Ekspert PISM: na razie Rosja pręży muskuły przed Ukrainą i Zachodem

Od paru tygodni widzimy zdjęcia wojsk rosyjskich ściąganych do granicy z Ukrainą. Zwiększenie obecności Moskwy w tym regionie niepokoi Stany Zjednoczone, NATO oraz sojuszników Kijowa w Unii Europejskiej. W zeszłym tygodniu Ukrainę odwiedził minister spraw zagranicznych Zbigniew Rau.

O tym, czy rzeczywiście istnieje zagrożenie wojną, dziennikarz Biełsatu Piotr Pogorzelski rozmawiał w swoim podcaście Po prostu Wschód z dr. Danielem Szeligowskim z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Daniel Szeligowski, PISM, zdj.: pism.pl

– Przy granicy z Ukrainą na co dzień stacjonuje około 150 tysięcy rosyjskich żołnierzy. Po co ściągani są kolejni – ocenia się, że chodzi tu o liczbę 20-25 tysięcy. O co w tej sytuacji chodzi Moskwie? Czy można powiedzieć, że Rosja szykuje się do ataku na Ukrainę?

– Jednoznacznie na pewno nie możemy tego stwierdzić. Możemy natomiast przedstawić kilka scenariuszy i ewentualnie uporządkować je wedle prawdopodobieństwa.

Najbardziej prawdopodobny scenariusz to prężenie muskułów. Wskazuje na to chociażby niespecjalne ukrywanie przez Rosję tych ruchów wojsk.

Gdyby tutaj chodziło o kolejną inwazję na Ukrainę, to raczej Rosja przerzucałaby te wojska przynajmniej nocą bądź też starała się te ruchy ukryć. To jest pewien sygnał, który Moskwa wysyła prezydentowi Wołodymyrowi Zełenskiemu i państwom zachodnim, które go wspierają, że jest niezadowolona z toczących się negocjacji dotyczących Zagłębia Donieckiego.

Jutro nadzwyczajne posiedzenie Komisji Ukraina-NATO. Powód: ruchy rosyjskich wojsk

Z rosyjskiego punktu widzenia żadnego ze strategicznych celów nie udało się osiągnąć. Także głównego: wymuszenia na Kijowie przyjęcia specjalnego statusu Donbasu i włączenia go ponownie w skład Ukrainy na rosyjskich warunkach. Rozmowy trwają w impasie od ponad roku. Rosja liczyła, że Zełenski będzie politykiem niedoświadczonym, naiwnym, łatwym do zmanipulowania. Jednak prezydent na te rosyjskie żądania nie przystał.

Nie przystał też dzięki temu, że bardzo mocno wspierały go właśnie państwa zachodnie. W tym momencie mówimy też o prezydencie Stanów Zjednoczonych Joe Bidenie, który wysłał mocny sygnał Rosji.

Moskwa zdecydowała się zatem na presję militarną. Paradoksalnie to też optymistyczny sygnał, bo wskazuje na to, że większość instrumentów presji, które Rosja jeszcze niegdyś posiadała, nie działa. Główny instrument, który pozostał to jest rzeczywiście presja militarna.

Moskwa liczy na to, że prezydent Zełenski się przestraszy i Zachód też. Rosja liczy też na to, że w związku z sytuacją pandemiczną kolejne zaostrzenie w Zagłębiu Donieckim to ostatnia rzecz, jaką państwa zachodnie chciałyby widzieć. One miałyby zmusić Zełenskiego na kolejne ustępstwa wobec Rosji.

Rosja „wyklucza” wojnę z Ukrainą. Przekonując, że nigdy nie uczestniczyła w konflikcie w Donbasie

– Czy tutaj chodzi o ustępstwa czy o to, żeby Zełenski poddał się pewnej prowokacji: tak jak to było w Gruzji w 2009 roku? Wówczas prezydentowi Micheilowi Saakaszwilemu puściły nerwy i doszło do wojny. Czy taki scenariusz też można tutaj rozważać?

Każde ewentualne zaostrzenie sytuacji w Zagłębiu Donieckim jest dla Rosji instrumentem. To nie jest cel sam sobie. Wszystko sprowadza się do tego, by wymusić na Ukrainie ustępstwa polityczne.

Rosja chciałaby, aby Ukraina ponownie znalazła się pod pełną rosyjską kontrolą. Powiedzielibyśmy, że chodzi o to, aby zniewolić Ukrainę. Mieć wpływ na jej politykę zagraniczną i wewnętrzną.

Nie da się tego osiągnąć militarnie, bo Rosja musiałaby okupować całe terytorium Ukrainy. To jest po pierwsze nieopłacalne z punktu widzenia finansowego. Po drugie, to oczywiście spotkałoby się z ogromnym sprzeciwem, ruchem oporu ukraińskiego społeczeństwa. To jest aspekt militarny. Czyli to, co się dzieje, to pewien instrument nacisku na władze ukraińskie, Zachód, straszenie wielką wojną po to, aby te ustępstwa polityczne wymusić.

MSZ: koncentracja rosyjskich wojsk w pobliżu granic Ukrainy budzi zaniepokojenie Polski i jej sojuszników

Na początku mówiłem o tym prawdopodobieństwie różnych scenariuszy. Wydaje mi się, że w tym momencie (ale to bardzo mocno chciałbym podkreślić – w tym momencie) najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest właśnie wojna psychologiczna, wojna nerwów. Rosjanie chcą przestraszyć Zełenskiego i Zachód. Zademonstrować, że nie będą się wahać przed użyciem siły.

Kolejny, troszeczkę już mniej prawdopodobny scenariusz, ale jak najbardziej realny, to jest zaostrzenie sytuacji w Zagłębiu Donieckim, wzdłuż linii rozgraniczenia. A więc eskalacja działań zbrojnych.

Od lata zeszłego roku obowiązywało tak zwane zawieszenie broni. Mówię „tak zwane”, bo ono było głównie na papierze. Była po prostu mniejsza intensywność walk. To było pewne odchylenie, jeśli patrzymy na sytuację w Donbasie od 2014 i 2015 roku. To też był instrument mający służyć Rosji do wywierania nacisku na państwa zachodnie i Ukrainę. Kijów nie godził się na żadne ustępstwa mówiąc: najpierw musimy rozwiązać sytuacje związane z bezpieczeństwem, a potem będziemy mogli rozmawiać o uregulowaniu politycznym.

Rosyjskie wojska przy granicy z Ukrainą – amerykańska flota w Morzu Czarnym

Zawieszenie broni było pewnym trickiem. Rosjanie mogli powiedzieć: jeśli już trochę udało się uspokoić sytuację bezpieczeństwa, to można przejść do rozmów dotyczących rozwiązania politycznego. A one znalazły się w impasie, więc dla Rosji nie ma już dłużej sensu utrzymywanie zawieszenia broni, nawet jeżeli chodzi o okruchy tego rozejmu.

– Kiedy mogłoby dojść do takiej eskalacji?

– Myślę, że latem jak najbardziej. Nie są do tego potrzebne dodatkowe oddziały, które trzeba by było skądś przerzucać – na przykład z Centralnego Okręgu Wojskowego, z czym mamy do czynienia teraz. I tak jest wystarczająca liczba rosyjskich żołnierzy w Zagłębiu Donieckim i stacjonujących przy granicach z Ukrainą w jednostkach wojskowych. Więc jest to jak najbardziej wykonalne.

Dla mnie kluczowe pytanie brzmi, czy możliwa jest ofensywa na pełną skalę? Coś z czym mieliśmy do czynienia w latach 2014 i 15, kiedy rzeczywiście regularne oddziały rosyjskie weszły na terytorium Ukrainy i doszło do większych bitew. Wydaje mi się, że w tym momencie nie jest to najbardziej prawdopodobny scenariusz.

Jednak trzeba brać pod uwagę jedną rzecz: to co czasem my nazywamy nieracjonalnym działaniem Rosji, wcale takim nie jest. Logika działania władz rosyjskich jest trochę inna.

Jeżeli władze rosyjskie dojdą do wniosku, że stronnictwo prorosyjskie traci grunt pod nogami, a Ukraina coraz bardziej oddala się od rosyjskiej strefy wpływów, to wówczas kalkulacja zysków i strat może być inna. Mieliśmy do czynienia w przeszłości z sytuacją, w której Rosjanie kalkulowali błędnie. Cały projekt Noworosja z lat 2014-2015, to przykład tego jak Rosjanie kalkulowali błędnie. Czyli trzeba mieć to z tyłu głowy, że władze rosyjskie popełniają błędy.

Rosyjski MSZ ostrzega przed konsekwencjami wejścia Ukrainy do NATO

Być może dzisiaj też źle kalkulują: liczą, że prezydent Zełenski jest słaby, że Zachód zajmuje się szczepieniami i nie ma głowy do Ukrainy, więc jak najbardziej scenariusza większych działań zbrojnych nie można wykluczyć.

– Tutaj rzeczywiście się zgadzam, że w przypadku, gdyby Rosja już teraz szykowała większe działania zbrojne, to by tak jawnie nie przenosiła swoich wojsk, na przykład z Syberii w kierunku Zagłębia Donieckiego. Ale są też pewne dość niebezpieczne deklaracje ze strony Kremla o tym, że będzie bronić Rosjan, którzy mieszkają na Ukrainie. Wiadomo, że część mieszkańców samozwańczych republik dostała jrosyjskie paszporty czy też dowody osobiste. Czy to też jest element tej wojny psychologicznej z Zachodem i z Kijowem?

– Tak, jak bym na to popatrzył jak na tak zwaną gra w kurczaka, gdy mamy dwie strony, które zmierzają ku sobie. Albo jedna z nich stchórzy, albo dojdzie do zderzenia. Już tradycyjnym opisywanym w literaturze sposobem na to, aby taką grę wygrać, jest przekonanie przeciwnika, że działa się kompletnie irracjonalnie i z żadnego powodu nie zrezygnuje się z obranego celu.

I to właśnie w tym kontekście patrzyłbym na wypowiedzi rosyjskie, że za wszelką cenę będziemy bronić Rosjan w Donbasie, że to początek rozpadu Ukrainy, gdy tylko dojdzie do jakichś działań odwetowych. To Rosjanie używają tego terminu, ale ja bym tu jednak zacytował ministra Zbigniewa Raua z wizyty w Kijowie, że Ukraina ma prawo się bronić. Rosjanie mówią, że gdy Ukraina się będzie broniła, to będzie to początek końca, czy też rozkład. I jest wiele innych tutaj wypowiedzi kierowanych w stronę Kijowa mających przestraszyć Ukrainę.

Putin: wojna jest normą, a pokój anomalią

– Wspomniał Pan o wizycie ministra spraw zagranicznych w Kijowie. Czy poza Polską, poza Stanami Zjednoczonymi, Ukraina rzeczywiście może teraz liczyć na zdecydowane wsparcie Zachodu?

– To jest kwestia tego, czy niektórzy politycy zachodni, liderzy tych państw, mają ochotę bardzo zdecydowanie stawiać sprawę i mówić, kto jest agresorem, a kto ofiarą.

Mamy do czynienia z jednej strony oczywiście z bardzo jasnymi deklaracjami Polski, Stanów Zjednoczonych, Kanady, Wielkiej Brytanii, Litwy. A z drugiej strony mamy na przykład takie oświadczenia jak niemiecko-francuskie.

Wezwano tam obie strony do powstrzymania się od działań prowokacyjnych. Myślę, że Moskwa była z takiego oświadczenie bardzo zadowolona. Bo po pierwsze nie wiadomo tutaj kto jest atakującym, a kto broniącym się, a to jak najbardziej wpisuje się w rosyjską retorykę, że to troszkę Ukraińcy prowokują i trzeba ich powstrzymać przed ewentualnymi działaniami. I tak naprawdę to być może prawda leży gdzieś pośrodku.

Polsko-amerykańskie tematy: Białoruś, Ukraina, Trójmorze i Nord Stream2

Wszystko w tym momencie sprowadza się do tego, czy Ukraina może liczyć na wsparcie wykraczające poza polityczne. Rosja przerzuca wojska w pobliżu ukraińskich granic, tak naprawdę też bezpośrednio na terytorium Ukrainy, bo mówimy też o Krymie.

Słowa to jedno, ale one nie wystarczą. Powstaje pytanie, czy Ukraina może liczyć na wsparcie materialne, wojskowe, gdyby doszło do zaostrzenia sytuacji. Stany Zjednoczone wysyłają swoją flotę na Morze Czarne.

Na takie działania mogłaby się zdecydować Wielka Brytania i jeszcze kilka państw. Z pewnością wspomogłoby Ukrainę, jeżeli chodzi na przykład o dostawy sprzętu wojskowego, gdyby doszło do zaostrzenia sytuacji. Ale nie wydaje mi się, żeby wśród tych państw znalazły się Francja, czy Niemcy, czyli dwa główne kraje, o których zazwyczaj mówimy w kontekście rozmów ukraińsko-rosyjskich.

Z dr Danielem Szeligowskim rozmawiał Piotr Pogorzelski. Tekst to zapis wywiadu, który ukazał się w podcaście „Po prostu Wschód” w piątek 9 kwietnia 2021 r. i został udostępniony belsat.eu przez autora.

pp/belsat.eu

Wiadomości