Czy Białoruś da się wciągnąć w konflikt między Kijowem i Moskwą?

Alaksandr
Fiaduta
konsultant polityczny

W ostatnich miesiącach znacznie nasilił się konflikt wokół prorosyjskiego lobby na Ukrainie. Od strony formalnej nic szczególnego się nie wydarzyło: ojcu chrzestnemu córki Putina, deputowanemu Rady Najwyższej Wiktorowi Medwedczukowi zabrano jego kanały telewizyjne, ale w zamian nabył on holding medialny po zubożałym zięciu Leonida Kuczmy, Wiktorze Pinczuku. W rzeczywistości jednak sytuacja jest o wiele bardziej złożona.

Ukraina z pełną mocą szykuje się do nowych wyborów prezydenckich i parlamentarnych. Wołodymyrowi Zełenskiemu nie udało się pokonać oligarchicznej frondy. Ihor Kołomojski, którego Zełenski z trudem odsunął od sterów własnego rządu, postanowił połączyć siły z Medwedczukiem. W ten sposób dwie największe stacje telewizyjne Ukrainy, 1+1 Kołomojskiego oraz ICTV, którą aktualnie kontroluje Medwedczuk, rozpoczęły skoordynowaną walkę z prezydentem – z tym samym prezydentem, który dosłownie wyszedł do Ukraińców z telewizyjnego ekranu.

W efekcie Zełenski był zmuszony odnaleźć się w nowej roli, przewidzianej zresztą w konstytucji Ukrainy. To rola obrońcy suwerenności i integralności Ukrainy. Krótko mówiąc, aby przetrwać na urzędzie prezydenta, Zełenski musi znaleźć wroga, wspólnego dla niego i dla większości Ukraińców. Takim wrogiem jest Rosja. Do tego przydałby się jakiś niewielki konflikt, który dałoby się wygrać. Ukraińskie wojsko jest w pełni zmobilizowane, w ukraińskim społeczeństwie istnieje konsensus co do konieczności powrotu Donbasu na łono ojczyzny, ale jakim kosztem da się to osiągnąć – to już inna kwestia. W końcu kto powiedział, że Rosja pójdzie na wojnę z Ukrainą? Zełenski ma nadzieję, że do tego nie dojdzie. Obydwie strony pobrzękają szabelkami – i nic ponadto. W razie realnego zagrożenia, zwrócą się do Joe Bidena (który już telefonował do Kijowa).

Pozostaje jeszcze zasadnicze pytanie: na ile uda się uniknąć realnego konfliktu zbrojnego? Władimirowi Putinowi, w przededniu ewentualnego przekazania władzy i planowanych wyborów do Dumy Państwowej, też nie zaszkodzi konflikt, który może wygrać. Rosnące napięcie na Donbasie podnosi temperaturę w samej Rosji, w efekcie czego ludzie z imperialnymi marzeniami będą jednoczyć się wokół Putina. To są fakty.

Minister Obrony Rosji: w wojskach rozpoczęły się sprawdziany gotowości bojowej

A jak to się ma do Białorusi? To bardzo proste.

Putin jest dzisiaj jedynym sojusznikiem Łukaszenki – tego samego Łukaszenki, który się śmiertelnie obraził na ukraińskie władze za to, że odmówiły bezwarunkowego uznania go za legalnego prezydenta. Wewnętrzna logika wydarzeń zmusza głównodowodzącego Białorusi do tego, by sam w końcu zwrócił się do Rosji o wprowadzenie na swoje terytorium jej wojska. Jeszcze kilka prowokacji z rzekomymi próbami przekroczenia ukraińsko–białoruskiej granicy przez uzbrojonych ludzi i, jak to mawiają – w całokształcie coś się uzbiera.

Tyle, że rosyjskie wojska łatwo na Białoruś wprowadzić, ale trudno będzie wyprowadzić – tego mogą nie zrozumieć rosyjscy wyborcy. Putin doskonale o tym wie i dlatego dotychczas tak konsekwentnie odmawiał prośbom Łukaszenki, uzasadniającym potrzebę pomocy wojskowej możliwą inwazją ze strony innego państwa. Ale akurat tutaj sytuacja może rozwinąć się zgodnie z powyższą narracją. Wojsko ukraińskie staje naprzeciwko rosyjskiego, po drugiej stronie granicy. Wymachujący bronią (choćby blaszanym mieczem i plastikową tarczą) prezydent Ukrainy sam się prosi o reakcję; nawet o pstryczek, który utemperuje jego butę. Kremlowi w rzeczywistości nie chce się sięgać po broń, ale rozstawienie żołnierzy na granicy będzie w sam raz.

Minister spraw zagranicznych Zbigniew Rau udaje się z pilną wizytą do Kijowa

Ponadto Łukaszenka nie musi się już martwić o reputację Białorusi jako „gwaranta stabilności i bezpieczeństwa” w regionie. Tę reputację stracił wraz z pierwszym uderzeniem pałki i wybuchem granatu hukowego w Mińsku, nocą 9 sierpnia 2020 roku. Słynna „wielowektorowość” zniknęła razem z uśmieszkiem białoruskiego ministra spraw zagranicznych Uładzimira Makieja. To nie przypadek, że Ukraina już zapowiedziała konieczność przeniesienia miejsca prowadzenia negocjacji do Polski.

– Zatem co poza utrzymaniem władzy obchodzi Łukaszenkę? Jego władza, jeśli Rosja rzeczywiście wprowadzi na terytorium sojuszniczego państwa wojskowy kontyngent, momentalnie się umocni. Własnym bagnetom coraz mniej można ufać, a obcym? Można spróbować się na nich oprzeć.

Zachowanie władzy w ten sposób to wielka pokusa. Tym razem może się udać.

O tym, że w efekcie Białoruś może dać się wciągnąć w poważny konflikt geopolityczny z, czego też nie można wykluczyć, ofiarami wśród żołnierzy (jeśliby rzeczywiście doszło do użycia broni), będą myśleć w ostatniej kolejności. „Sojuszniczy dług” zostanie spłacony.

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów