Telewizor Putina nie chce mówić o pustej lodówce

Michał
Kacewicz
dziennikarz

Kiedy rosną ceny, władza zabrania o tym mówić. To tylko jedna z recept na kanalizowanie narastającej frustracji Rosjan z powodu chudnących portfeli.

Deputowany Anatolij Wybornyj z rządzącej partii Jedna Rosja zaproponował wprowadzenie nowej kary. Grzywny i odpowiedzialności karnej za mówienie o… rosnących cenach. Od 200 tys. do nawet pół miliona rubli kary, lub do trzech lat więzienia miałby dostać ten, kto narzeka na rosnące ceny artykułów spożywczych. Pomysł popiera Federalna Służba Antymonopolowa – instytucja powołana do nadzoru nad rynkiem m.in. pod kątem zjawisk inflacyjnych. Wybornyj uważa, że za pomocą kar uda się powstrzymać inflację, której źródłem są (jego zdaniem) plotki, fake-newsy i niepotrzebne opowiadanie o tym, że ceny rosną.

Niezależnie od tego, czy Duma Państwowa przegłosuje ustawę kneblującą usta Rosjanom (a także mediom), to już teraz Rosstat, a więc rosyjski odpowiednik GUS, podaje informacje o faktycznie rosnących cenach. I tak w lutym: warzywa zdrożały średnio o 7-8 proc., banany o 8,9 proc., drób o 4,7 proc., a jajka o 2,3 proc. W styczniu inflacja w Rosji przekroczyła 5 proc. To pierwszy, tak duży skok od ponad półtora roku. W 2019 r. wzrost spowodowany był jednak podniesieniem stawki VAT. W kategorii produktów spożywczych ceny wzrosły o ponad 7 proc. – najwięcej od pięciu lat.

Galopujące ceny

Inflacja stopniowo rośnie w Rosji już od kilku miesięcy. W grudniu Władimir Putin niepokojąc się rosnącymi cenami, tłumaczył na dorocznej konferencji prasowej, że to wina pandemii. I częściowo ma rację. Inflacja dotknęła przecież wiele państw o znacznie zdrowszej gospodarce (w tym Polskę i kraje UE, również te ze strefy euro). Zresztą skoku inflacji oczekiwali ekonomiści i Bank Rosji. Elwira Nabiulina, szefowa Banku Rosji, oceniała w grudniu ubiegłego roku, że na początku obecnego roku inflacja osiągnie 5 proc.

– Przyczyną takiego wzrostu cen stały się w jakimś sensie sukcesy naszego rolnictwa w poprzednich latach. Naprawdę staliśmy się wielkim eksporterem, szczególnie pszenicy, a producenci naturalnie sprzedają tam, gdzie są wyższe ceny, czyli na eksport – wyjaśniał minister rozwoju gospodarczego Maksim Reszetnikow w programie stacji Rossija-1.

I to również jest częściowa prawda. Rosja jest największym na świecie eksporterem pszenicy. W ubiegłorocznym sezonie sprzedała za granicę ponad 37 mln. ton. Żeby chronić własny rynek, ale i zarabiać na koniunkturze, Putin zapowiedział w ubiegłym roku wprowadzenie ceł eksportowych.

Rosyjscy oligarchowie w czasie pandemii wzbogacili się o co najmniej 30 miliardów dolarów

Zgodnie z zapowiedziami ministra Reszetnikowa od połowy lutego do końca czerwca obowiązuje ograniczenie na eksport pszenicy – rosyjskie firmy mogę wywieźć najwyżej 17,5 mln. ton. Dodatkowo każda tona tego zboża ma być obłożona cłem od 25 do 50 euro. Taka polityka ma ustabilizować ceny na rynku krajowym. Na razie to nie działa. Rosja nadal eksportuje rekordowe ilości zboża, a ceny na rynku wewnętrznym galopują.

