Uładzimir: „Każdy chciał zadać cios”. Historia nr 20 z cyklu „Miałem szczęście”

To tylko jedna z zebranych przez dziennikarzy Biełsatu relacji, które dokumentują fakty brutalnej przemocy stosowanej przez funkcjonariuszy reżimu wobec uczestników pokojowych protestów i przypadkowych osób. Swoje historie opowiedziały nam same ofiary.

Uładzimir Uścinau. Zdj. belsat.eu

Uładzimir Uscinau z Mińska zaczął aktywnie wyrażać swoje obywatelskie niezadowolenie z władzy już w 2006 roku. W sierpniu wyszedł na ulice stolicy, aby pomóc lekarzom-wolontariuszom w dostarczaniu leków. Uładzimira i dwóch wolontariuszy, którzy jechali razem z nim w samochodzie, zatrzymała milicja. Funkcjonariusze zmusili wszystkich do wyjścia na zewnątrz i zaczęli bić.

Całą trójkę zaciągnięto do busa, a po kilku przystankach i przesiadkach Uładzimir i wolontariusze trafili do autobusu. W środku nie było już widać podłogi – wszędzie leżeli ludzie. Jak tylko otworzyły się drzwi autobusu, mężczyzna pomyślał: „zaczęło się”.

Milicjanci krzyczeli: „Na kolana, dranie!” i bili zatrzymanych po nogach. Zabrali im rzeczy osobiste i kazali się nie ruszać, ani nie podnosić głowy. Za nieposłuszeństwo groziły ciosy pałkami.

Gdy dojechali do aresztu przy ul. Akreścina, wysiadając z autobusu musieli przejść przez „żywy korytarz”, który tworzyło około 20 funkcjonariuszy. Po trzech godzinach klęczenia na wewnętrznym dziedzińcu znów musieli biec „korytarzem” funkcjonariuszy do budynku aresztu. Całą dobę czekali na „spacerniaku” wraz ze 129 innymi więźniami.

Kolejnego dnia Uładzimir trafił do celi. W pomieszczeniu przeznaczonym dla pięciu osób znalazło się 65 zatrzymanych. Później mężczyznę przeniesiono siedmioosobowej celi, gdzie było „tylko” 30 osób.

W nowej celi, okna wychodziły na dziedziniec. Uładzimir widział i słyszał, co się tam dzieje. Zza okna wciąż dochodziły krzyki, ludzie cały czas stali przy ścianie. Pewnej nocy Uładzimir zauważył dwóch mężczyzn leżących pod latarnią, jeden z nich w ogóle się nie ruszał.

Najgorszym przeżyciem dla Uładzimira był moment, kiedy usłyszał kogoś, czyj głos przypominał mu jego syna. Mężczyzna wiedział, że jego syn też wychodzi na protesty i może zostać zatrzymany. Z bólem i przerażeniem Uładzimir wspomina chwilę, w której usłyszał odgłosy bicia i krzyki, które zdawały się należeć do jego syna.

Ludzie w celi mogli rozmawiać, jeść i spać, ale cały czas słyszeli krzyki bitych na zewnątrz. Na dworze torturowano zatrzymanych, a w celach życie toczyło się dalej.

Rusunek Uładzimira Uścinawa. Zdj. belsat.eu

Z powodu zamieszania Uładzimir przeszedł przez dwa procesy. Za każdym razem wyrok wydawały sądy innych dzielnic, a w aktach oskarżenia widniały różne miejsca zatrzymania. Najpierw dostał wyrok 15 dni, a podczas drugiego procesu – pięć dni. Uładzimir zauważył na ręce jednego z sędziów białą bransoletkę – symbol protestów.

Przed wyjściem na wolność do celi Uładzimira zajrzał Alaksandr Barsukou, ówczesny wiceminister spraw wewnętrznych. Większość więźniów przyjęła go jak jakiegoś obrońcę, który ich uwolni. Dostał nawet brawa.

Wszystkie historie cyklu „Miałem szczęście” znajdują się tu – można je przeczytać oraz ich wysłuchać.

Wiadomości