Pół roku białoruskiego protestu zagoniło Łukaszenkę do kąta

Michał
Kacewicz
dziennikarz

Łukaszenka sądzi, że przeczekał falę protestów i jak, gdyby nigdy nic organizuje jutro Ogólnobiałoruskie Zgromadzenie Ludowe. Jest w błędzie, bo ostatnie pół roku zmieniło w Białorusinach tak dużo, że powrót do sytuacji sprzed 9 sierpnia 2020 jest niemożliwy.

Kiedy 9 sierpnia Alaksandr Łukaszenka po raz kolejny sfałszował wybory prezydenckie, zapewne nie spodziewał się, jak silne emocje uruchomi wśród Białorusinów. Owszem, reżim nie tylko przewidział protesty, ale i się do nich przygotował. Białorusini zaczęli wychodzić na ulice już wiosną – przy okazji akcji zbierania podpisów poparcia dla kandydatur opozycyjnych wobec Łukaszenki. Potem był gorący lipiec i wiece poparcia dla Swiatłany Cichanouskiej.

Władza w tym czasie straszyła wojną domową, interwencją Rosji. Było pokazowe schwytanie rzekomych rosyjskich najemników, którzy potem okazali się nierosyjscy, kiedy trzeba było szukać wsparcia Kremla. A Łukaszenka objeżdżał jednostki specjalne i wygrażał, że do „majdanu nie dopuści”. Tyle, że na Białorusi nie było „majdanu”. W ogóle w łeb wzięły wszelkie, znane dotąd analogie. Łukaszenka liczył na to, że będzie jak zwykle. Najpierw kilka dni dużych manifestacji i eksplozja oburzenia. Potem brutalne pacyfikacje i powrót do normalności. Tym razem było inaczej.

Gra na czas

Manifestacje były największe od wielu lat. Pacyfikacje też. A jednak protest nie tylko przetrwał. Stał się rodzajem instytucji obywatelskiej i ruchem oporu. Rozlał się na całą Białoruś. Zarówno w sensie geograficznym, jak i społecznym. Bo objął grupy, które do tej pory były pasywne politycznie: robotników, pracowników państwowych ze wsi, a nawet urzędników. Władza nie spodziewała się takiego oporu. A jednak podjęła się typowej dla niej taktyki na przeczekanie i zdławienie protestu przemocą. Nie udało się. Mimo to, Łukaszenka udaje, że czas burzy już się skończył.

Politolog: Zgromadzenie Ludowe będzie seansem psychoterapii dla Łukaszenki

Świadczy o tym choćby zwołane na jutro Ogólnobiałoruskie Zgromadzenie Ludowe, które zbiera się regularnie co 5 lat. Ma wziąć w nim udział 2700 osób – kadłubowa reprezentacja nomenklatury, która z aplauzem zatwierdza pomysły prezydenta. Tym razem Zgromadzenie ma inne zadanie. Łukaszenka chce pokazać, że życie w republice normalizuje się. Może zainicjować jakieś ruchy związane z pozorowanymi zmianami ustrojowymi. To jednak tylko nadal gra na czas. Podobnie jak pozorowanie zmian i obiecywanie ich. Takie obietnice składał już od wielu lat Białorusinom, Europie i wreszcie Rosji.

Umysł dyktatora

Tak się nie da. 9 sierpnia ubiegłego roku zaczął się proces, który na zawsze odmienił Białoruś. Pierwszym jego symptomem były oczywiście wielotysięczne manifestacje i ogromna odwaga, oraz siła woli, by kontynuować protest mimo pacyfikacji, bicia na ulicach, zabójstw i masowych aresztowań, oraz dotykających dziesiątki tysięcy ludzi mniej medialnych represji – zwolnień z pracy, uczelni, a czasem zwykłych szykan. Mimo to protesty wciąż trwają. Owszem, są dziś znacząco mniejsze, niż jeszcze jesienią. Zauważa to sama opozycja. Swiatałana Cichanouskaja nie zaapelowała wprawdzie, jak rosyjska opozycja, o wstrzymanie protestów do wiosny, ale mówi o nowym otwarciu w protestach na wiosnę właśnie. Czyli w domniemaniu, tłumaczy zimowy spadek fali demonstracji. W styczniu zatrzymano ponad 800 osób, a ponad 300 aresztowano. Te liczby świadczą o tym, że protest wciąż żyje i jest na celowniku aparatu przemocy władzy.

Białoruska milicja ostrzega przed próbami organizacji protestów w Mińsku

Aparat ten zachowuje się standardowo. Przemoc na dużą skalę i coraz większa brutalność miały po pierwsze zastraszyć Białorusinów, po drugie być sygnałem dla nomenklatury, zwolenników Łukaszenki, Rosji i Zachodu, że reżim nie ustąpi. I wybierze raczej drogę Baszara al-Assada z Syrii. Ten nie tylko krwawo stłumił rewolucję, ale skorzystał z pomocy Rosji. To oczywiście skrajny przykład, ale obrazuje stan umysłu dyktatora. Najbardziej widoczny był, kiedy w krytycznych dniach największych, sierpniowych manifestacji Łukaszenka wraz z synem Kolą, paradowali z kałasznikowem w ręku. Kiedy wygrażał demonstrantom krwawą jatką. Jutro Łukaszenka wystąpi przed Zgromadzeniem Ludowym i będzie zapewne coś opowiadał o potrzebie dialogu i reform. Nie będą to jednak słowa skierowane do Białorusinów, ale do Putina.

Koniec komfortu

W przeprowadzonym na zlecenie Ośrodka Studiów Wschodnich (OSW) badaniu na Białorusi, na przełomie listopada i grudnia 2020 r. Łukaszenka został oceniony pozytywnie przez 27,2 proc. respondentów, raczej pozytywnie przez 13,6 proc., a negatywnie przez 33,4 proc., zaś raczej negatywnie przez 12,3 proc. Razem negatywnie ocenia go 45,7 proc. badanych. Nawet biorąc pod uwagę niedokładność, niską próbę i zafałszowanie spowodowane strachem, bądź niezrozumieniem pytań, to i tak widać, że czas komfortu Łukaszenki się skończył. Ma przeciw sobie połowę społeczeństwa.

A biorąc pod uwagę słabe perspektywy poprawy sytuacji gospodarczej, oraz ogromne koszty jakie przyniosą sankcje, uzależnienie od Rosji i utrzymywanie lojalności nomenklatury i aparatu represji, władza straci możliwość zapewniania minimum stabilizacji. Nie tylko to będzie powodowało wzrost antyłukaszenkowskich nastrojów.

Również dotychczasowa skala represji odegra swoją rolę. W ciągu pół roku protestów zatrzymano 30536 osób. Każda z nich ma przecież rodzinę, czy przyjaciół. Nawet licząc w bardzo uśredniony sposób, że krąg bliskich to trzy osoby, to otrzymujemy prawie stutysięczną grupę, która posiada wśród najbliższych osób kogoś kto przeszedł przez katorgę aresztu. O wiele większa liczba ucierpiała fizycznie w czasie manifestacji. Kolejna rzesza – upokarzana karami, słownie, na ulicy, w pracy, na uczelni.

Pół roku białoruskich protestów

Krąg tych, którzy widzieli przemoc i doświadczyli upokorzenia kłamstw rządowej propagandy jest jeszcze szerszy. Tak dużej grupy ludzi osobiście doświadczonych represjami ostatniego półrocza i ich nastrojów nie da się już skanalizować za pomocą propagandy, czy pozorowanych reform. Dla milionów Białorusinów to już nie polityka, a sprawa osobista między nimi a Łukaszenką. Po pół roku protestów Łukaszenka stracił inicjatywę. Może jedynie reagować.

To białoruski opór dyktuje dziś tempo wydarzeń. Nawet jeśli pozornie puls protestu opadł, to nadal trwa i może w każdej chwili wzrosnąć. Tym samym rachuby Łukaszenki, że uda się przetrwać grając na czas jak przez ostatnie ponad dwie dekady, tym razem są nietrafione. Czas nie już jego sprzymierzeńcem.

Michał Kacewicz/belsat.eu

Więcej tekstów autora w dziale Opinie.

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów