Ukraiński taniec wokół Białorusi

Michał
Kacewicz
dziennikarz

Wydawałoby się, że gdzie, jak gdzie, ale w Kijowie powinno zapanować pełne wsparcie dla białoruskiej opozycji i ostry kurs wobec Łukaszenki. Tymczasem ukraińska klasa polityczna okazywała dużą rezerwę oraz ostrożność i dopiero teraz zaczyna zmieniać podejście.

Tacciana miała wrócić z delegacji w Kijowie w ubiegły czwartek. Miała bilet na rejs Belavii. Jej powrót do domu się jednak skomplikował. Musiała naprędce wykupić bilety i lecieć najpierw z Kijowa do Warszawy. Potem z Warszawy do Moskwy. I dopiero z Moskwy do Mińska. Wszystko dlatego, że po aneksji Krymu Ukraina skasowała połączenia lotnicze z Rosją. Po porwaniu w Mińsku z samolotu Ryan Air Ramana Pratasiewicza, Ukraina wraz z krajami UE zamknęła swoją przestrzeń powietrzną dla białoruskich samolotów i połączeń ukraińskich linii na Białoruś.

Po tej decyzji prezydenta Wołodymyra Zełenskiego z Mińska popłynęły groźby, że w takim razie Belavia zacznie latać na okupowany przez Rosjan Krym. Byłaby to forma praktycznego, choć nieoficjalnego uznania aneksji. Alaksandr Łukaszenka mimo serdecznych relacji z Władimirem Putinem do tej pory aneksji nie uznał. Od 2014 r. zdarzało mu się zaś krytykować politykę Rosji wobec Ukrainy. Teraz doszło jednak do przyspieszenia wydarzeń. Kłopoty pani Tacciany z powrotem do domu to tylko początek praktycznych komplikacji w życiu wielu ludzi, do jakich doprowadziła awanturnicza polityka Łukaszenki. Kijów zdawał się do tej pory trzymać na duży dystans od wydarzeń u swojego północnego sąsiada. Ten czas, kiedy mógł to robić, skończył się.

Spokój na północy

Wołodymyr Zełenski starał się dystansować jeszcze od sierpnia ubiegłego roku. Tak, potępiał przemoc na ulicach białoruskich miast. To prawda, że z Kijowa płynęły słowa poparcia dla protestujących Białorusinów, ale jakby bez emocji, często z opóźnieniem i dość rzadko. Zwłaszcza, jak na klasę polityczną kraju, który sam przeszedł obalającą autorytarną władzę rewolucję

– Ukraińska scena polityczna jest przede wszystkim bardzo egoistycznie skupiona na sobie i zajęta swoimi kłótniami, jak coś nie dotyczy bezpośrednio ukraińskich polityków, to nie lubią się tym zajmować – uważa Wiktor Andrusiw, były dyrektor Ukraińskiego Instytutu Przyszłości, obecnie analityk polityczny związany z grupą „Za przyszłość”.

I wylicza: dość poważne interesy gospodarcze. Z Białorusi importowane są paliwa, nawozy, różne produkty przemysłowe i rolne, dość dobrze współpracują białoruska i ukraińska zbrojeniówka.

– Jest i kontekst twardego bezpieczeństwa, mamy ponad tysiąc kilometrów granicy z Białorusią i faktycznie od północy jesteśmy bezbronni, bo większość wojsk i infrastruktury wojskowej jest skupiona na wschodniej i południowej granicy z Rosją – tłumaczy Andrusiw i dodaje – Zełenski przeraził się, że protesty na Białorusi skończą się jakąś formą aneksji tego kraju przez Rosję, wejściem tam rosyjskich wojsk, co stanowiłoby katastrofę dla bezpieczeństwa Ukrainy.

Stąd wynikało zdystansowane stanowisko wobec wydarzeń na Białorusi. Bardzo późno i w ograniczony zakresie padały np. deklaracje przyłączenia się Ukrainy do europejskich sankcji. Mimo gigantycznej aktywności międzynarodowej Swiatłany Cichanouskiej (odwiedzała nawet takie kraje, wydawałoby się odległe od wschodnioeuropejskiej polityki, jak Słowenia, czy Hiszpania), nigdy nie przyjechała do Kijowa. W grudniu ubiegłego roku Dmytro Kuleba, ukraiński minister spraw zagranicznych powiedział w wywiadzie dla radia Nowoje Wremia, że przed wizytą w Kijowie Cichanouskaja powinna zapewnić, że Krym jest ukraiński. Podobne warunki płynęły z ukraińskiego MSZ już wcześniej. Cichanouskaja deklarowała wprawdzie zamiar odwiedzić Kijów i zapewniała, że uznaje Krym za cześć Ukrainy jeszcze jesienią ubiegłego roku, i potem w kwietniu tego roku, ale na tym się na razie skończyło. Pod koniec maja na kijowskim majdanie Białorusini z ukraińskiej diaspory domagali się przyjazdu liderki opozycji.