Portfel emeryta

Oficjalne dane makroekonomiczne są budujące. PKB Rosji spadło w ubiegłym roku 3,1 proc., czyli mniej niż średnia światowa (3,5 proc.). W ciężkim, pandemicznym roku to sukces – podkreślają władze i eksperci. Rosja poradziła sobie z kryzysem najlepiej na świecie – mówią i porównują z kryzysowym rokiem 2015, kiedy po wprowadzeniu sankcji za agresję na Ukrainie rosyjska gospodarka spadła o 2 proc., albo z 2009r., kiedy po kryzysie finansowym był spadek o 7,8 proc.

Optymizm gospodarczy Rosjan na poziomie sprzed ery Putina

Tylko, że zdecydowana większość Rosjan ma przed nosem inne dane. Arytmetykę własnych portfeli. Średnia, statystyczna pensja w Rosji to ok. 47 tys. rubli (ok. 2,4 tys. zł). Taka średnia jest marzeniem dla większości miast i regionów. Rosję cechuje bardzo duża rozpiętość w dochodach. Np. średnia dla najbogatszej Moskwy to 66 tys. rubli, dla Petersburga 45 tys., a napędzanego wysokimi pensjami nafciarzy Tiumenia to 50 tys. rubli. Na drugim biegunie są biedne regiony północnego Kaukazu i prowincja. Średnia w Kemerowie, czy Nowosybirsku to nieco ponad 17 tys. rubli, w Osetii Północnej, czy Karaczajo-Czerkiesji ponad 18 tys. W Moskwie przedszkolanka może zarobić 35 tys. rubli, ale już w Norylsku nauczyciel, czy wykładowca na miejscowej uczelni dostanie 15 tys. rubli (niecałe 800 złotych).

Tymczasem to już niewiele więcej od progu ubóstwa, określanego średnio w całej Rosji na ponad 12 tys. rubli miesięcznie. Skromny, podstawowy koszyk produktów spożywczych to 10 tys. rubli miesięcznie. Pod progiem poziomu ubóstwa jest już prawie 20 mln. Rosjan. W najgorszej sytuacji są emeryci. Średnia emerytura, uwzględniając nieznaczny wzrost w ubiegłym roku, to 15 tys. rubli. Ale na porządku dziennym są i znacznie niższe świadczenia.

Niezadowolenie ze stagnacji gospodarczej jest jedną z przyczyn rosnącego podłoża dla niepokojów społecznych. Większość Rosjan akceptowała różne patologie putinowskiego systemu władzy: autorytaryzm, cenzurę, propagandę, korupcję, itd., póki ich portfele pęczniały. Punktem odniesienia jest zwłaszcza „tłusta” dekada 2000-2010. Zakończyła się wprawdzie kryzysem finansowym 2008-2009 r., ale i tak to w tym czasie dochody statystycznego Rosjanina wzrosły niemal sześciokrotnie (patrząc na PKB per capita wg. Międzynarodowego Funduszu Walutowego).

Krach na rynku ropy: Rosja wytrzyma, ale cena ratunku będzie wysoka

W porównaniu z tamtym okresem, ostatnia dekada to czas stagnacji. O ile jednak tuż po agresji na Ukrainę, Putin zrzucał to wszystko na zachodnie sankcje, a także na spadek cen ropy naftowej, to dziś takie tłumaczenie już nie działa. Punktem zwrotnym była wprowadzone przez Putina w 2018 r. reforma emerytalna. Podnosiła wiek emerytalny, ale i uświadamiała Rosjanom, że czasy bezpieczeństwa socjalnego, oraz hojnych prezentów Kremla skończyły się. Putin obiecał wprawdzie, że w tym roku podniesione będą pensje w budżetówce. To wciąż ogromna (ponad 30 proc. zatrudnionych) część rynku pracy. Te obietnice pewnie zostaną spełnione, nawet kosztem uszczuplania coraz bardziej topniejących środków budżetowych. Choćby niewielka poprawa nastrojów i chwilowe uleczenie depresji jest tego warte.

We wrześniu odbędą się wybory do Dumy. Będzie to kluczowy test dla partii władzy i samego Putina. Podkręcanie głośności telewizyjnej propagandy to już za mało, kiedy w lodówce widać pustki.

Michał Kacewicz/belsat.eu

Inne teksty autora – w Dziale Opinie

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów