„Testament Łukaszenki” to tylko kolejny fortel, by utrzymać władzę

Michał
Kacewicz
dziennikarz

Łukaszenka ogłosił, kto ma rządzić na wypadek jego tragicznej śmierci. Nie znaczy to, że zakłada taką możliwość, bo panicznie boi się jedynie utraty władzy i właśnie szuka sposobu, jak ją zachować.

Nieuchronność śmierci jest sprawą pewną i oczywistą. Wiedzieli o tym wszyscy władcy sprawujący rządy dożywotnio. Ci mądrzejsi z nich, jeszcze za życia podejmowali próby ustanowienia modelu sukcesji. Np. Karol Wielki, cesarz chrześcijańskiej, średniowiecznej Europy osiem lat przed śmiercią napisał testament „Divisio regnorum”, w którym podzielił swoje imperium między trzech synów. Tyle, że dwóch z nich zmarło przed śmiercią cesarza i ostatecznie imperium i tak się podzieliło, ale nie na skutek woli założyciela.

Swój testament za życia postanowił napisać też Alaksandr Łukaszenka. Wydał dekret, który przewiduje, że w przypadku śmierci głowy państwa z powodu „zamachu, aktu terrorystycznego, agresji zewnętrznych czy innych działań siłowych wszystkie instytucje państwowe i ich przedstawiciele działają zgodnie z decyzjami Rady Bezpieczeństwa, której zebraniom przewodniczy premier” – poinformowała w niedzielę służba prasowa Łukaszenki. Na terytorium kraju zostanie przy tym niezwłocznie wprowadzony stan wyjątkowy lub wojenny, a jego warunki określi Rada Bezpieczeństwa.

Testament Łukaszenki

Tym samym Łukaszenka ustanowił sukcesora swojej władzy: Radę Bezpieczeństwa. I tak jak większość decyzji, również tę podjął arbitralnie. Tak, jakby kwestia przyszłości Białorusi zależała wyłącznie od jego woli. Mniejsza też o to, że założył, że władzę sprawuje dożywotnio. W sumie zachował się jak średniowieczny feudał. Jego włości, jego decyzja i jego testament.

Łukaszenka podpisał dekret na wypadek „śmierci głowy państwa”

Decyzja podpisana w obchodzony z patosem Dzień Zwycięstwa jest oczywiście elementem prowadzonej od kilku tygodnia operacji propagandowej. Zapoczątkowana została zatrzymaniem w Moskwie 13 kwietnia przez KGB wspólnie z rosyjskimi służbami specjalnymi białoruskiego politologa Alaksandra Fiaduty, a także byłych i obecnych działaczy BNF (Białoruskiego Frontu Narodowego).

Potem były ujawnione przez Łukaszenkę rewelacje, jakoby Fiaduta wraz z grupą spiskowców zamierzał przeprowadzić przewrót i zamach w celu zabójstwa Łukaszenki wraz z jego rodziną. Potem pojawiało się mnóstwo coraz bardziej niesamowitych rewelacji. Według jednej z nich na Białoruś miały najechać z Litwy grupy najemników. No i oczywiście za spiskiem stała amerykańska CIA. Rangi tej historii miał nadać Władimir Putin, który powołał się na nią w swoim wygłoszonym 21 kwietnia orędziu. Straszył zachodnimi spiskami i przewrotem wymierzonym w Łukaszenkę.

Pewne echa tej historii dały się słyszeć i w aluzjach we wczorajszym przemówieniu Putina na Placu Czerwonym, kiedy rosyjski prezydent straszył ideologią nazistów, którzy ciągle coś knują przeciw Rosji. Łukaszenka podchwycił płynącą z Moskwy melodię. Dobrze mu przecież znaną. To melodia do pieśni mobilizującej do zwarcia szeregów w oblężonej twierdzy. Pieśni bojowej do uderzenia we wroga wewnętrznego i zewnętrznego. I w takim duchu jest utrzymany testament Łukaszenki. Ma pokazać, że zagrożenie jest poważne

Białoruskie KGB zwróciło się do USA, Litwy i Ukrainy o ekstradycję organizatorów „zamachu stanu”

Białorusini dobrze wiedzą, że myśl o Białorusi bez Łukaszenki była zawsze, natrętnie odganiana przez niego samego i jego propagandę. Niby czasem zdarzało mu się rzucić coś w stylu: zobaczycie, jak będzie beze mnie. Albo słynne, już, powtarzane nie raz zapewnienia, że zmiany nastąpią, ale „po moim trupie”. W rzeczywistości Łukaszenka przez ostatnie dwadzieścia siedem lat rządów robił wszystko tak, jakby był nieśmiertelny. Zbudował państwo oparte wyłącznie o jego arbitralne decyzje.

Nie pozwolił rozwinąć się i okrzepnąć żadnej instytucji państwa. Parlament, z jego wiosennymi i jesiennymi sesjami zwoływanymi tylko w celu zaaprobowania prezydenckich pomysłów, trudno nawet nazwać kadłubowym. Jest czystą fasadą. System partyjny? W zasadzie go nie ma. I nie chodzi o prawdziwie demokratyczne partie – te są od dawna zwalczane i działają w podziemiu. W odróżnieniu od Rosji, Łukaszenka nie stworzył nawet marionetkowych, sterowanych partii, w rodzaju prokremlowskiej Jednej Rosji. Modus operandi jego reżimu stało się rozbijanie jakiejkolwiek formy organizacji.

Łukaszenka znów straszy terrorystami

Dlatego dochodziło do regularnie powtarzanych czystek i zmian w służbach specjalnych, siłach zbrojnych, biurokracji, a nawet uderzeń w nieliczne środowisko para-oligarchów. Przez pewien czas wydawało się, że Łukaszenka pójdzie w azjatycki scenariusz. I np. doprowadzi do sukcesji władzy w ramach rodziny, spośród jego trzech synów. O najstarszym, Wiktarze, nie raz mówiło się, że może przejąć władzę po ojcu. Podobne spekulacje krążyły i o Mikałaju, najmłodszym, obecnie jeszcze nastolatku.

Dywagacje były zresztą szybko ucinane przez propagandę. Nigdy nie wykroczyły poza eksperckie spekulacje, lub zwykłe plotki. Bo Łukaszenka nigdy nie pozwalał na publiczne roztrząsanie przyszłości. Nie, bo przyszłość to on. Tak było nawet po sierpniu ubiegłego roku,

Tajna kancelaria

Rada Bezpieczeństwa powstała w 1991 r., jeszcze przed uzyskaniem przez Białoruś niepodległości. Była zainspirowana podobnym organem powołanym przez Michaiła Gorbaczowa w ramach ostatniego rzutu reform mających reanimować upadające radzieckie imperium. Rada odpowiada za całokształt polityki bezpieczeństwa i obronnej. Na Białorusi (podobnie jak w Rosji Putina) ewoluowała do roli tajnej kancelarii odpowiedzialnej za wspieranie prezydenta i walczącej m.in. z zagrożeniem wewnętrznym. Czyli z opozycją. Rola Rady zawsze rosła w czasie kryzysów. Takich jak zapoczątkowane rok temu protesty Białorusinów.

„Legalizacja junty”. Politolodzy komentują pomysł Łukaszenki na przekazanie władzy

To Rada kreuje politykę wobec protestów, bierze na siebie główną odpowiedzialność za decyzje. W jej skład wchodzi do dwudziestu członków, ale stałych jest ośmiu. Są to premier, przewodniczący obu izb Zgromadzenia Narodowego, szef Administracji Prezydenta, sekretarz państwowy Rady Bezpieczeństwa (obecnie to powołany w styczniu były szef sztabu i wiceminister obrony Alaksandr Walfowicz), szef KGB i ministrowie spraw wewnętrznych i obrony. Oprócz tego do Rady wchodzą prokurator generalny, szef Komitetu Kontroli Państwowej, szef MSZ, szef Sztabu Generalnego czy szef Banku Narodowego.

Na czele rady stoi sam Łukaszenka, a jej członkiem był również jego syn, Wiktar, jako doradca ds. bezpieczeństwa. Stanowisko to musiał opuścić, by zostać prezydentem Narodowego Komitetu Olimpijskiego Białorusi.

Białoruski premier: trzeba być gotowym na fizyczną likwidację głowy państwa

Fundamentem Rady są tzw. twardzi „siłowicy”, czyli wyżsi oficerowie sił zbrojnych i służb specjalnych. W kompetencjach instytucji leży też głównie polityka obronna, bezpieczeństwa i strategiczna w sprawach zagranicznych. Wskazując na Radę, jako prawdopodobnego sukcesora władzy (nawet tylko tymczasowo, choć to nie jest póki co jasne), Łukaszenka wzmacnia znaczenie swojej „tajnej kancelarii”.

Choć i tak jest ono ogromne. Zarządzając od roku polityką bezpieczeństwa, decydując o użyciu sił milicyjnych, czy wojska, zwalczając opozycję i kreując politykę wobec Zachodu i Rosji, Rada Bezpieczeństwa jest jedynym ośrodkiem realnej władzy.

Czemu Łukaszenka po raz pierwszy w swoim życiu zdecydował się wzmocnić jedną z instytucji władzy i zasugerować, że może objąć po nim schedę? Z powodu panicznego strachu i desperacji. Strach ten nie wynika bynajmniej z absurdalnych doniesień o zamachu stanu przeprowadzonym przez grupę kierowaną przez politologa, dawnych działaczy opozycji i CIA. Gdyby tak było, białoruską armię i służby specjalne już przeorałaby fala czystek sięgających aż do samego kierownictwa organów bezpieczeństwa.

Nic takiego się nie stało. Przeciwnie. Służby mundurowe są wzmocnione poprzez nobilitację Rady Bezpieczeństwa (skupiającą dowódców armii i służb) do roli sukcesora Łukaszenki. Strach wynika z czegoś innego. To paniczny lęk przed utratą władzy, upadkiem i losem, jaki spotkał wielu dyktatorów. To również lęk przed sojusznikiem ze wschodu, ale i przed zdradą własnych elit.

Dlatego Łukaszenka zaczął transformację systemu. W kierunku pozornego podzielenia się władzą. Pierwszym etapem operacji mistyfikacji zmian był zjazd delegatów ludowych w lutym i ogłoszenie planów referendum oraz „pojednania narodowego”. W tym procesie będzie kreowana fasada władzy „ludowej”. Jakieś wzmocnienie parlamentu, być może stworzenie kontrolowanej partii władzy na rosyjski wzór. Jednak transformacja nie będzie oznaczała, że Łukaszenka zamierza przekazać część prawdziwych kompetencji poza wąskie grono ludzi, którym ufa. Jądro władzy pozostanie w jego rękach i w „tajnej kancelarii”.

Znaczenie pretorian Łukaszenki niewątpliwie wzrośnie jeszcze bardziej. Ludzie w mundurach posiadają zalety: są lojalni, bo podobnie jak Łukaszenka, mając krew na rękach, mają bardzo ograniczone pole manewru. No i mają twarde głowy i pełną świadomość, że bez Łukaszenki stracą wszystko.

Anatomia histerii: Łukaszenka ucieka przed zamachowcami już od 27 lat

Michał Kacewicz/belsat.eu

Inne teksty autora w dziale „Opinie”

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów