Jakau: „Jęki i krzyki brzmiały jak głosy grzeszników smażących się w piekle”. Historia nr 20 z cyklu „Miałem szczęście”

To tylko jedna z zebranych przez dziennikarzy Biełsatu relacji, które dokumentują fakty brutalnej przemocy stosowanej przez funkcjonariuszy reżimu wobec uczestników pokojowych protestów i przypadkowych osób. Swoje historie opowiedziały nam same ofiary.

21-letni Jakau Suchnat wciąż próbuje obrócić rozmowę w żart. Dużo się uśmiecha, niezauważalnie przechodzimy na „ty”. Jak wielu naszych bohaterów, mówi, że i tak miał szczęście, bo długo nie był torturowany. Chłopak został zatrzymany wieczorem 11 sierpnia. Wracał do domu, był ostrożny. Słyszał, że łapią ludzi na przystankach, więc poszedł pieszo. Natknął się na autobus z przyciemnionymi szybami i ludźmi w cywilnych ubraniach.

Jakau Suchnat. Zdj. belsat.eu

Chłopak został rzucony na podłogę autobusu twarzą do ziemi i pobity. Oskarżono go o organizację protestów. Milicjanci złamali hasło do telefonu, weszli w Telegram i zobaczyli „kanały każdego Białorusina”: NEXTA, Swaboda i Biełsat.

– Krew się w nich zagotowała. Złapali mnie za włosy, krzyczeli „Spójrz mi w oczy! Kto jest twoim informatorem?”. Cios. „Ty jesteś informatorem!”. Kolejny cios… Totalnie bezsensowne i głupie pytania – wspomina Jakau.

Po pobiciu został rzucony na podłogę busa, a jeden z nieumundurowanych mężczyzn położył mu stopę na głowie i zaczął naciskać.

– Stał tak jakieś pół minuty. Wiedziałem, że jeśli pokażę, że mnie boli, on będzie naciskał jeszcze mocniej i zmiażdży mi twarz – mówi chłopak.

Mężczyźni w cywilnych ubraniach przywieźli Jakawa na komisariat milicji dzielnicy Frunzeński Rajon w Mińsku.

– Na korytarzu zatrzymany poskarżył się, że go mdli. Prosił, żeby wypuścili go na zewnątrz, bo nie chciał pobrudzić podłogi. Wyprowadzono go, ale na świeżym powietrzu wymioty ustały. – Wtedy podchodzi gruby mężczyzna w kominiarce i pyta funkcjonariuszy: „Kto to jest?”. Oni odpowiadają, a on na to: „Nie, tak nie będzie. Weźcie go do więźniarki, nich nasi się zabawią” – mówi Jakau.

Zabawa w więźniarce polegała na rzucaniu ludzi na podłogę i biciu ich po nogach. Na zewnątrz ten sam mężczyzna siłą otworzył usta Jakaua, włożył do nich kartkę papieru i kazał mu ją zjeść. Potem wszyscy zatrzymani (około dwieście osób) trafili do jednej sali.

Jakau mówi, że miał dużo szczęścia, bo ludzie w cywilnych ubraniach, którzy wzięli go za informatora, czy też koordynatora protestów, odeszli i zaczął być traktowany, jak inni zatrzymani. Wszystkim w sali postawiono takie same zarzuty. Zapisano, że krzyczeli: „Wolność dla Statkiewicza” i „Swieta naszym prezydentem”. Potem chłopaka przeniesiono do aresztu przy ul. Akreścina. –

– Wyganiają cię z więźniarki i pędzą krętymi schodami. Widzi się tylko swoje nogi, ręce ma się za plecami i w dodatku biją – tak Jakau opisuje pierwsze chwile po przyjeździe do aresztu.

Cały następny dzień Jakau spędził na dziedzińcu aresztu klęcząc z opuszczoną głową. Widział tylko swoje nogi, mur budynku i uda funkcjonariuszy. W tym czasie chłopak miał już uraz głowy, a lekarze chcieli go hospitalizować.

Ale w ostatniej chwili jeden z ochroniarzy wyciągnął Jakawa z karetki ze słowami: „Koniec, sielanka się skończyła!”. Jakau doczekał się procesu. Sędzia była oburzona, że zakrwawiony, pobity chłopak nie zgodził się z oskarżeniem i wydała wyrok 12 dni aresztu.

Rysunek Jakawa Suchnata. Zdj. belsat.eu

Potem był spacerniak, gdzie trzymano około 90 osób. Ludzie próbowali się ogrzać przytulając się do siebie nawzajem. Właściwie nie dało się usiąść. Zamiast toalety – wiadro.

– Na 92 osoby dostaliśmy trzy półtoralitrowe butelki wody. I wtedy ludzie, którzy wcześniej przytulali się i pomagali sobie, zaczęli kłócić się o wodę. – Jakau wspomina, że więźniowie zaczynali krzyczeć, jeśli ktoś za dużo wypił.

Ale kłótnie ustały, gdy usłyszeli odgłosy dochodzące spoza dziedzińca.

– Słyszeliśmy jęki, krzyki. To wszystko brzmiało jak głosy grzeszników smażących się w piekle. Zrozumieliśmy, że tam wciąż biją ludzi i że mamy szczęście, że jesteśmy tutaj.

Następnego dnia zatrzymani zostali przewiezieni do ośrodka odwykowego w Słucku, gdzie w stosunkowo akceptowalnych warunkach Jakau spędził jeszcze jeden dzień. Po wyjściu na wolność, chłopak udał się na oddział ratunkowy jednego z mińskich szpitali.

– Tam było jak w mrowisku: wokół biegali lekarze i wolontariusze. Przyszedłem, by zrobić obdukcję, ale doktor mówi: „Będziemy pana hospitalizować, ma pan wstrząśnienie mózgu”.

Ale Jakau nie chciał zostać w szpitalu, jak większość tych, którzy przyszli zgłosić pobicie.

– Miałem szczęście – powtarza chłopak. – Ludzie, którzy wychodzili, byli w większości pobici do siności, a u mnie już wszystko dobrze.

Wszystkie historie cyklu „Miałem szczęście” znajdują się tu – można je przeczytać oraz ich wysłuchać.

Wiadomości