Zgromadzenie nomenklatury: baronowie i szaraki Łukaszenki

Michał
Kacewicz
dziennikarz

Kończące się dzisiaj Ogólnobiałoruskie Zgromadzenie Ludowe jest po to, żeby Łukaszenka mógł scementować fundamenty swojej władzy: nomenklaturę. Od dawna nie jest ona monolitem.

Organizując Ogólnobiałoruskie Zgromadzenie Ludowe Alaksandr Łukaszenka chciał pokazać, że czas protestów się skończył. Celem było zapewnienie, że wszystko jest już jak dawniej. Suflował mu Iwan Tertel, szef KGB, oznajmiając, że zaczęła się normalizacja. Zjazd miał być również tłem, dla stopniowego wycofywania się Łukaszenki z obietnic reformy konstytucyjnej. Łukaszenka przyznał otwarcie, że Białoruś powinna pozostać republiką prezydencką, zaś zmiany w konstytucji pojawią się w ciągu roku, a referendum – w przyszłym. To nic innego, jak gra na czas. Na zjeździe Łukaszenka powtarzał utarte tezy o protestach, jako ataku z zewnątrz na niepodległość Białorusi.

Premier Raman Hałouczanka przemawiał, że reformy gospodarcze są szkodliwe. Szef KGB, że zagraniczne służby knują spiski przeciw Białorusi za pomocą „cwaniaczków i zdrajców”, ale sytuacja jest już opanowana. A minister spraw zagranicznych Uładzimir Makiej, że trzeba skończyć z ideą neutralności i oprzeć się o Rosję.

Koniec białoruskiej neutralności? Szef MSZ w Mińsku o nowych priorytetach państwa

Zjazd utrzymany w konwencji i stylistyce zjazdów Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego (KPZR) był tylko tłem dla prezentacji twardego stanowiska reżimu. – Żadnych marzeń Panowie, będzie jak dawniej – zdawał się mówić Łukaszenka i jego akolici. Te słowa wybrzmiały nie przypadkiem na takim forum. Przed aktywem opory reżimu: nomenklaturą.

Rytuał

Maraton wystąpień delegatów imponował tempem. Większość z kartki odczytywała, jak to kwitnie zarządzany przez nich kołchoz, jak wspaniale rozwija się przedsiębiorstwo. Prawie każdy, przy okazji przedstawiał jakieś oczekiwania. Bo w końcu gdzie, jak nie na takim forum, dotrzeć do uszu kierownictwa bezpośrednio? Stąd rzucane z przekonaniem: trzeba inwestować w produkcję tuczników, trzeba rozwijać przemysł drzewny. Produkcja urządzeń elektrycznych gwarancją pomyślności narodu! No i obowiązkowe formułki podziękowań dla Łukaszenki, gwaranta niepodległości, rozwoju. Drugiego dnia zaczął się nieskrępowany festiwal nienawiści wylewanej na wroga zewnętrznego i wewnętrznego.

– Syn wziął kluczyki, pojechał samochodem i rozbił go, na szczęście złapała go drogówka, a potem dostał ode mnie po tyłku, był obrażony, ale jest mi teraz wdzięczny – opowiadał jeden z delegatów.

A potem przyznał, że to piękna alegoria państwa. Bo Łukaszenka też musi czasem przyłożyć, też cierpi bo są na niego obrażeni i uderzają sankcjami. Bardziej rozbudowaną mieszaninę metafor zastosowała Ivana Žigon, zaproszona na forum serbska aktorka. Z patosem i uniesieniem połączyła bombardowania Kosowa, z czystymi ulicami Mińska, ojcowską troskliwością Łukaszenki i wylewającą się z tabletów i internetu złowrogą, zachodnią intrygą. – Ten wirus jest groźniejszy od koronawirusa – mówiła. Pohukiwania na deprawujący młodzież internet i media społecznościowe było sporo i w innych wystąpieniach. I nic to, że transmisja obrad była zamieszczana za pośrednictwem platformy Youtube, a w rękach delegatów pojawiały się tu i ówdzie amerykańskie smartfony.

Łukaszenka przyznaje, że wynik wyborów mógł być sfałszowany, ale nie chce oddawać nawet części władzy

Kamera często pokazywała niezbyt umiejętnie twarze delegatów. Dobrze widoczne, bo mało kto nosi maseczkę, ufając Łukaszence, że wirus nie jest groźny. W większości kamienne i ściągnięte urzędową powagą. W końcu są to profesjonaliści, dobrze wyszkoleni w tego typu imprezach. Czasem jednak nie potrafiła ukryć znudzenia, nerwowego wyczekiwania na koniec rytuału, albo półuśmieszków świadczących pewnie o tym, że przynajmniej niektórzy z delegatów zdają sobie sprawę, że uczestniczą w teatrze.

Elita Łukaszenki

Białorusinom niezwykle trudno było ustalić kim są delegaci na zjazd. Były przypadki, że ktoś dopiero z mediów dowiadywał się, że został delegatem. Były takie, że w niektórych miejscowościach w ogóle trudno było ustalić, kto jest delegatem.

Utajnieni delegaci. Kogo wysłano na Zgromadzenie Ludowe?

Pewne jest, że delegaci byli rekrutowani z tej warstwy społecznej, która jest oporą władzy Łukaszenki. Z nomenklatury. To bardzo szerokie pojęcie. Nomenklatura nie jest jednorodną klasą. Dzieli się tak, jak dzieliła się dawna szlachta, albo radziecka nomenklatura. Są „magnaci”, albo „bonzowie”. Czyli osoby z najbliższego otoczenia Łukaszenki: premier, ministrowie, najważniejsi ludzie z resortów siłowych, oraz nieliczni prywatni przedsiębiorcy.

Białoruskich multimilionerów od ukraińskich oligarchów odróżnia to, że nie mają siły politycznej. Przeciwnie, np. Uładzimir Piefcijeu, Juryj Czyż, czy Alaksandr Moszenski prowadzą swoje biznesy dzięki powiązaniom z aparatem władzy. Są takimi samymi klientami Łukaszenki, jak niżej stojący w hierarchii. Niższą warstwą nomenklatury, jest „arystokracja”. Czyli dyrektorzy państwowych zakładów, bądź spółek zależnych od państwa, rektorzy uczelni, wyżsi urzędnicy regionalni, generalicja i wyżsi oficerowie, dyrektorzy instytucji państwowych.

Są najniżej stojący, „szaraki”: dyrektoriat kołchozów, urzędnicy niższego szczebla, aktywiści prorządowych organizacji i fasadowych partii, dyrektorzy szkół, kierownicy w zakładach przemysłowych, oficerowie milicji i służb, itd. Nomenklatura to bezpośredni klienci łukaszenkowskiego systemu. Z dumą pokazywane przez starszych delegatów na zjeździe ordery i medale z czasów radzieckich, i te nowsze, łukaszenkowskie, za trud, za pracę dla ojczyzny, świadczą o wspinaniu się po szczeblach urzędniczej kariery.

Premier Białorusi: reformy gospodarcze doprowadzą kraj do zapaści

Trudno dokładnie ocenić, jaka jest liczebność kasty nomenklaturowej. Socjolog Oleg Manajew oceniał, że pod koniec lat 90. sami urzędnicy wraz z rodzinami to ok. pół miliona ludzi. Dziś te liczby są podobne, bo przez ostetnie dwie dekady Łukaszenka nie robił poważniejszych cięć w administracji. Jeśli doliczyć biurokrację branżową, kadrę przedsiębiorstw i sektor siłowy to kasta nomenklaturowa może stanowić ok. 2 mln. ludzi. Nomenklatura przechodziła jednak poważne przemiany. Również ze względów demograficznych. Stąd tak duża troska, by pokazać, że młodzi są za Łukaszenką.

Rysy na monolicie

Pojawienie się prężnie rozwijającego się sektora IT, czy finansów, nie związanego z monopolem władzy Łukaszenki spowodowało, że zaczęła kiełkować elita finansowa i intelektualna niezależna od nomenklatury. Pierwszym symptomem były protesty przeciw dekretom o „pasożytnictwie” w 2017 r. Kolejnymi wystąpienie przeciw Łukaszence „baronów” z nomenklaturowej arystokracji. Takich jak Wiktor Babaryka, czy Walery Capkała. Bankier i wysoki urzędnik mogli sobie pozwolić na frondę, bo należeli do tej części nomenklatury, która w znacznym stopniu uniezależniła się od Łukaszenki (mimo, że część nowego biznesu jest zależna od relacji gospodarczych z Rosją).

Amnestia dla skruszonych Białorusinów i aleja na cześć Rosji: na Zgromadzeniu w Mińsku zabrzmiał głos „konstruktywnej opozycji”.

Łukaszenka zareagował w przewidywalny sposób. Babarykę wtrącił do więzienia, żeby zastraszyć innych, którym do głowy przyjdzie bunt. Interes nomenklatury polega na tym, żeby nie doszło do głębokich zmian. Znaczna część tej rzeszy żyła przez ostatnie miesiące w strachu. Czy Łukaszenka się utrzyma, czy sąsiedzi nie przyjdą po nich, czy nie wyrzucą z posady? Takie pytanie kłębiły się w głowach łukaszenkowskiej kasty. I najważniejsze pytanie: czy nie czas ewakuować się z tonącego okrętu i szukać nowego patrona?

W odpowiedzi na te właśnie pytanie Łukaszenka zorganizował Zgromadzenie. Żeby rozwiać wątpliwości. Słowa premiera Hałouczanki, że nie będzie zmian i reform, były jak miód na uszy nomenklaturowej elity.

Białoruś: liderzy opozycji oskarżeni o kierowanie organizacją ekstremistyczną

Taki przekaz popłynął do wszystkich łukaszenkowskich baronów, i pomniejszych szaraków. Żeby się nie bali, bo przecież lider trzyma się mocno. Zgromadzenie miało w założeniu przypominać zjazdy KPZR, czyli coś co miło się kojarzy Łukaszence i części starszej nomenklatury. I mimo, że pozornie udało się odtworzyć rytuał radzieckich zjazdów, to różnica jest zasadnicza. Białoruska nomenklatura nie jest zdyscyplinowaną partią, a targaną wątpliwościami i mającą różne interesy klasą biurokratów, oficerów i przedsiębiorców państwowych.

Zgodne głosowanie 2700 delegatów za deklaracjami końcowymi Zgromadzenia i wygłaszane laurki dla Łukaszenki nie powinny zwieść. Łukaszenka chciałby, żeby Zgromadzenie, było jak wielkie, „konserwatywne” zjazdy KPZR, np. XXIII zjazd, na którym Leonid Breżniew zakończył czas odwilży i zdyscyplinował partię po epoce Chruszczowa.

Jednak sytuacja na Białorusi jest dziś tak diametralnie inna, od tej w ZSRR Breżniewa, że Zgromadzenie raczej przypomina inny zjazd KPZR. Dwudziesty ósmy, ostatni, z 1990 r. Wtedy, kiedy partyjni bonzowie wygłaszali peany na cześć Marksa i Lenina, a za oknami kremlowskiego pałacu zjazdów rozpadał się komunizm i Związek Radziecki. A partyjna nomenklatura masowo szukała nowego zajęcia.

Michał Kacewicz/belsat.eu

Inne teksty autora – w dziale Opinie.

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów