Rosja wkracza do gry w polsko-białoruskim kryzysie granicznym

Michał
Kacewicz
dziennikarz

Kreml zaczyna odsłaniać swoje intencje i chce wejść w rolę mediatora w konflikcie wywołanym przez Łukaszenkę. Korzystając z kryzysu Putin zmierza do przesunięcia rosyjskich wojska na Białoruś, by szachować Polskę, Europę i NATO.

Od początku białoruskiego kryzysu granicznego jasne było, że Alaksandr Łukaszenka nie działa samodzielnie. Jeszcze, kiedy pierwsi migranci pojawiali się na granicy z Litwą, różne poszlaki wskazywały na współudział Rosji w tej operacji. Takie, jak fakt, że to Rosja, a nie Białoruś, ma duże możliwości dyplomatyczne i wywiadowcze na Bliskim Wschodzie. Ma też wpływy polityczne w Syrii, czy Iraku i Iranie, a gospodarcze w całym regionie bliskowschodnim. Oczywista jest również współpraca białoruskiego KGB i wywiadu wojskowego z rosyjskimi służbami. Wreszcie od kiedy Kreml udzielił w czasie białoruskich protestów wsparcia Łukaszence, nie było ono bezwarunkowe. Kluczowym warunkiem jest zaś pełna lojalność Łukaszenki w kwestiach strategicznych interesów Rosji. A takim jest przecież granica i działania zaczepne wobec państw UE i NATO.

Do tej pory Moskwa trzymała się z dala od kryzysu granicznego. Nikt nie zabierał głosu, a rosyjskie media tylko zdawkowo informowały o sytuacji z migrantami na Białorusi. Sytuacja zmieniła się od 1 listopada, kiedy rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow pierwszy raz zabrał głos i wspierając Mińsk ocenił, że kryzys migracyjny to wina Zachodu i USA w szczególności.

Ławrow: wiązanie Rosji z kryzysem migracyjnym jest „niegodne poważnych polityków”

Kreml ujawnił, że sprawa kryzysu granicznego była tematem rozmów Łukaszenki z Władimirem Putinem 4 i 9 listopada. Po stronie Mińska stanął w swoich oświadczeniach rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow. Kiedy po białoruskiej stronie w pobliżu przejścia granicznego w Kuźnicy pojawiła się pierwsza, duża, ponadtysięczna i zorganizowana grupa migrantów, zaczęła się druga faza operacji.

Wraz z migrantami przywędrował batalion rosyjskich i białoruskich pracowników mediów. I zaczęła się propagandowa nagonka na Polskę, zalew obrazków przekonujących, że polskie wojsko i straż graniczna nieludzko traktują migrantów. Otoczka propagandowa nie jest przypadkowa. To akompaniament dla Putina wkraczającego do gry w kryzysie granicznym. Niestety, jego rola i cele budzą duże zaniepokojenie. Wczoraj Ławrow postulował, by UE zapłaciła Białorusi za odesłanie migrantów. Jasne więc stało się, że Rosja zaczyna wykładać na stół swoje karty.

Białoruska marchia

We wczesnośredniowiecznej Europie, na obrzeżach cesarstwa Karolingów powstawały marchie. Niby samodzielne organizmy państwowe, a jednak całkowicie zależne od imperium oraz pełniące rolę pogranicza w nieustannym ogniu. Ich władcy mogli więcej, prowadzili operacje zaczepne wobec sąsiadów cesarstwa. Współczesna Rosja obudowuje się takimi właśnie marchiami. To okupowany, ukraiński Donbas, ale też Abchazja i Osetia Płd., czy położone z dala od rosyjskich granic Naddniestrze. Białoruś jest najcenniejszą marchią. Nie dość, że największa, to jako jedyna, w odróżnieniu od samozwańczych republik, jest uznawanym państwem i uczestnikiem międzynarodowych instytucji i procesów. Największą wartością dla Putina jest jej „tranzytowe” położenie na szlaku z Europy na Wschód, oraz bezpośrednie sąsiedztwo UE i NATO.

Putin rozmawiał z Łukaszenką. Zaniepokoili się polskimi wojskami na granicy z Białorusią

Proces popadania Białorusi w zależność od Rosji oraz wasalizacja Łukaszenki trwały długo. W niektórych obszarach Białoruś nie uzyskała niezależności od rozpadu ZSRR, w innych, wróciła do niej przez ponad dwie dekady rządów Łukaszenki. W ciągu ostatniego roku nastąpiło jednak znaczące przyspieszenie. Łukaszenka znalazł się pod ścianą. Jest dociśnięty przez unijne sankcje i wobec sprzeciwu Białorusinów, zdany na łaskę sektora siłowego oraz polityczne i gospodarcze wsparcie z Rosji.

Po trwającej wiele lat epopei integracyjnej 4 listopada, w trakcie wideokonferencji Łukaszenki i Putina zatwierdzono 28 obszarów integracji Białorusi i Rosji, oraz doktryna wojskowa Państwa Związkowego. Nie jest to jeszcze koniec targów Łukaszenki o zachowanie coraz bardziej kurczącego się pola niezależności. Teraz potrzeba kilkuset dokumentów szczegółowych, uzupełniających i z pewnością będą one powstawały w bólach. Doktryna militarna również na razie nie jest podpisana. Ale przypomnienie o niej w środku kryzysu migracyjnego ma znaczenie.

Rosyjskie bombowce przeleciały nad Białorusią

Cena spokoju

W ten sposób Putin rzuca na stół cenę za deeskalację kryzysu. Prawdopodobnie w najbliższym czasie Rosja coraz częściej będzie przypominać, że może powstrzymać Łukaszenkę. Ceną za to będzie jednak akceptacja przesunięcia rosyjskich zdolności militarnych na granice NATO. Wprawdzie Rosja graniczy z państwami sojuszu poprzez Obwód Kaliningradzki, czy na północy, z Norwegią, a białoruskie siły zbrojne od dawna są praktycznie podporządkowane rosyjskiemu dowództwu, ale pozyskanie Białorusi, jako dużej bazy wojskowej byłoby fundamentalną zmianą w układzie bezpieczeństwa w Europie.

Zwłaszcza, że już pojawiły się tzw. „wrzutki” medialne o możliwym przeniesieniu rosyjskiej, taktycznej broni jądrowej na Białoruś. To dopiero początek testowania reakcji NATO i Europy. Oraz przekaz wobec Polski i Niemiec (w których toczy się dyskusja na temat przyszłości amerykańskiej, taktycznej broni jądrowej w niemieckich bazach). W ten sposób Rosja przemawia również do społeczeństw państw Europy i gra na starej nucie pacyfizmu i strachu przed atomową katastrofą.

Rosyjski dziennik: na Białorusi wkrótce pojawi się broń jądrowa

Rosja może w ramach wspólnej doktryny wojskowej Państwa Związkowego przenieść na Białoruś komponenty obrony przeciwlotniczej i samo lotnictwo, oraz po prostu jednostki wojsk lądowych. Stworzy w ten sposób problem dla NATO, ale i Ukrainy, która w pośpiechu będzie musiała wzmacniać obronę północy kraju i samego Kijowa.

Sugestie rozciągnięcia rosyjskiego parasola ochronnego, które popłynęły w ostatnich dniach, dotyczą nie tylko sfery wojskowej. Proces integracji oznacza głębokie uwspólnotowienie gospodarki, handlu i przepływ ludzi. A to z kolei znaczy, że w perspektywie sankcje nakładane na Łukaszenkę, przestaną być tylko jego problemem, a staną się sprawą Putina.

Na razie Moskwa ostrożnie to sugeruje. Np. dzisiaj Dmitrij Pieskow powiedział, że obarczanie Rosji odpowiedzialnością za kryzys jest niedopuszczalne, a zamknięcie granicy dla handlu będzie próbą „uduszenia Białorusi”. Te słowa to reakcja na wczorajsze wystąpienie Mateusza Morawieckiego i argumenty, jakie padają w polskiej debacie, że należy rozszerzyć sankcje o handel przez granicę z Białorusią.

Pieskow wskazuje zarazem, czego boi się Kreml: powiązania go z kryzysem i ostrych sankcji wprawiających Łukaszenkę w problemy gospodarcze i łamiących jego zobowiązania biznesowe. Oczywiście w interesie Łukaszenki będzie teraz rozgrywanie rosyjskiego wsparcia, i to on będzie teraz podnosił, że sankcje na Białoruś to uderzenie w Rosję. Z drugiej strony rosyjska dyplomacja zaczyna batalię o wejście w kryzys na granicy jako rozjemca, ale taki, który stawia swoje warunki i dyktuje cenę. Tą ceną jest obecnie Białoruś i bezpieczeństwo Europy. Nie ma chyba wątpliwości, że pojawienie się na granicy białorusko-polskiej i białorusko-litewskiej rosyjskich żołnierzy i funkcjonariuszy bezpieczeństwa nie wzmocni. Będzie wręcz przeciwnie.

Białoruscy blogerzy: pod Grodnem zbiera się druga kolumna migrantów

Michał Kacewicz/belsat.eu

Inne teksty autora w dziale „Opinie”

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów