Społeczeństwa na drodze przemian. Białoruski protest – głosem nowej Europy?

Białorusini w rzeczywistości nie chcą być ani przyczółkiem politycznym Zachodu, ani przyczółkiem kremlowskiego antyokcydentalizmu – pisze politolog Aleksandr Morozow.

Aleksandr Morozow. Zdj. Facebook/amoro59

Ostatnimi czasy całość uwagi skoncentrowana jest na postaci Aleksandra Łukaszenki. Można znaleźć uzasadnienie dla takiego stanu rzeczy, biorąc pod uwagę fakt, iż masowe protesty na Białorusi skoncentrowane są przede wszystkim na jednym haśle: „Łukaszenka, odejdź!“. Łukaszenka rządzi Białorusią nieprzerwanie od 26 lat.

To, że jest całkowicie archaiczny w swoim myśleniu politycznym, jego styl i model sprawowania urzędu są przedmiotem żartów i że jego czas minął, jest już oczywiste dla wszystkich.

Białoruskie aspiracje i korporacyjne państwo Putina

Chciałbym jednak zwrócić uwagę na głębsze aspekty tematu „Europa i Białoruś”. Wartość stosunku Europy do tego, co dzieje się na Białorusi, jest bardzo wysoka. Co godne podkreślenia, powstanie ludowe na Białorusi wieszczy koniec całej narracji o „postradzieckim tranzycie”. Białoruskie społeczeństwo kończy z najdłuższą jednoosobową dyktaturą w Eurazji.

W tym samym czasie równocześnie Kreml ze swojej strony również dokonał swoistego tranzytu, jednakże w drugą stronę. Uformował się jako system polityczny o następującej charakterystyce: „neo-eurazjatyckie antyliberalne państwo korporacyjne”. Władimir Putin dopełnił go poprawkami do konstytucji, a teraz Kreml tworzy własną narrację dla całej Eurazji i dla Białorusi – jednocześnie agresywnie imperialną i izolacjonistyczną.

Batalia historyczna Putina: front i ideologiczny podbój terytorium

Doradcy rosyjscy interweniują w wyborach w Mołdawii, próbując wzmocnić prorosyjskie lobby, a na Ukrainie próbują wzmocnić prorosyjską partię Wiktora Miedwiedczuka. Od Mińska zaś Kreml oczekuje integracji z państwem związkowym. Gdyby nie promieniowanie emitowane przez Moskwę, wszystkie te narody już dziesięć lat temu zakończyłyby swój postsowiecki tranzyt, ukształtowawszy swoje republikańskie instytucje.

Koniec partnerstwa

Do 2014 roku „integrację” Białorusi z Rosją można było po prostu traktować jako formę międzysąsiedzkiej współpracy między oboma krajami. Jednakże po aneksji Krymu, co oczywiste, już tak nie jest. To już nie jest partnerstwo. W przypadku gdy Kreml odniesie sukces, Białorusini znajdą się w przymusowym położeniu które można określić jako „żona mafiosa“. Wyraźnie tego nie chcą.

W grudniu 2021 roku przypadnie 30. rocznica podpisania Porozumień Białowieskich. Tu warto wspomnieć, że Borys Jelcyn postrzegał poradziecką Białoruś w kontekście Porozumień Białowieskich, tj. m.in. w kontekście własnej biografii politycznej. I budował stosunki z Ukrainą i Białorusią, jako z państwami, których suwerenność ukształtowała się przy jego – Jelcyna – wydatnym współudziale.

W 2014 roku Putin ostatecznie zerwał ciągłość polityczną. Naruszył nie tylko Memorandum Budapesztańskie. Zaczął zachowywać się także tak, jak gdyby dezawuował Porozumienia Białowieskie. Z kolei pięć lat po aneksji Krymu, Kreml zaczął domagać się od Mińska ściślejszej i głębszej integracji.

