. I bez ich zgody. Jednak czymś innym byłoby zatrzymanie oponentów Łukaszenki przez rosyjskie FSB na prośbę Mińska. To nie stwarzałoby jeszcze dla Białorusinów tak dużego ryzyka, bo oznaczałoby, że w każdym przypadku Mińsk musi prosić i targować się z Moskwą, gdy będzie planował zatrzymanie. Co innego, kiedy na rosyjskim terytorium działają komanda KGB.

Białoruskie KGB zatrzymało lidera prawicowej partii opozycyjnej

Zatrzymanie Fiaduty i Ziankowicza to precedens. Rosjanie zgadzają się na takie operacje u siebie w przypadku zaprzyjaźnionych reżimów, ale naturalnie za zgodą i nie za darmo. Zazwyczaj też robią to sami, a potem przekazują zaprzyjaźnionym służbom zatrzymaną osobę. Tym razem uczynili daleko posunięty wyjątek.

Nie bezinteresownie. Po pierwsze, Łukaszenka i Iwan Tertel (szef białoruskiego KGB) będą musieli się odwdzięczyć. Na pewno w świat popłynie również informacja o daleko posuniętej współpracy białoruskich i rosyjskich służb specjalnych, choć to akurat nie jest nowością.

Nie wiadomo, jaki cel polityczny zamierzali osiągnąć Rosjanie, bo ten raczej odniesie Łukaszenka. Z nagłośnienia porwania w Moskwie płynie wniosek dla niepokornych Białorusinów, by unikali Rosji, bo tam nie będą bezpieczni. Na pewno dla Rosjan korzystniej by było, gdyby część białoruskich niepokornych mogła działać pod ich okiem i być ewentualnym środkiem nacisku na Łukaszenkę.

Przeprowadzając zatrzymanie w Rosji KGB skreśla jednak wszelkie iluzje części białoruskich środowisk politycznych, że Moskwa może stanąć po ich stronie. Przeciwnie, pokazuje, że Rosjanie wspierają tylko Łukaszenkę. Ważnym przekazem jest również przekroczony próg tego, co wydawało się dotąd trudne do wyobrażenia. Łukaszenka nie raz straszył, że ma długie ręce i dosięgnie swoich wrogów wszędzie. Ale w praktyce emigranci polityczni mogli się czuć za granicą bezpiecznie.

Litwa nie wyda Białorusi Swiatłany Cichanouskiej

Być jak Kadyrow i Putin

Z porywania, oraz zabójstw poza granicami krytycznych wobec władz Czeczenów znane są służby Ramzana Kadyrowa, prezydenta Czeczenii. Ludzie Kadyrowa mają wolną rękę (choć nie zawsze) w Rosji. Czasem działają w Europie, Turcji, lub krajach arabskich. Korzystając ze wsparcia rosyjskich służb, lub przeciwnie – pracując dla nich. Przyczyną potężnego konfliktu międzynarodowego była także działalność rosyjskich agentów-killerów w Wielkiej Brytanii (sprawa Litwinienki czy Skripalów).

W 2016 r. korzystając ze wsparcia i zgody białoruskich służb Rosjanie zwabili pod pozorem spotkania z poznaną w internecie dziewczyną do Homla i porwali nastoletniego Ukraińska Pawło Hryba. Nie przedstawiał dla Rosji żadnego niebezpieczeństwa, był jedynie niepełnosprawnym nastolatkiem wspierającym Euromajdan. Chodziło jednak wówczas o pozyskiwanie zakładników i wywieranie presji na Petra Poroszenkę, oraz upokarzanie Kijowa pokazowymi procesami. Hryb został skazany w Rostowie nad Donem na 6 lat kolonii karnej. W 2019 r. Hryb wrócił na Ukrainę w ramach wymiany jeńców.

Afera Wirecard: koronny dowód służalczości białoruskiego KGB wobec Moskwy

Łukaszenka chciałby tak samo. Mieć potencjał, by pokazać światu i białoruskim oponentom, że może ich dopaść wszędzie. Na szczęście nie ma takich możliwości. Czym innym jest operacja zatrzymania w Rosji, pod nadzorem FSB i za jej zgodą. A czym innym takie działania, które są pewnie marzeniem Łukaszenki i Tertela, np. w Polsce, na Litwie, czy innych krajach Zachodu.

Duża i rosnąca białoruska diaspora w Polsce, czy na Litwie jest dla Łukaszenki wyzwaniem. Dla jego oponentów na Białorusi jasne jest, że w ostateczności mają wybór i mogą uciec przed represjami i kontynuować działalność całkiem niedaleko i w stałej łączności z ojczyzną. KGB nie może działać na Zachodzie legalnie i za zgodą miejscowych władz. Nie może również wywieźć porwanego swobodnie przez granicę. Nie posiada też infrastruktury i rozbudowanej agentury, oraz wspierających ją dużych placówek dyplomatycznych, jak np. Rosjanie. Białoruscy dyplomaci i ich środowisko są zaś pod nadzorem lokalnych służb kontrwywiadowczych.

Killerzy Łukaszenki uczą się polskiego WIDEO

Jedyne na co białoruskie służby mogą się zdobyć, to inwigilacja środowisk opozycyjnych i próby wprowadzenia w nie swoich agentów. Ryzyko operacji specjalnej, takiej jak porwanie, byłoby natomiast ogromne i groziłoby niewspółmiernie dużymi kosztami, takimi jak odwet zachodnich służb. Oczywiście nie pod postacią porwań, a np. ujawniania informacji, agentury białoruskiej i dalszych sankcji. Zresztą białoruskie KGB już mocno zaryzykowało porywając z Rosji obywatela USA. Jest wprawdzie możliwe, że Ziankowicz wjechał do Rosji korzystając z wciąż posiadanego białoruskiego paszportu, ale rosyjskie i białoruskie służby musiały wiedzieć, że ma również amerykańskie obywatelstwo.

Wkraczając na drogę tak ryzykownych działań, Łukaszenka pokazuje jednak desperację. Przesuwa granice tego, co dozwolone, stosując para-terrorystyczne, czy raczej bliskie terroryzmowi państwowemu metody działań. A to prędzej czy później się na nim zemści.

Michał Kacewicz/belsat.eu

Inne teksty autora w dziale „Opinie”

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów