Szpitalnicy XXI wieku. Kim są ochotnicy ratujący żołnierzy na Ukrainie?

Ukraiński Ochotniczy Batalion Medyczny „Hospitaljery”. Na wózku dowódca batalionu Jana Zinkewycz. Zdjęcie: Hospitaljery/Facebook

Od początku wojny w 2014 roku ukraińscy Szpitalnicy uratowali już ponad 3 tysiące osób. Ratownicy-ochotnicy przez cały czas są na froncie. Dziennikarz Biełsatu odwiedził mieszkanie w Warszawie, które stało się ich punktem logistycznym.

Alisa Kotyk i Andrij Dołyk są przedstawicielami ukraińskiego Ochotniczego Batalionu Medycznego “Hospitaljery” (pol. “Szpitalnicy”). On od 2014 do 2015 roku walczył w składzie 26. Brygady Artylerii. Ona z kolei była wolontariuszką, która jeździła na wschód kraju. Poznali się w jednej z organizacji wolontariackich, potem pobrali. Gdy Andrij zakończył służbę w Siłach Zbrojnych Ukrainy, dołączyli do “Hospitaljerów”. Od ponad dwóch lat mieszkają w Warszawie, gdzie starali się odpocząć od wojny w swoim kraju.

Wraz z początkiem rosyjskiej inwazji na Ukrainę, para porzuciła swoje dotychczasowe zajęcia, by poświęcić się w pełni ściąganiu z całej Europy zaopatrzenia dla batalionu. Rozmawiamy w ich mieszkaniu na obrzeżach Warszawy, w którym teraz piętrzą się apteczki, kartony z opatrunkami, mundurami, śpiworami i innych sprzętem potrzebnym ratownikom. To tylko część darów – reszta jest w wynajętym za symboliczną kwotę magazynie.

Alisa prezentuje aparat USG – dar od anarchistów. Warszawa, 8.03.2022 r. Zdjęcie: Piotr Jaworski/belsat.eu

Alisa: – Tu mamy aparat do USG. Przekazała go nam organizacja wolontariacka anarchistów “Druzi Ukrainy i bat’ka Machno” [“Przyjaciele Ukrainy i ojczulka Machno”. Nestor Machno był ukraińskim anarchistą i rewolucjonistą początku XX wieku, przywódcą powstałego po I wojnie światowej Wolnego Terytorium – przyp. red.]. To kontrowersyjna postać, ale wolontariusze organizacji robią teraz świetne rzeczy. Dostaliśmy od ich dzieci serduszka dla dzieci na Ukrainie.

– Teraz cała Ukraina to jeden wielki wolontariat. Ale ruch ochotniczy jest u was silny już od Majdanu. Dlaczego tak jest? Dlaczego wolontariusze robią to, co wydawać by się mogło, że powinno robić państwo?

Alisa: – Dlaczego wojsku pomagają wolontariusze? Po pierwsze, to dużo prostsze. W państwowych strukturach jest dużo pisaniny, biurokracji.

Andrij: – Wolontariusze stosują uproszczoną logistykę. Dlaczego nie państwo? Państwo zajmuje się wszystkim naraz, a my pracujemy tylko i wyłącznie dla Batalionu Medycznego “Hospitaljery”. Dokładnie wiemy, czego nam potrzeba, jak to zdobyć, jak i gdzie to wysłać. Obecnie wszystko zwozimy do Warszawy, a potem w ten czy inny sposób przekazujemy na Ukrainę. Albo tymi samochodami, które są nam przekazywane, albo autobusami, które przywiozły tu z Ukrainy uchodźców. To wszystko trafia do Lwowa, tam jest sortowane i stamtąd trafia do naszych załóg w gorących punktach – wtedy już dokładnie według ich zapotrzebowania. Do tego pracujemy ze szpitalami wojskowymi i jeśli czegoś potrzebują, to im oddajemy. My niczego nie magazynujemy – jeśli czegoś mamy za dużo, wszystko trafia do szpitali wojskowych.

Alisa i Andrij, przedstawiciele Ochotniczego Batalionu Medycznego „Hospitaljery”. Warszawa, 8.03.2022 r. Zdjęcie: Piotr Jaworski/belsat.eu

Alisa: – Na wojnie pracujemy od 2014 roku. Wiemy, co i jak robić. Można powiedzieć, że byliśmy do tego gotowi.

U nas jest bardzo prosta droga komunikacji. Jeśli ktoś chce, może skontaktować się bezpośrednio z naszym dowódcą Janą Zinkewycz [wolontariuszka, ukraińska parlamentarzystka, odznaczona orderem “Za zasługi” – przyp. red.]. W Siłach Zbrojnych Ukrainy kontakt z dowództwem jest ograniczony całą tą biurokrację, przez co o wiele trudniejszy.

Andrij: – W wojsku na jeden papier potrzeba jeszcze trzech papierów. A to wszystko zajmuje czas. U nas wszystko jest proste.

Alisa: – Podkreślmy to. W żaden sposób nie agitujemy przeciwko pomocy ukraińskim strukturom państwowym. Po prostu opowiadamy o tym, jak my pracujemy.

– Ile zajmuje wam wysłanie pomocy z Warszawy do Lwowa?

Andrij: – W niedzielę pojechały tam trzy samochody i tu było pusto. Dziś mamy wtorek i znów jest pełne mieszkanie. I wszystko to jeszcze dziś w nocy, albo jutro rano, pojedzie do Lwowa. Czyli wysyłamy jak najszybciej.

– Kim są wasi darczyńcy? To są indywidualni ludzie, czy organizacje?

Alisa: – Właściwie trzeba powiedzieć, że pomaga cały świat. Wczoraj dostaliśmy transport z Finlandii. Ja to wszystko relacjonuję na swoim Faceboku i podpisuję np. : “Finlandia – Warszawa – wojna”. Prowadzę taki mikroblog, żeby ludzie wiedzieli, że trwa praca i gdzie trafiają dary od nich.

Wojna trwa od dwóch tygodni, a my już mamy tu swoją strukturę, która sama się zbudowała. Są pomocnicy, którzy mają już swoje pseudonimy. Tyson z żoną Kwitka [pol. Kwiatek] działają w Krakowie. On jest z Luksemburga, a teraz przyjechał tu nam wolontariacko pomagać. Wszelką komunikację z partnerami po angielsku wzięła na siebie Krissy Trr, której english jest perfect. W Warszawie pomaga nam też Ukrainka o pseudonimie Tortyk [pol. Torcik]. Dlaczego tak? Bo piecze przecudowne torty, bierze udział w konkursach. Właśnie tacy ludzie pomagają Hospitaljerom.

Andrij: – Dostajemy pomoc z Niemiec, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Portugalii, włączyły się już Stany Zjednoczone.

Alisa: – Tak więc pracujemy 24/7. Idziemy spać o 3 w nocy, rano się zrywamy, bo jest co robić. To co dostajemy, trzeba szybko złożyć do kupy i przekazać dalej.

– A wy sami jak trafiliście do Warszawy?

Alisa: – Mieszkamy tu od dwóch lat. Aktywnie w Hospitaljerach działaliśmy bardzo długo, poświęciliśmy wojnie cztery lata. Wojnie i wolontariatowi. Andrij założył organizację weteranów ATO [antyterrorystycznej operacji w Donbasie – przyp. red.]. Brakowało nam czasu nawet na pracę, bo całe dni zajmowaliśmy się ich sprawami. Tego nie da się opowiedzieć w dwóch słowach. Pytają nas: a co wy robicie jako wolontariusze? Nawet trudno na takie pytanie odpowiedzieć, bo robimy wszystko. Andrij był wcześniej prezesem ruchu kibiców piłkarskich. Był mocno zaangażowany w futbol.

Andrij: – Powstała u nas…

Alisa: – Nie powstała, tylko założyłeś.

Andrij: – …liga piłkarska weteranów ATO. Organizujemy rehabilitację poprzez sport. Ale potem przyszedł moment, gdy Alisa podupadła na duchu.

Alisa Kotyk, przedstawicielka Ochotniczego Batlionu Medycznego „Hospitaljery”. Warszawa, 8.03.2022 r. Zdjęcie: Piotr Jaworski/belsat.eu

Alisa: – Wszyscy wolontariusze z czasem wchodzą na tą samą minę. Są całkowicie wypaleni, pojawiają się problemy ze zdrowiem. Przecież my długo byliśmy na froncie. Zaczęła się depresja i PTSD [zespół stresu pourazowego – przyp. red.].

Andrij: – Podjąłem decyzję. Alisie nawet niczego nie mówiłem. Wziąłem nasze paszporty, kupiłem bilety.

Alisa: – I powiedział, że wyjeżdżamy do Polski, jakiś czas tam pobyć. Podleczyć się, odpocząć psychicznie. Ja już nawet antydepresanty brałam. Andrij stwierdził, że jak zmienimy otoczenie, to mi się poprawi. I tak trafiliśmy do Polski, jesteśmy ty już dwa i pół roku.

– Czy to pomogło?

Alisa: – Dopiero dwa miesiące temu poczułam wielki przypływ sił. Ucieszyłam się, że to wreszcie nastąpiło. Zapisałam się nawet do szkoły policealnej na florystykę. Ale ani razu tam nie pojechałam – wojna zaczęła się tego dnia, gdy miałam mieć pierwsze zajęcia. Dopiero pozbywał się stanów lękowych, zaczęłam normalnie wychodzić na ulicę, a tu znów zaczęła się wojna. Teraz zobaczymy, co będzie dalej.

Andrij Dołyk, przedstawiciel Ochotniczego Batalionu Medycznego „Hospitaljery”. Warszawa, 8.03.2022 r. Zdjęcie: Piotr Jaworski/belsat.eu

Andrij: – Wojna przestawia cię w taki tryb, że żyjesz faktycznie bez snu, bez jedzenia. Jedliśmy dziś obiad? Nie? To jutro zjemy. Przed spotkaniem z tobą wyskoczyliśmy do Żabki po jakąś zupkę, żeby coś zjeść.

– Wiemy już, jak pracujecie wy. A jak pracują wasi ratownicy, Szpitalnicy?

Alisa: – Są na froncie, ale nie mamy prawa powiedzieć, gdzie dokładnie. Tam gdzie jest najgoręcej, tam jesteśmy.

Ratownicy batalionu podczas działań po uderzeniu rakietowym na prospekcie Łobanowskiego, Kijów, 26.02.2022 r.

– Oni współpracują z Siłami Zbrojnymi, Obroną Terytorialną?

Andrij: – Wspólnie z wojskiem wykonujemy te same zadania. Hospitalerzy zajmują się wyłącznie ewakuacją rannych z pola walki do punktów medycznych. Naszym zadaniem jest znalezienie rannego, ustabilizowanie jego stanu, zatamowanie krwotoku, udzielenie pierwszej pomocy przedmedycznej. A potem jak najszybsze dostarczenie do punktu medycznego, gdzie są już profesjonalni lekarze, którzy albo będą na miejscu operować, albo przygotują do go transportu do szpitala wojskowego. To nasz odcinek, nasze zadanie.

Alisa: – Dlatego, że większość Hospitalerów nie jest lekarzami. Ja ukończyłam trzy kierunki studiów, ale same humanistyczne.

– Jak to się odbywa? Na piechotę, czy macie pojazdy, karetki?

Alisa: – Oczywiście, że każda załoga ma samochód. A jak inaczej moglibyśmy być mobilni? Na rękach można człowieka wyciągnąć spod ostrzału, ale potem wiezie się go samochodem.

Alisa Kotyk, przedstawicielka Ochotniczego Batalionu Medycznego „Hospitaljery”. Warszawa, 8.03.2022 r. Zdjęcie: Piotr Jaworski/belsat.eu

Andrij: – Jeśli chodzi o walki w obwodach donieckim i ługańskim przed rosyjską inwazją, to tam głównie pracowaliśmy na pick-upach Mitsubishi L200, albo Nissan Navara. Bo tam jest bardzo dużo błota. Ale teraz, gdy zaczęła się inwazja, walki uliczne, bombardowania miast, to bardzo potrzebujemy karetek. Przyjaciele z Włoch załatwiają dla nas jakąś karetkę, inna jedzie już z Francji. Staramy się je jakoś pozyskać, bo im więcej mamy karetek, tym więcej może być załóg.

Alisa: – Ochotników mamy bardzo dużo. Z całego świata jadą Ukraińcy, w tym nasi Szpitalnicy, który wyjechali na Zachód za pracą. Przecież musieli się z czegoś utrzymywać. Teraz masowo wracają. Z Kanady jedzie cała brygada, ośmiu ratowników, którzy wyciągali ludzi z zawalisk. Oni dobrze wiedzą, gdzie jadą, bo przeszli już cztery wojny. Ale potrzeba dla nich samochodów.

– Jak można im pomóc?

Alisa: – Szukamy organizacji i ludzi, którzy są w stanie przekazać karetki i pick-upy, ale te z największymi krypami. Najlepiej Mitsubishi L200, bo to bardzo sprawdzony przez nas samochód, nasz koń bojowy.

Andrij: – Ale teraz skupiamy się na ambulansach.

Alisa: – Przyjmiemy każdy ambulans, może być stary, byle na chodzie. Damy radę go wyposażyć, ale najważniejsze, żeby się nie popsuł. Bo teraz na Ukrainie nie ma gdzie naprawiać samochodów.

Andrij: – Jeśli jest coś do naprawienia na bieżąco, to mamy tu pomocnika, pana Abu (wiele osób nas wspierających woli pozostać anonimowymi). On nam tu wymienia olej, filtry itd.

Alisa: – Najważniejsze, żeby samochód nie zepsuł się podczas pracy. Pod kulami i odłamkami. Tu chodzi o życie załogi ewakuacyjnej. Jeśli samochód się zepsuje pod ostrzałem, to może być straszne nieszczęście.

– Czego jeszcze Szpitalnicy potrzebują, by ratować ludzkie życie?

Alisa: – Opatrunków, leków, odzieży taktycznej. Okazuje się, że do działań w mieście bardzo potrzebne są dresy i adidasy, byle wytrzymałe. W mieście niepotrzebne są buty wojskowe. To znaczy one są dobre, ale adidasy są tańsze i można ich kupić więcej. Potrzeba rękawic taktycznych, ale ich już w Polsce nie ma i są strasznie drogie. Za to mogą być turystyczne, albo wędkarskie. Ważne, żeby dwa palce były odsłonięte. Śpiwory i karimaty są potrzebne w każdych ilościach.

Andrij: – Dużo rzeczy przychodzi nieposortowanych i musimy to rozkładać. Antybiotyki razem z opatrunkami. Ale to nie jest problem. Szybciutko to rozpakowujemy, sortujemy, pakujemy i wysyłamy do Lwowa. A tam ludzie jeszcze raz to przeglądają, pakują i przesyłają dalej.

– Gdzie można znaleźć spis waszych potrzeb?

Alisa: – On cały czas się zmienia. Ogólna lista jest dostępna na stronie Hospitaljerów na Facebooku. A szczegółowe potrzeby publikujemy także na naszych prywatnych. Na przykład teraz bardzo potrzeba kolorowej taśmy klejącej, której na Ukrainie już zabrakło. Nie tylko żółtej. Używa się jej do zabezpieczania okien i oznaczania ludzi. Jest też inna dobra rzecz, której potrzeba na froncie. To batony i żele energetyczne dla biegaczy i kolarzy. Na froncie nie ma gdzie normalnie zjeść i jak się przespać.

Mariupol jest już otoczony. Nasi ludzie chcą tam jechać, ale ci, którzy są na miejscu ich powstrzymują. Mówią: my tu możemy wszyscy zginąć, nie potrzebujemy więcej martwych.

– Nie ma problemów z tym, że jakichś środków nie można przewozić przez granicę?

Andrij: – Na ten moment nie ma problemów. Mamy umowę z Państwową Służbą Graniczną Ukrainy, że wszystkie nasze transporty idą korytarzem humanitarnym.

Alisa: – To nie jest problem, bo my niczego zabronionego nie potrzebujemy i nie zbieramy.

Andrij: – Leków narkotycznych, morfiny, nie zbieramy, bo tego nie potrzebują. Nie będziemy ryzykowali, żeby nam przez pięć ampułek morfiny zatrzymali cały autobus z pomocą.

– Dlaczego autobusy?

Andrij: – Tak jest najłatwiej. Firmy ze Lwowa i Iwano-Frankowska zorganizowały wywóz uchodźców, a autobusy wracają puste i mają możliwość szybkiego przewożenia ładunków od nas. Ci kierowcy biorą za siebie całą odpowiedzialność za transport.

– Jak to możliwe, że mieścicie się z całym tym zaopatrzeniem w tak małym mieszkaniu?

Andrij: – To był problem, ale udało się nam znaleźć magazyn, którego właściciel użycza nam przestrzeń za dwa złote. Z podatkiem to będzie dwa z groszami. To jest przykład, jak Polacy pomagają Ukrainie. Teraz dostaliśmy też paczki od polskich firm Pro-Medyk, Medica Vision, Bella.

Alisa: – Chcemy wyrazić dużą wdzięczność narodowi polskiemu, bo Polacy bardzo mocno się zorganizowali. Znajdują nas na Facebooku i pomagają. Wczoraj dostaliśmy śpiwory od Agnieszki i Krzysztofa. Nawet nie wiem, jak się nazywają, żeby im podziękować.

Z Alisą i Andrijem rozmawialiśmy we wtorek. Od tego czasu małżeństwu udało się zorganizować cztery karetki z Niemiec i Francji, które są już w drodze na granicę z Ukrainą. Ich działalność można obserwować na Facebooku Alisy oraz stronie organizacji. Propozycje pomocy Andrij przyjmuje telefonicznie pod numerem 507 337 834.

„Białorusin nie jest wrogiem Ukraińca. Mamy wspólnego agresora”. Jak jednoczy się białoruska i ukraińska diaspora w Polsce

Piotr Jaworski dla belsat.eu

Wiadomości