Jak wierzyć Kremlowi, czyli Rosja na imperialnym kursie

„Nie“ dla integracji

Jednak fundamentalnym faktem jest to, iż pomimo kulturowej, językowej i historycznej bliskości w stosunku do Rosji, Białorusini nie chcą integracji. Jest to niemożliwe. Białorusini nigdy nie dali się wciągnąć w nową imperialną, neo-eurazjatycką filozofię, nie mają też powodu, aby razem z Kremlem wciągać się w globalny konflikt z Zachodem.

Białorusini w rzeczywistości nie chcą być ani przyczółkiem politycznym Zachodu w tej części świata i w tym regionie, ani przyczółkiem kremlowskiego antyokcydentalizmu.

Chcą bronić wyłącznie swojego prawa do republikańskiej samoorganizacji.

Swiatłana Cichanouskaja: Związek Rosji i Białorusi jest niepotrzebny

30. rocznicę podpisania Porozumień Białowieskich będziemy więc obchodzić w sytuacji, gdzie kilka krajów Europy Wschodniej znajduje się w dokładnie takiej samej sytuacji, w jakiej znajdowały się kraje „bloku wschodniego” w momencie upadku komunizmu. Mołdawia, Ukraina i Białoruś są pozostawione, jeśli nie powiedzieć – porzucone – w strefie wpływów pomiędzy Unią Europejską a Rosją. W ciągu ostatnich dziesięciu lat doszło nawet do rozróżnienia między Europą Środkową (tą należącą do Unii Europejskiej) a „wschodnią”.

Jednakże zarówno społeczeństwa ukraińskie, mołdawskie, a także jak się okazało, białoruskie już przeszły długą drogę przemian. Znajdują się już teraz w tym samym stanie, w którym Bułgaria, Rumunia i niektóre kraje bałkańskie były, gdy przystępowały do ​​Unii Europejskiej.

Echa głosów zza „żelaznej kurtyny“

Wszyscy pamiętamy ostrość i ból z jakimi Czesław Miłosz, Vaclav Havel i Tomas Venclova opisywali sytuację w swoich krajach 30-40 lat temu. Wówczas to ich narody zostały porzucone w „Europie Wschodniej”. I, jak napisał Miłosz, nie była to tylko kwestia geografii, i nie tylko kwestia powojennego podziału świata. Pamiętamy esej Milana Kundery z 1984 roku, w którym pytał, dlaczego Europa Środkowa została opuszczona przez Zachód. Nie sposób zapomnieć o wymowie tego tekstu, powstałego po wydarzeniach na Węgrzech w 1956, Praskiej Wiośnie w 1968, a nawet przed początkiem pierestrojki. W swoim eseju Kundera przywołuje słowa XIX-wiecznego czeskiego myśliciela Františka Palackiego o „Europie małych ojczyzn”.

Otóż w ówczesnej „Europie Wschodniej”, znajdującej się za „żelazną kurtyną”, ci wielcy intelektualiści – nasi współcześni – nie oczekiwali od Europy „paternalizmu”. Wręcz przeciwnie: obawiali się, że „żelazna kurtyna”, która dopiero co powstała w wyniku kompromisu ze Stalinem, zamieni się w wał Hadriana oddzielający cywilizację od barbarzyńców.

Teraz słyszymy dokładnie te same głosy wśród intelektualistów Ukrainy i Białorusi. Nie wychodzą oni z patosem „westernizowania” swoich narodów. Wręcz przeciwnie – ich głosy (jak onegaj Czesława Miłosza czy Milana Kundery) – są głosami nowej Europy, która się na nowo odkrywa.

Wypełniając pustkę. Rosja i jej sąsiedzi w poszukiwaniu „nowego” dziedzictwa

Kwestia przyszłości Europy

Wypowiadany na trybunach dyplomatycznych polityczny slogan pt.: „Europa od Lizbony do Władywostoku”, jest mało wart, jest pustą retoryką. Doświadczenia intelektualistów czeskich, polskich i litewskich lat 70 – 80-tych świadczą dokładnie o tym samym, o czym mówią dziś Siarhiej Żadan, Marianna Kijanowska, Swiatłana Aleksijewicz, Dmitrij Strocew.

Nie jest to prośba o pomoc. Jest to kwestia przyszłości samej Europy.

Jestem osobiście przekonany, że narody te nie potrzebują „westernizacji”, nie potrzebują też budować żadnej odrębnej narracji historycznej, aby dopasować się do Zachodu. To nie Ruś Kijowska czy Wielkie Księstwo Litewskie same w sobie tworzą europejskość tych ziem, tak jak nie jest to udziałem historii Zakonu Krzyżackiego na ziemiach Estonii. Tą tożsamość tworzy „republikański wysiłek” społeczeństwa i poszczególnych grup, a czasem nawet jednostek o dużych wpływach społecznych.

I to właśnie ten wysiłek obserwujemy dzisiaj na Białorusi.

„Ludzie są gotowi protestować cały rok”. Socjolog o przyszłości protestów

 

W Niemczech często można usłyszeć, że stan ducha w Turcji czy w Polsce jest ważniejszy dla Niemców niż sprawy w Rosji czy tym bardziej na Ukrainie. Rozumiemy, dlaczego tak mówią. Ale dzisiaj to pytanie: „dlaczego” – jest już archaiczne. Ludzie na wschodzie Europy liczą na to, że Francja i Niemcy, a wraz z nimi inne stare demokracje w Europie, utworzą nowy duchowy sojusz, który da przyszłość wszystkim „małym ojczyznom” na kontynencie.

Wiemy, że filozofia postkolonialna zmiata teraz pozostałości dawnych hegemonii. Obserwujemy, iż wpływowe wcześniej teorie „przemian demokratycznych” wydają się dziś zbyt powierzchowne, aby opisać świat, który powstał 30 lat po zniknięciu świata złożonego z dwóch przeciwstawnych bloków.

Jaka Europa „nowych pokoleń“?

Kiedy prezydent Emmanuel Macron mówił o „Europie nowych pokoleń”, jest to obraz o wiele precyzyjniejszy niż slogan o „Europie od Lizbony po Władywostok”. Jeśli zaś przyjrzymy się dzisiejszej scenie białoruskich protestów, zobaczymy to „nowe pokolenie Europy”: 25-35-letni producenci teatralni, kierownicy firm informatycznych i pisarze trafili do więzień Łukaszenki. Z kraju uciekają młodzi prokuratorzy i milicjanci, których rozumienie pojęcia praworządności wchodzi w ostry konflikt z ich własną przyszłością, w przypadku przedłużenia dalszej egzystencji reżimu Łukaszenki.

„Chcemy przetrwać i pozostać na wolności”. Jak białoruscy uchodźcy szukają schronienia w Polsce

Jesteśmy pozytywnie zszokowani tym, jak błyskawicznie pojawił się na naszych oczach ogromny świat solidarności Białorusinów, jak szybko powstały instytucje samopomocowe, fundusze pomocowe. Moim zdaniem, obecne pokolenie wschodnich Europejczyków nie „czeka na pomoc Europy”, wprost przeciwnie – stawia pytanie o samą Europę, ono samo w sobie jest manifestacją słów o „Europie nowych pokoleń”.

Aleksandr Morozow

Autor jest rosyjskim politologiem, dziennikarzem i ekspert iSANS. W latach 2011-2014 był redaktorem naczelnym The Russian Journal, 2014-2015 – wykładowcą na Bochum University (Niemcy), 2015-2016 – Fellow w Deutsche Welle, obecnie – Research Fellow na Charles University, Center for Russian Studies Boris Nemtsov (Praga). Przez 10 lat był felietonistą Forbes.ru, Snob.ru, Colta.ru, Republic. W 2011 roku znalazł się wśród 50 najczęściej cytowanych rosyjskich blogerów według Medialogy. Organizator moskiewskiego klubu blogerów (2008-2011). Prowadzi bloga oraz stronę na Facebooku.

Publikacja ukazała się w ramach współpracy belsat.eu i iSans

Wiadomości