Biało-czerwona subkultura TLP. Grodno w latach 80. opanowali fanatycy polskiego rocka

Pilnie strzeżona sowiecka granica nie zatrzymała popularności Lady Pank, Lombardu, Oddziału Zamkniętego, Republiki i wielu innych polskich zespołów. Polska muzyka dawała poczucie wspólnoty, niezależności i określała styl życia grodzieńskich nastolatków.

Grodno u schyłku ery Leonida Breżniewa było senne i szare, a przeciętny nastolatek musiał się mocno nagłowić, jak się zabawić w weekend. Pewną opcją były organizowane przez Komsomoł zabawy taneczne, jednak by się na nie dostać, trzeba było przejść kontrolę komsomolskiego „drużynnika”. Ten, często w asyście milicjanta sprawdzał, czy chętny nie podlega w zgubnym wpływom zachodniej zdemoralizowanej kultury.

– Na dyskotekę nie można było przychodzić w jeansach, mieć kolczyków w uszach, symboli przynależności do subkultur. Pilnowała tego milicja i tzw. ludowe drużyny Komsomołu, z którymi się zresztą też biliśmy, bo np. wyrzucano nas z dyskotek za tańczenie breakdance, za fryzury itp. – opowiada grodnianin, a z pochodzenia krymski Tatar Alim Sofu, którego okres nastoletniości przypadł właśnie na lata 80.

Białoruski historyk Jerzy Gordziejew przypomina, że ideologiczna kontrola nad młodzieżą nasiliła się na początku lat 80., gdy do władzy doszli kolejno dwaj konserwatywni pierwsi sekretarze Jurij Andropow i Konstantin Czernienko. Ten ostatni na jednym z plenów Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego w 1983 r., skarżył się, że popularność rocka doprowadziła do tego, że czasem „wypływają zespoły muzyczne z programem o wątpliwych właściwościach”.

Pretensje I sekretarza, który w ZSRR posiadał wręcz boską pozycję, przekuwano w dokumenty. Wszechzwiązkowe Naukowo-Metodologiczne Centrum przy Ministerstwie Kultury ZSRR wydało więc specjalny dekret „O uporządkowaniu działalności Zespołów Wokalno-Instrumentalnych i zwiększeniu poziomu ich repertuaru […] w celu nasilenia walki z wpływami ideologii burżuazyjnej i zwiększenia artystyczno-ideowego poziomu samodzielnych zespołów muzycznych i grup rockowych”.

W taki sposób powstała ściągawka dla milicjantów i komsomolców, w któej wymieniono zachodnie zespoły oraz indoktrynowano, jaka zgubna ideologia stoi za ich twórczością. Funkcjonariusze się z nich dowiedzieć, że Sex Pistols to „punk i przemoc”. Kiss to nie dość, że „punk” i „przemoc”, ale jeszcze do tego „neofaszyzm”. Z kolei Iron Maiden to oprócz „przemocy” promował „religijną ciemnotę”. Van Halen zarzucono nawet „antysowiecką propagandę”. Zresztą na celowniku były też gwiazdy muzyki lżejszej. Donna Summer czy Tina Turner naraziły się sowieckim władzom promowaniem „seksu i erotyki”.

Sadyzm, przemoc, religijny mistycyzm i ciemnota, antysowiecka propaganda – takie zarzuty stawiano w ZSRR zachodnim wykonawcom

W 1984 r. ukazała się lista ok. 100 zagranicznych oraz sowieckich zespołów rockowych, których utworów nie wolno było puszczać na dyskotekach. W wymiarze praktycznym w Grodnie, jak pisze Gordziejew, kontrola ta polegała na zapraszaniu lektorów języka angielskiego na potańcówki w celu sprawdzenia treści zagranicznych piosenek.

Siarhiej Chomicz, jeden z pierwszych didżejów w mieście, sam kiedyś doświadczył milicyjnej „pracy z młodzieżą”. Po jednej z dyskotek został zgarnięty na komendę, gdyż tak rozruszał publikę, że ta nosiła go na rękach

– To się nie podobało glinom. I o 23, gdy kończyłem, zabrali mnie na komisariat. I zaczęło się przesłuchanie. Najpierw sprawdzali, czy jestem wygolony. Bo jeśli wygolony, to znaczy punkowiec. A punk to dla nich było najgorsze na świecie. Na szczęście ustalili, że nie jestem wygolony. Powiedziałem, że dyskoteka była zgłoszona władzom, to grałem. Pytali o ulubioną grupę. Mówię, że Accept. Usłyszałem: „A ty wiesz, że to faszyści?” – opowiada.

Zresztą w zuniformizowanym ZSRR demonstrowanie przynależności do subkultury powodowało też problemy w miejscu pracy.

– Pamiętam, jak w naszej fabryce z okazji leninowskiego czynu społecznego kazali nam sprzątać teren. Na dworze zrobił się upał, więc ściągamy nasze drelichy, a pod nimi każdy miał czarną koszulkę – u jednego Metallica, u innego AC/DC, a ja miałem Accept. W poniedziałek wzywają mnie i już w progu: „Chomicz, jesteście wrogiem naszej partii komunistycznej. Na znak protestu wyszliście na czyn społeczny w czarnych koszulach”. Ja mówię, „Zdurnieliście? Jeśli byśmy chcieli protestować, to w ogóle byśmy nie wychodzili do pracy”.

30 lat temu: na Białorusi rozkwita Heavy Metal!

Chomicz był członkiem jednej z pierwszych subkultur, która pojawiła się w Grodnie i usiłowała przełamać monotonię i oficjalność sowieckiego życia młodzieżowego. Metalowcy, czyli po rosyjsku „metalisty”, pojawili się w ZSRR na początku lat 80.

Siarhiej Chomicz w koszulce ulubionego zespołu metalowego. Zdj. z arch. Siarhieja Chomicza

Metalowcy nosili długie włosy i koszulki z namalowanymi ręcznie nazwami zespołów. Na ścianach mazali trzy litery HMR (Heavy Metal Rock). Chomicz, który do dziś nazywa się „pierwszym metalowcem w mieście”, był też jednym z pierwszych ludzi w Grodnie, którzy potrafili profesjonalnie puszczać muzykę na imprezach.

58-letni dziś Siarhiej Chomicz wychował się w Nowogródku, w domu dziecka. I jak mówi, przeżył trudną szkołę życia, ale też dzięki swojemu nauczycielowi chemii wyrobił swój gust muzyczny. Ten zainteresował go klasycznym jazzem, który za kopiejki można było kupić w księgarniach w dziale artykułów przecenionych. W szkole chłopak chodził na zapasy i podnoszenie ciężarów, więc umiał się bić.

– I to był główny powód, dlaczego odnalazłem swoje miejsce za pulpitem didżeja. W klasie byłem znienawidzony przez wszystkie dziewczyny, bo byłem bandziorem i wiele szkolnych apeli zaczynało się od wyczytywania mojego nazwiska. Mówili na mnie „hańba szkoły”. Dziewczyny ze mną nie tańczyły, więc co mi pozostało – musiałem puszczać muzykę.I tak się zaczęło – opowiada.

Grodzieńscy metalowcy. Zdj. z arch. Siarhieja Chomicza

Siarhiej zaczął przygrywać na potańcówkach w klubie w podgrodzieńskim Zdzięciole, gdzie ukończył szkołę 10-letnią. Potem poszedł do pracy w grodzieńskiej fabryce obuwniczej i fabryce uchwytów tokarskich. Przez cały czas szlifował swój didżejski fach. Zapraszano go na różne komunistyczne uroczystości – 1 maja czy 8 marca – by puszczał muzykę na imprezach. Grał też na potańcówkach urządzanych przez fabrykę. Jednak równolegle zaczął słuchać heavy metalu, który najbardziej chwycił go za serce:

– Lekkomyślne piosenki dla pracy, a poważne dla duszy. Zostałem głównym metalowcem w mieście. Było nas gdzieś z tysiąc. Mieliśmy nawet wspólny fundusz po 10 kopiejek. Za te pieniądze, jeżeli ktoś miał urodziny, kupowaliśmy płyty, plakaty. Teraz można je wszędzie dostać, a wtedy przywożono to z Polski lub innych krajów.

Metalowcy byli więc prawdziwą siłą w Grodnie. I nagle jak spod ziemi wyrosła im pod bokiem konkurencja, która na swoich koszulkach i ścianach pisała trzy litery: TLP.

– Nagle dosłownie znikąd pojawili się miłośnicy polskiej muzyki. Oglądali Telewizyjną Listę Przebojów w polskiej Jedynce. Ja też oglądałem polską telewizję, więc nie byłem przeciwko polskiej muzyce. Staliśmy się jednak oponentami, a nawet się biliśmy. I po latach wspominamy ze śmiechem, jacyśmy byli durni, że się biliśmy z powodu muzyki. Ale w mieście musiało istnieć jakaś konfrontacja.

Jak opowiada, TLP pochodzili głównie z centrum miasta, a metalowcy raczej z robotniczych wielkopłytowych osiedli na obrzeżach.

Człowiekiem uważanym za inicjatora powstania subkultury jest Ihar Sauczyk, wtedy uczeń Szkoły nr 1, który jako jeden z pierwszych nie tylko zaczął słuchać polskiej muzyki, ale i organizować jej fanów w Grodnie. Sauczyk ma polskie korzenie, jego babka i matka postanowiły po wojnie pozostać na Białorusi.

Teelpiści na podwórku przy ul. Swierdłowa w Grodnie, drugi na dole z prawej strony – Ihar Sauczyk.

Sam moment powstania subkultury przypomina fragment słynnej „Autobiografii” Perfectu, bo zaczęło się od radia i piwnicy. W wiejskim domu mojej babci stało radio Okiean, które łapało fale ultrakrótkie tzw. UKF, dziś nazywane FM. Dzięki temu na terenach przygranicznych ZSRR można było odbierać radiową Trójkę, w tym czasie chyba najbardziej progresywne muzycznie radio w bloku sowieckim.

– Spotykaliśmy się z kolegami w piwnicy w moim domu w centrum miasta. Zaniosłem im to radio i tak zaczęliśmy słuchać polskiej muzyki. Do tego doszła puszczana na Jedynce Telewizyjna Lista Przebojów, czyli co tydzień nowy hit – opowiada o pierwszym zetknięciu z polskim rockiem Ihar Sauczuk.

Dzięki Trójce po ZSRR rozlewała się zresztą fala nie tylko polskiej, ale też zachodniej muzyki. Mieszkający przy zachodniej granicy ZSRR Litwini, Białorusini i Ukraińcy przegrywali na taśmy piosenki, a czasem nawet całe albumy nadawane w radiu i przekazywali je dalej w głąb kraju. A że Trójkę nadawano z „braterskiej” Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, sowieckim władzom nie przychodziło do głowy, by ją zagłuszać. A przecież promowała muzykę, w któej była i „przemoc” i „seks”, a czasem też i „antysowiecka propaganda”

Comiesięczną Telewizyjna Lista Przebojów była dziełem Bogdana Fabiańskiego i Mirona Zajferta. Jego premiera miała odbyć się 13 grudnia 1981 r., ale w wyniku wprowadzenia stanu wojennego przełożono ją prawie o rok. Program od początku swojej działalności zajmował się propagowaniem twórczości polskich zespołów rockowych, które w odróżnieniu od ZSRR, było dopuszczane do sal koncertowych, studiów nagraniowych i telewizji. Debiuty prezentowano w formie teledysków, co było wtedy bardzo nowatorskie. Pierwsza stacja prezentująca muzykę razem z obrazem, czyli MTV ruszyła niewiele wcześniej, bo w 1981 r.

Telewizyjna Jedynka, podobnie jak Trójka, docierała przez granicę. I co miesiąc fani polskiej muzyki mieszkający na zachodzie ZSRR mogli poznać nowy hit Lady Pank, Oddziału Zamkniętego, Budki Suflera i całej ówczesnej plejady rozrywkowo-rockowej.

Bogdan Fabiański, mimowolny inicjator powstania grodzieńskiej subkultury uważa, że wyjątkowy na tle krajów bloku wschodniego rozwój polskiej muzyki młodzieżowej wynikał z faktu, że władze chciały jakoś skanalizować bunt młodzieży i odwrócić jej zainteresowanie od polityki i trudności dnia codziennego. Polacy zyskali też dostęp do zachodniej muzyki dzięki Rozgłośni Harcerskiej, a potem zreformowanej w stanie wojennym radiowej Trójki, którym władze zezwoliły na puszczanie zachodnich artystów. Radiowcom dostęp do nagrań zapewniała bliskość Berlina Zachodniego.

Polska muzyka popularna mogła więc jego zdaniem rozwijać się zgodnie z światowymi trendami – poczynając od bigbitu i rock and rolla, poprzez muzykę psychodeliczną aż do rocka i wreszcie punk rocka.

Jego zdaniem to właśnie w drugiej połowie lat 70 ub.r. w polskiej muzyce oprócz lekkiej muzyki pop pojawił się buntowniczy rock. Jak wspomina, by zostać dopuszczone na antenę, piosenki przechodziły cenzurę. W związku z tym artyści starali się wyrazić swój bunt metaforycznie. Jego zdaniem dodawało im to ponadczasowości i poetyckości.

Ta nowoczesność i buntowniczość mogła być przyczyną popularności polskiej muzyki na zachodzie ZSRR – podkreśla Fabiański, który, jak mówi, jest miło zaskoczony faktem, że jego program miał taki wpływ na grodzieńską młodzież. Według niego nie bez znaczenie był też fakt, że swoich ulubionych artystów fani mogli zobaczyć na w teledyskach. Kopiowali więc ich ubiór, zachowanie i ogólnie „rockandrollowy” styl życia.

Telewizyjna Lista Przebojów zaczynała się od charakterystycznej czołówki, w której pojawiło się trójliterowe logo programu. Członkowie nowej subkultury postanowili go użyć jako swojego wyróżnika.

– Stwierdziliśmy, że trzeba się odróżnić. I mój kumpel Andrej Mastouski powiedział: „przynieście koszulki, a ja zrobię napisy” – opowiada Sauczyk. – I zaczęliśmy chodzić w tych koszulkach TLP, robiliśmy też krawaty. Gdy w moim technikum [odpowiednik szkoły policealnej – belsat.eu] mieliśmy zajęcia przysposobienia obronnego i kazali przychodzić w koszuli pod krawatem, ja przychodziłem z krawatem z TLP. Nic mi nie mogli zrobić, bo krawat był.

Jak ocenia, w ruchu TLP było tysiące ludzi. Polskiego rocka słuchali ludzie z polskimi korzeniami, ale też Białorusini.

– Słuchali właściwie wszyscy, choć może nie każdy miał taką koszulę z logiem TLP. Polską muzykę, np. Lady Pank regularnie wtedy grano nawet na weselach – wspomina.

Do malowania koszulek TLP używano szablonów i deficytowej czerwonej farby w spreju. Dobór koloru też był nieprzypadkowy – w kolorach polskiej flagi, w końcu była to polska muzyka.

Robiony chałupniczo znaczek TLP. Zdj. S. Wieramejenka

Alim Sofu opowiada, że Telewizyjnej Listy Przebojów słuchał od pierwszej emisji w październiku 1982 r, gdy miał 14 lat. TLP jako ruch pojawiło się w 1984 roku.

– Chłopaki zaprosili mnie do takiej kompanii, co zbierała się w piwnicy w centrum miasta. Pokazali mi koszulki i powiedzieli, że ja też powinienem mieć. Zrobili szablon i pomalowali sprejem. Dół był czerwony, góra biała, tak jak polska flaga, a na plecach była nazwa zespołu. Mi się trafił „2+1”.

Drugim wyznacznikiem przynależności do TLP były fryzury. Jak opowiada inny „teelpista” Siarhiej Wieramiejenka, w mieście specjalizowali się w nich bracia Chałodni. Ci „podziemni” fryzjerzy oferowali od razu fryzurę „na Panasewicza”, lub takie jakie nosili członkowie innych polskich zespołów.

Waler Żarikow, jeden z bohaterów filmu dokumentalnego „TLP przeciw” grodzieńskiego aktywisty Igora Bancera, podkreśla, że TLP było reakcją na pojawienie się metalowców, do których on i jego koledzy nie chcieli się przyłączać. Miłośnicy polskiej muzyki cenili ją za aktualnie społecznie teksty, zaśpiewane w awangardowym stylu.

– Ona jednoczyła nie tylko [miejscowych – belsat.eu] Polaków, ale głównie Białorusinów. Po prostu to, co widzieliśmy tam [w Polsce – belsat.eu], chcieliśmy zobaczyć też u siebie – opowiada w dokumencie.

Nowa subkultura objawiła światu swoje istnienie na jednej z dyskotek. Było to ogromne zaskoczenie zarówno dla metalowców jak i milicji.

– Nasze pierwsze publiczne pojawienie się miało miejsce latem 1984 roku – opowiada Alim Sofu – Poszliśmy na dyskotekę w centrum miasta. Mieliśmy na sobie normalne koszule, a jak didżej puścił polski zespół, to je zrzuciliśmy z siebie i wszyscy pojawili się w koszulkach z TLP. To był szok, bo metalowcy stali w takich czarnych zwyczajnych, a my z napisami i nazwami zespołów. Z całego miasta zjechała się milicja i nie wiedziała, co z nami robić. Banda chłopaków tańczy w takich samych koszulkach.

„Do studia fotograficznego poszliśmy kurtkach, żeby nikt nie mógł zobaczył. Baliśmy się, że gliniarze zobaczą i podrą nam koszulki. W studiu fotograficznym Franak poprosił o pozwolenie o podniesienie nogi, bał się, że nie pozwolą mu się tak sfotografować. Kolega po prawej stronie miał pomalowane włosy i twarz. Podobno, gdy mu wysłali to zdjęcie do wojska, zobaczył to oficer polityczny i wyrzucił go z Komsomołu” – Alim Sofu tak opisuje historię zdjęcia zasłyszaną od kolegi. Zdj. z arch. Alima Sofu.

Siarhiej Wieramiejenka, dziś właściciel sklepu z odzieżą patriotyczną i aktywista opozycyjnej Białoruskiej Chrześcijańskiej Demokracji, zapytany dlaczego polski rock tak podobał się grodzieńskim nastolatkom, odpowiada, że był autentyczny i śpiewany z zrozumiałym języku. W ówczesnym Grodnie lepsza czy gorsza znajomość polskiego była na porządku dziennym.

– Po drugie to był prawdziwy rock, w odróżnieniu od tego granego przez sowieckie zespoły, który był zapóźniony. On był taki stłamszony, oficjalny, przyczesany i przylizany. I my в Grodnie nie chcieliśmy go słuchać.

Według Wieramiejenki polska muzyka szła ramię w ramię z światowymi trendami. Do tego grodzieńskich nastolatków porażały buntownicze teksty, nie do pomyślenia w sowieckiej muzyce rozrywkowej.

Lady Pank ze swoją „Fabryką Małp” była odkryciem, bo wszyscy domyślali się, o jaką fabrykę małp chodzi – opowiada.

Czasy popularności polskiego rocka został uwiecznione w piosence grodzieńskiego zespołu Krama. W piosence „Chwory na rock and roll” (pol. „Chory na rock and roll”) z 1993 r. wokalista śpiewa „Kto mi odpowie, kim się stałem, gdy na marmurze ścian Lady Pank pisałem”.

Alim Sofu podkreśla również, że polska muzyka pociągała swoimi supernowoczesnymi aranżacjami.

– Brzmienie polskiego rocka było awangardą muzyki. I do tego te teksty. Miały polityczny wydźwięk. Dla nas słuchanie polskiego rocka było też w jakimś stopniu okazywaniem sympatii dla ruchu Solidarności.

Jego zdaniem sowieckie władze nie mogły oficjalnie tego zakazać, bo młodzież w końcu słuchała muzyki z bratniej PRL.

– Mówili nam wprawdzie, że takiej muzyki raczej nie należy puszczać, ale na dyskotekach dla zamydlenia oczu najpierw szły sowieckie kawałki, a potem polski rock i heavy metal – opowiada Sofu.

Siarhiej Wieramiejenka przyznaje, że członkom subkultury zdarzało się, obok napisów TLP i nazw zespołów, pisać na ścianie słowo „Solidarność”. Jednak je najczęściej szybko zamazywano. Zamiast tego pisano więc NSZZ, co dla sowieckich służb porządkowych było już całkiem niezrozumiałe.

Miłośnicy polskiej muzyki traktowali ją raczej jako całość i nie dzielili na podgatunki. Słuchali więc i metalowego TSA, postpunkowego Lady Pank, ale też elektronicznego i synthpopowego Kombi czy Papa Dance. Ten ostatni zresztą odwiedził Grodno.

Koncerty polskich zespołów były przedsięwzięciami państwowo-prywatnymi: „Grodzieńska Filharmonia i Kooperatywa Monitor przedstawia: Teatr polskiej mody Justyna Fashion-Studio i grupę PAPA DANCE”. Zdj. Siarhiej Wieramejenka

Końcem beztroskiej nastoletniości było w ZSRR pobór do wojska. Teelpiści zabierali ze sobą w odległe regiony ZSRR swoją muzykę i puszczali ją kolegom.

– Służyłem w Bałakławie na Krymie – wspomina Wieramiejenka. – We flocie wojsk pogranicznych KGB. I jest taka tradycja, że generalne sprzątanie odbywa przy muzyce. I wyobraźcie sobie, że w Bałakławie, na sowieckim okręcie rozbrzmiewa z głośników „Mniej niż zero” – śmieje się.

Siarhiej Weramejenka podczas służby na Krymie. Zdj. z arch. S. Wieramiejenki

Jak opowiada, jego koledzy z jednostki nie wierzyli, że w Polsce legalnie powstaje tego typu muzyka. Jeszcze do niedawna sowieckie zespoły rockowe organizowały swoje koncerty w mieszkaniach i były przez władze traktowane z automatu jako podejrzany fenomen. W wojsku teelpiści utrzymywali kontakty z kolegami Grodna, którzy pisali do nich listy na najnowszymi informacjami z polskiej sceny muzycznej.

Największy wiatr w żagle subkultury teelpistów powiał w 1988 r. Działo się to już w czasach pierestrojki zainicjowanej przez Michaiła Gorbaczowa. Sowieckie władze postanowiły też otworzyć się na młodzież. W Grodnie na koncertach pojawiły się ich wymarzone i wyśnione polskie gwiazdy. Nie jest pewne, który zespół pojawił się jako pierwszy. Na pewno jednak był to albo Lombard, albo otaczany przez teelpistów największym kultem Lady Pank.

Siarhiej Sauczyk opowiada, że polskie zespoły nie zdawały sobie sprawy, że mają w Grodnie status kultowych:

– To było szaleństwo. Pamiętam jak przyjechał Lombard z Małgorzatą Ostrowską. A nie przyjechał Grzegorz Stróżniak [lider zespołu i drugi wokalista – belsat.eu], który podobno myślał, że nie warto, bo ich muzyki słucha się tylko w Moskwie. I sala na tysiąc osób krzyczy „Przeżyj to sam”. Ostrowska na to, że to Stróżniak śpiewa. A cała sala skanduje, „dawaj muzykę” i sama zaśpiewała chórem. Polskie zespoły były w szoku, że publiczność zna piosenki od pierwszego akordu. Wszyscy szaleli – opowiada.

Małgorzata Ostrowska, wokalistka Lombardu pamięta zresztą ten występ.

– Pamiętam sytuację, widoczek ze sceny. Publiczność miała polskie flagi i co było totalnym zaskoczeniem, śpiewali nasze piosenki po polsku. Mieliśmy świadomość, że mieszkało tam dużo Polaków, ale nie spodziewaliśmy się aż takiej popularności.

Piosenkarkę zdziwiło, że wielu tych ludzi, którzy tak doskonale znali teksty piosenek, w późniejszych kontaktach nie używało polskiego.

– Myśmy się nie zastanawiali wtedy, ale może to potwierdzać, że oni wcale nie musieli mieć polskich korzeni, tylko tę muzykę śpiewali, bo lubili – dodaje.

Styl Małgorzaty Ostrowskiej musiał szokować przedstawicieli sowieckiej agencji koncertowej. Za zdjęciu: wywiad z wokalistką Lombardu autorstwa Mariusza Szygła, który dotarł do Grodna dzięki prenumeracie jednego z polskich pism młodzieżowych. Zdj. S. Wieramiejenka

Wokalistka Lombardu opowiada, że wyjazd do ZSRR nie był sprawą prostą, a zespół miał zerowy wpływ na to, gdzie wystąpi. A dodatkowo przechodził specjalną atestację, choć przecież przyjeżdżał z teoretycznie bratniego PRL:

– W ZSRR o wszystkim decydował Goskoncert [Państwowa Agencja Koncertowa – belsat.eu]. Oni ustalili i wytypowali miasta. Zażądali przy tym żebym zmieniła wizerunek, bo wyglądałam zbyt awangardowo. Powiedziałam jednak, że absolutnie nie zamierzam nic zmieniać. Pagart [Polska Agencja Artystyczna – belsat.eu] zorganizował specjalne przesłuchanie dla radzieckiego kontrahenta, a ten potem wskazywał, co może być. I wtedy jedyny raz byłam na koncercie Lombardu, który występował beze mnie, bo ja siedziałam na widowni. Jednak ostatecznie ci ze strony radzieckiej ugięli się i zgodzili się na mnie – wspomina.

Prawdziwym kilkudniowym świętem teelpistów był przyjazd Lady Pank. Grupa była w Grodnie trzy i pół dnia, w czasie których dała…. 9 koncertów przy pełnych salach. Ostatni dodatkowy koncert zagrali zresztą w dniu odjazdu specjalnie na życzenie fanów.

Zespół Lady Pank w otoczeniu fanów. Grodno rok 1988 r. Zdj. z arch. Alima Sofu

– Mój ojciec załatwił dostawkę, dostawione małe krzesełko – opowiada Wieramiejenka. – Ci którzy weszli, odkręcili kraty w łazience, otworzyli okna i tam wlazło nie wiadomo ilu jeszcze ludzi.

Według jego relacji w założeniu koncert miał mieć typowy sowiecki charkter, gdzie wszyscy siedzieli i tylko klaskali.

– Jednak przy takiej muzyce nie było można usiedzieć, wszyscy wariowali, tańczyli – dodaje.

We wspomnieniach z grodzieńskich koncertów Lady Pank przewija się właśnie motyw połamania trzech rzędów krzeseł w Domu Kultury „Junost”. Nie inaczej wspomina atmosferę koncertów Alim Sofu.

Wokalista Lady Pank Janusz Panasewicz ogląda TV w hotelu w Grodnie. Zdj. z arch. S. Wieramiejenki

– Atmosfera była niesamowita, na prawie miesiąc straciłem głos. Ludzie śpiewali, znali teksty na pamięć. Mój znajomy, gdy wyszliśmy z przedostatniego ich koncertu, powiedział: to jest koniec władzy sowieckiej i jak przyjedzie Michael Jackson to będzie po tej władzy.

Lady Pank w Grodnie, rok 1988:

Przyjazd Lady Pank oznaczał też koniec konfliktu z metalowcami, którzy tłumnie przyszli na koncerty polskiego zespołu i jak mówi Wieramiejenka, ostatecznie uznali, że polski rock jest OK. Przedtem do starć między teelpistami i metalowcami dochodziło w czasie dyskotek. Przy czym spotkania obydwu grup miały charakter wyjazdowy:

– Biliśmy się na imprezach w Pałacu Chemików, Domu Kultury „Junost”, Pałac Tekstylszczyków (pol. włókniarzy) . – opowiada Wiaramiejenka. Naszym klubem była „Junost” na ul. Wróblewskiego. „Chemicy” należeli do teelpistów. Raz oni przyjeżdżali do nas i dostawali po głowie, to znowu my jechaliśmy do nich i też dostawaliśmy.

Opowiada, że raz uczestniczył w „ustawce” w miejskim parku obok wiecznego ognia (dziś Park im. Giliberta – Belsat.eu):

– Nas było gdzieś z 10, a teelpistów z 50, bo to był ich teren. Jednak ktoś na nas wezwał milicję. I gdy tylko usłyszeliśmy syreny, to w nogi. A z nami w bitewnym zamieszaniu pobiegł jeden z teelpistów. Nas było ze trzech-czterech. Nasi mówią: „spuścimy mu wp…”, a ja na to: „chłopaki nie wolno w takiej sytuacji” i skończyło się spokojnie, bez awantury.

Chomicz jako didżej i jako osoba znana w środowisku metalowców, postanowił jednak załagodzić spór. Miejscem pojednania miała być „Zielonka”, ogrodzony zielonym płotem placyk w parku Giliberta, na którym urządzano letnie dyskoteki.

– Jestem dyplomatą i postanowiłem rozwiązać sytuację nie pięściami, ale działaniami – podkreśla.

Na jego imprezach, które prowadził „pro bono”, puszczał jedną piosenkę dla metalowców, jedną dla teelpistów i jedną dyskotekową dla dziewcząt. Niektóre utwory zresztą automatycznie łączyły dwie subkultury, jak piosenki zespołu TSA, który do dziś nazywany jest Grodnie „polskim AC/DC”. Zespół zresztą wystąpił w mieście, ku radości i jednych i drugich.

Plakaty reklamujące grodzieński występ TSA:

Członkowie obydwu subkultur twierdzą, że podział był powszechny. W każdej klasie w szkole można było znaleźć teelpistów albo metalowców. O powszechności tego zjawiska może świadczyć krążący wtedy dowcip, który wspomina Siarhiej Wieramiejenka:

– Przyjechał chłopak do Grodna na dyskotekę: zagrali polski kawałek on stoi, potem AC/DC, a on nie tańczy. Podchodzi do niego dziewczyna – „Ej, ty jesteś teelepistą czy metalowcem?” „Odczepcie się – robię na obrabiarkach”.

Sauczyk przyznaje, że w II połowie 80 wojenna rywalizacja dwóch subkultur zamieniła się w sportową i urządzano mecze TLP przeciw HMR. Członkowie dwóch subkultur zasiadali też w osobnych sektorach, skąd dopingowali grodzieńskie zespoły piłki nożnej.

O boomie, jaki przeżywała Polska muzyka świadczył fakt, że przez granicę zaczęła się przedostawać także muzyka robiona przez alternatywną polską scenę muzyczną. Wieramiejenka zaczął otrzymywać z Polski jeden z pierwszych punkowych fanzinów QQryQ i opisywać, co dzieje się na niezależnej polskiej scenie w swoim pisemku Rock Arena. W 1991 r. Grodno odwiedziła Armia, jeden z najbardziej kultowych polskich zespołów punkowych.

Legenda polskiego punka Armia przyjechała do Grodna w 1991 r. Zdj. arch. Siarhieja Chomicza

Subkultura TLP przestała istnieć na początku lat 90., gdy jak mówią jej uczestnicy, „pojawiły się dzieci”.

– Do dziś jednak spotykamy się, wspominamy te czasy słuchami naszej muzyki. Odwiedzamy też naszą piwnicę, zapalimy papierosa i mówimy, „ale się działo” – opowiada Sauczyk.

Sentyment wśród pokolenia 50-latków w Grodnie trwa do dziś. W 2008 roku w Grodnie wystąpił Lombard, za co zresztą zapraszający go Związek Polaków na Białorusi został ukarany grzywną za organizację nielegalnego zgromadzenia. W 2018 r. fani z utęsknieniem czekali na występ ich ulubionego Lady Pank. Koncert został jednak odwołany przez grodzieńskie władze z przyczyn politycznych.

– Strasznie czekaliśmy na koncert Lady Pank. To było takie rozczarowanie, bo rozkupiono co najmniej tysiąc biletów – część osób w ogóle ich nie zwróciła, żeby zostawić na pamiątkę bilety z koncertu, który się nie odbył – opowiada Wieramiejenka.

Ponad pół tysiąca grodnian udało się potem do Białegostoku, dokąd ostatecznie przeniesiono występ.

Teelpiści po latach: od lewej Alim Sofu, jego syn Timur i Siarhiej Wieramiejenka. Zdjęcie zrobione w dzień odwołanego koncertu Lady Pank w Grodnie. Zdj. z arch. A. Sofu.

Dawni teelpiści podkreślają, że sytuacja z muzyczną wolnością jest dziś na Białorusi gorsza niż w czasach późnego Związku Sowieckiego. Wtedy za puszczanie „niewłaściwych” piosenek nie trafiało się do aresztu.

Socjolog dr Alek Tarkowski komentując fenomen grodzieńskich fanów polskiego rocka zwraca uwagę na fakt, że powstał on w czasach przedinternetowych.

– Dziś również np. mamy do czynienia z istnieniem np. subkultury miłośników koreańskiego popu – K-POPu, który zdobywa fanów w zupełnie innym kręgu kulturowym, czy nawet postawaniem jeszcze bardziej egzotycznych nisz. Jednak wtedy, w latach 80., by dotrzeć w ZSRR do swojej ulubionej muzyki, trzeba było się o wiele bardziej natrudzić. Zbudować sieć kontaktów i znajomości, by zdobyć plakaty, płyty i nagrania ulubionych zespołów.

Doktor Tarkowski porównuje fenomen ruchu TLP do występującego na północy Anglii zjawiska tzw. Northern Soul. W latach 70. i 80. tamtejsza młodzież zafascynowała się amerykańskim „czarnym” soulem i funkiem z lat 60. Lokalni didżeje sprowadzali zza oceanu płyty praktycznie zapomnianych i niszowych zespołów i wokalistów. Członkowie powstałej subkultury wytworzyli swój styl ubierania, tańca i spędzania weekendowych wieczorów na całonocnych imprezach. Co ważne, subkultura ta podobnie jak TLP, rozwijała się oddolnie.

– Fenomen Northern Soul został doskonale opisany, powstały publikacje i reportaże i filmy dokumentalne na jego temat. Tymczasem okazuje się, że całkiem podobny fenomen pojawił się również w sąsiedniej sowieckiej Białorusi, w której polski rock oderwany od swojego kontekstu nabrał dla miejscowych nastolatków nowego znaczenia – podkreśla.

Białostocka historyk dr hab. Joanna Sadowska, która w jednym ze swoich artykułów zgłębiła temat teelepistów, podkreśla, że zjawisko TLP mogło być jednym z wielu ruchów młodzieżowych, które powstały w ZSRR w latach 80., jednak przez blokadę informacyjną pamięć po nich się zatarła:

– Czy było to wyjątkowe? Czy my nie wiemy czegoś więcej. Faktem jest, że rówieśnicy teelpistów z innych części ZSRR byli zdumieni, że grodzieńska młodzież słucha tak odważnej muzyki.

Jakub Biernat/ belsat.eu

Autor chciałby podziękować Igorowi Bancerowi (Grodno), Pawłowi Mażejce (Grodno), Grzegorzowi Skawińskiemu (Kombi), Annie Will (Polskie Radio) za pomoc w powstawaniu tekstu.

Autor przy pisaniu artykułu korzystał z artykułów zamieszczonych w „Studiach z Dziejów Rosji i Europy Środkowo-Wschodniej” Instytutu Historii PAN: „Fenomen >>Telewizyjnej Listy Przebojów<<: grodzieńscy fani polskiej muzyki” dr hab. Joanny Sadowskiej oraz „Uwagi na temat subkultur młodzieżowych w Grodnie

w latach sześćdziesiątych–osiemdziesiątych XX w.” dr hab. Jerzego Gordziejewa.

Wiadomości