– Ze strony oficjalnej Ukrainy chcielibyśmy więcej zdecydowanych działań i ostrzejszej polityki, oraz jakiejś finansowej izolacji Białorusi, bo to bardzo ważny element nacisku na reżim – mówiła na początku kwietnia w wywiadzie dla Ukraińskiej Prawdy.

Już sam fakt, że takie, pełne pretensji słowa płynęły w kierunku administracji Zełenskiego nie najlepiej świadczy o relacjach białoruskiej opozycji i Kijowa. W kwietniu Zełenski miał jednak co innego na głowie. Trwała eskalacja napięcia za wschodnią granicą Ukrainy. Rosja gromadziła wojska i wywierała na Kijów i Zachód presję.

– Władze w Kijowie jeszcze za Poroszenki, a tym bardziej za Zełenskiego, oceniały Łukaszenkę, jako dyktatora, ale takiego, który walczy o niezależność od Rosji, „czerwoną linią” było nie uznawanie aneksji Krymu i nie wtrącanie w się w sprawy Donbasu – mówi Jewhen Magda, kijowski politolog.

Łukaszenka znalazł się bardzo blisko przekroczenia tej linii. Nie tylko odgraża się, że puści samoloty na Krym (nie wiadomo jak, dookoła ukraińskiej przestrzeni powietrznej). Zarówno w „wywiadzie” Ramana Pratasiewicza, jak i różnych medialnych deklaracjach zaczęły pojawiać się wątki separatystów z Ługańska i groźby, że władze w Mińsku mogą z nimi współpracować przy sprawie Pratasiewicza. Kijów, który do tej pory unikał zaangażowania w sprawy białoruskie, uznając, że robi to na zasadzie wzajemności, właśnie traci ten argument.

Nasza rewolucja

Rewolucja godności z lat 2013-2014 była skutkiem wielu procesów zachodzących w ukraińskim społeczeństwie i przeorała całkowicie ukraińską świadomość narodową. Na skutek wydarzeń z Majdanu i późniejszej wojny zaczęło powstawać nowoczesne społeczeństwo ukraińskie. Nie idealne, i często pogubione na drodze reform, ale chcące być częścią „Zachodu”.

– Ukraińska klasa polityczna przywykła myśleć o sobie, że jest pionierami demokracji w Europie Wschodniej i pupilami Zachodu i jakby słabo zauważa, że od czasu Majdanu minęło już siedem lat, czyli cała epoka w polityce międzynarodowej – mówi Wiktor Andrusiw i dodaje – Dla mnie, uczestnika Majdanu to nie jest problem, ale dla wielu, to bardzo irytujące, że uwaga świata skupia się na białoruskich opozycjonistach.

Dystans wobec białoruskich protestów prezentowały media prorosyjskiego magnata medialnego Wiktora Medwedczuka. Swój krytyczny stosunek ubierały najczęściej w retorykę pt. „my Ukraińcy już cierpimy z powodu rewolucji, przestrzegamy Białorusinów przed takim losem”.

Szef NATO: śledzimy zbliżenie Białorusi z Rosją. Jesteśmy gotowi bronić każdego sojusznika

Z kolei środowiska obecnej opozycji ukraińskiej uważają, że białoruskiemu protestowi brakuje takiej determinacji i organizacji, jaka miała miejsce na Majdanie.

– To była zupełnie inna sytuacja, Janukowycz był skorumpowanym i miękkim autokratą w porównaniu z dyktatorem Łukaszenką, w dodatku na Ukrainie była silna oligarchia, większa swoboda i inne doświadczenia historyczne – tłumaczy Jewhen Magda.

I wreszcie jednoznaczne wsparcie dla białoruskiego protestu jest trudne dla Zełenskiego. Ekipa prezydenta zdobyła władzę na fali zniechęcenia wojną i obietnicy zmiany. Sam Zełenski, który nie uczestniczył w rewolucji godności, odcinał się od tradycji Majdanu, którą uważa za element tożsamościowy opozycji i Petra Poroszenki. Trudno jest mu więc podjąć narrację „rewolucyjną”. Jednak teraz sytuacja na Białorusi przestaje być dla Żeleńskiego wyłącznie kwestią wartości. Spokój na północy, o który tak bardzo zabiegali ukraińscy politycy, skończył się. Działania Łukaszenki i jego otwarcie wasalna postawa wobec Kremla stają się po prostu zagrożeniem dla bezpieczeństwa Ukrainy.

Michał Kacewicz/belsat.eu

Inne tekst autora w Dziale „Opinie”

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów