Wyrok w procesie Babaryki: pokazowa kara dla niebezpiecznego wroga reżimu

Alaksandr
Kłaskouski

Wiktar Babaryka, były dyrektor banku, który ośmielił się rzucić wyzwanie Alaksandrowi Łukaszence startując w ubiegłorocznych wyborach prezydenckich, 6 lipca usłyszał wyrok. Zgodnie z przewidywaniami sąd zadecydował o bardzo surowym wymiarze kary – 14 lat pozbawienia wolności w kolonii karnej o zaostrzonym rygorze. Łukaszenka najwyraźniej nadal uważa Babarykę za niebezpiecznego przeciwnika politycznego, którego trzeba zneutralizować skutecznie i na długo.

Jednocześnie wyrok opierał się na stricte ekonomicznych artykułach kodeksu karnego – praniu brudnych pieniędzy i łapówkarstwie na szczególnie szeroką skalę. Przez cały rok białoruskie władze i ich propagandyści zupełnie odrzucali domniemanie niewinności i przedstawiali Babarykę jako złodzieja. Nie pozostawili na nim suchej nitki. Bo przecież zgodnie z ideologią reżimu w kraju nie ma więźniów politycznych – są tylko kryminaliści.

Mińsk: Babaryka skazany na 14 lat kolonii karnej

Według propagandystów, były szef Biełgazprombanku zdecydował o starcie w wyborach w 2020 roku, ponieważ chciał przykryć swoje machinacje finansowe polityczną aureolą. Jednak w tę wersję mało kto uwierzył. A to dlatego, że Babaryka, który jest ojcem własnego sukcesu, przez 20 lat z powodzeniem zarządzał dużym bankiem, a najróżniejsze poważne kontrole nie wykazały nieprawidłowości w jego działaniach.

Marionetka Moskwy czy nadzieja Białorusi?

Powód, dla którego odnoszący sukcesy dyrektor zaczął zajmować się polityką, pozostaje tajemnicą. Zwolennicy teorii spiskowych mówią o niewidzialnej ręce Moskwy (Biełgazprombank miał powiązania z Rosją). Tak więc białoruskie władze również dosadnie zasugerowały, że Babaryka jest marionetką w rękach moskiewskich manipulantów.

Jednak po 9 sierpnia, kiedy na Białorusi wybuchły masowe protesty w związku z wynikami wyborów, a Łukaszenka zaczął liczyć na pilne wsparcie ze strony Kremla, temat rosyjskiej ingerencji nagle ucichł. W tym czasie doszło również do uwolnienia członków bojowniczej grupy „Wagnera”, których wcześniej przedstawiano jako terrorystów wysłanych przez Rosję w celu obalenia reżimu.

Mimo to, nawet rok po aresztowaniu Babaryki Kremlowi nie udało się ani doprowadzić do uwolnienia tego człowieka, ani w żaden sposób poprawić jego sytuacji. Wyrok właściwie nie mógł być surowszy. Wychodzi na to, że albo zdolność Kremla do wywierania wpływu na Łukaszenkę jest mocno przesadzona, albo też mocno przesadzone jest zainteresowanie Moskwy losem Babaryki.

Wiktar Babaryka: junta toczy wojnę z częścią narodu

Oczywistym pozostaje przy tym, że wielu Białorusinów jeszcze rok temu widziało w nim i nadal widzi zupełnie niezależną postać – wybitnego i nieobojętnego obywatela swojego kraju, patriotę, który chce, aby Białoruś była nowoczesna, by dobrze się w niej żyło i by się rozwijała.

Nie „brzuchaty burżuj”, ale dobry menadżer

Rok temu Babaryka zadziwił wszystkich nie tylko swoją decyzją o kandydowaniu na prezydenta, ale także tym, jak szybko stworzył silny sztab wyborczy wykorzystując przy tym nowoczesne technologie, a także w jak szybkim tempie zebrał podpisy pod swoją kandydaturą.

A przecież politolodzy przewidywali, że będą to kolejne nudne wybory z przesądzonym wynikiem i biernością opinii publicznej. Lato, upały, urlopy, wakacje, koronawirus, tradycyjne kłótnie w obozie „starej” opozycji, polityczny fatalizm i obojętność przeciętnych obywateli, którzy dawno stracili wiarę w zmiany – wszystko to miało teoretycznie spolaryzować elektorat, czyniąc kolejne zwycięstwo Łukaszenki na wskroś nudnym i rutynowym wydarzeniem.

To właśnie wejście Babaryki do gry (wraz ze zdeterminowanym blogerem Siarhiejem Cichanouskim, który był wspierany przez nieco inną publikę) rozbudziło ten senny obraz i postawiło na nogi wszystkich – zarówno władze, jak i zwykłych ludzi. Do złożenia podpisów poparcia dla byłego dyrektora Biełgazprombanku (a także innych alternatywnych kandydatów) ustawiały się ogromne kolejki. To zjawisko nazwano rewolucją podpisów.

W Homlu ruszył proces Cichanouskiego i Statkiewicza

Czym więc ujął opinię publiczną nie najlepszy mówca z kiepską dykcją i człowiek, którego propaganda przedstawiała jako „brzuchatego burżuja”? Były bankier już podczas pierwszej konferencji prasowej po podjęciu decyzji o rzuceniu rękawicy Łukaszence oświadczył: „Jestem kategorycznie przeciwny temu, aby głowa państwa była wodzem. Wódz potrzebuje mas, a my jesteśmy narodem i potrzebujemy przede wszystkim menadżera”.

To właśnie tym obrazem kompetentnego, dobrego menedżera, który stanąłby na czele państwa, który nie robiłby scen i który nie groziłby przeciwnikom więzieniem, lecz wybierałby kompetentne kierownictwo dla kolejnych inicjatyw i tworzyłby system pozytywnych bodźców, Babaryka zaskarbił sobie serca wielu Białorusinów, którzy wcześniej nie interesowali się polityką. Było oczywiste, że elektorat miał już dość żelaznego wodza, który wciąż sieje strach. Naród chciał, aby krajem rządził ktoś o innym, bardziej nowoczesnym i ludzkim stylu przewodzenia.

„Nie mogę się przyznać do przestępstw, których nie popełniłem”. Ostatnie słowa Babaryki przed sądem

Mimo że Babaryka, który w ciągu kilku tygodni stał się poważnym rywalem Łukaszenki, został aresztowany i nie zarejestrowano go jako kandydata na prezydenta, to i tak cała kampania wyborcza ułożyła się dla wodza reżimu nie najlepiej. Po ogłoszeniu przez CKW zwycięstwa Łukaszenki z wynikiem 80 procent oburzeni Białorusini zaczęli protestować na niespotykaną dotąd skalę.

Reżim się utrzymał, zdusił falę rewolucji, stosując brutalne represje, ale jego legalność jeszcze bardziej osłabła, zarówno w kraju, jak i na arenie międzynarodowej. A Łukaszenka nie wie, jak wyjść z kryzysu, bo nie ma pojęcia, jak się poddać – nie da się przecież dokręcać śruby w nieskończoność.

Odliczanie do końca systemu

Niemniej jednak reżim wciąż dokręca śrubę. To prawda, wódz obiecuje nową konstytucję, ale sądząc po dzisiejszych tendencjach, nie zamierza demokratyzować systemu politycznego. Zwolennicy Babaryki chcą stworzyć partię „Wmiestie” (ros. „razem”) ale w obecnych warunkach nie ma szans, by została ona zarejestrowana.

Przypuszcza się, że zaostrzenie zachodnich sankcji wobec reżimu zmusi go do negocjacji w kwestii więźniów politycznych. Ale na razie jest to odległa perspektywa. Konfrontacja między obiema stronami nigdy nie posunęła się tak daleko (co więcej, przyziemienie samolotu Ryanair w Mińsku doprowadziło Europę, która dotąd działała zachowawczo, do skraju wytrzymania i podjęcia zdecydowanych kroków). Według białoruskiego przywództwa nie można teraz okazywać słabości, dlatego stosunki z Zachodem idą w kierunku dalszej eskalacji.

Unia Europejska apeluje o zwolnienie Wiktara Babaryki

Nawet jeśli Łukaszenka zdecyduje się na uwolnienie więźniów politycznych, Babaryka prawdopodobnie nie znajdzie się w gronie pierwszych, którzy wyjdą na wolność. Jednak mimo wszystko pozostaje on postacią bardzo popularną (nieprzypadkowo władze wprowadziły nowe prawo, które zabrania mediom publikowania danych niezależnych sondaży opinii publicznej).

Poza tym po aresztowaniu Babaryka zyskał aureolę ofiary reżimu, godnie przebywając za kratami. „Dobry menadżer” jest więc w oczach wielu ludzi alternatywą dla przywódcy reżimu. Dlatego, jak twierdzi białoruski politolog Waler Karbalewicz, były szef Biełgazprombanku będzie siedział za kratkami tak długo, jak długo Łukaszenka będzie u władzy.

Natomiast trwałość władzy Łukaszenki to temat na osobną dyskusję. W dużym skrócie, jeśli o tym mowa, to Babaryka raczej nie będzie skazany na siedzenie w więzieniu przez 14 lat.

Tak, wydarzenia 2020 roku nie zniszczyły sztywnego autokratycznego systemu stworzonego przez pierwszego prezydenta Białorusi. Dziś ta struktura jest jeszcze bardziej surowa. Ale społeczeństwo się zmieniło, częściowo dzięki wysiłkom Babaryki. Zaczęło się odliczanie do końca systemu Łukaszenki.

Terroryzm Łukaszenki: reżim w fazie samozniszczenia?

Alaksandr Kłaskouski dla vot-tak.tv

Inne teksty autora w dziale Opinie

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów