Po partyzancku. Białorusini w tajemnicy uczą się własnego języka

Na skutek wydarzeń ostatnich miesięcy, Białorusini poczuli potrzebę celebrowania wszystkiego, co białoruskie – w tym powrotu do ojczystego języka.

W sytuacji, gdy wszelkie grupowe aktywności są uznawane przez władze za podejrzane i nawet spotykania się na podwórkach są de facto zakazane, sąsiedzi znajdują rozmaite pomysły, by razem uczyć się mowy swoich przodków. Oto trzy inspirujące historie o „językowych partyzantach”.

Grodno, Iryna. „Klub mam”

Mam dwójkę dzieci – starsze czteroletnie i młodsze siedmiomiesięczne. Dawno temu, jeszcze przed sierpniem, trzymałyśmy się razem w gronie sąsiadek z placyku zabaw. Znamy się i znamy swoje dzieci.

Kiedy w sierpniu wybuchły protesty, zatrzymali niektóre mamy albo zabierali ich mężów; wtedy się wspierałyśmy i pomagałyśmy sobie z dziećmi. Potem zaczęłyśmy organizować podwórkowe imprezy, ale i tego ponoć już zabronili. A człowiek musi coś robić, rozumiecie? Choćby to było coś maleńkiego, ale musi. Dlatego wymyśliłyśmy, żeby się w gronie mam spotykać i uczyć białoruskiego.

Dyktando w Grodnie. Międzynarodowy Dzień Języka Ojczystego, 21 lutego 2021 r. Fot.: SP / belsat.eu

Z początku chciałyśmy się spotykać w przedszkolu, niedaleko naszego podwórka, ale nam odmówiono: „same rozumiecie…”. Zatem spotykamy się u tej z mam, która ma większe mieszkanie i jest w stanie nas pomieścić. Przychodzimy razem z dziećmi, czytamy książki, uczymy się nowych słów.

Białoruska idea narodowa zakazana na Białorusi

Jest nas za mało, żeby nas nazwać jakąś organizacją. Razem to 7 – 8 osób; czasem zdarza się 10, ale rzadko. Nikt z nas nie rozmawiał wcześniej po białorusku i dlatego korzystamy z materiałów ze strony „Mowa na nowo”. Prowadzimy zajęcia na zmianę, a jak prowadzimy, drukujemy sobie słownictwo lub przygotowujemy ćwiczenia. Jednak najczęściej robimy je szybciutko i po prostu rozmawiamy po białorusku.

Sądzę, że żadna z dziewczyn nie rozmawia po białorusku poza naszą grupą. Ale dla nas samo to, że zaczęłyśmy rozmawiać, jest wielkim sukcesem. Na początku to było bardzo krępujące, jednak już jest łatwiej.

Mińsk, Igor. „Językowe wycieczki”

Z sąsiadami poznaliśmy się po wielkich manifestacjach. Czego na naszym podwórku nie było! Kiedy zwyciężymy, znowu będziemy organizować rozmaite koncerty i spotkania. Na razie na podwórku więcej tych w mundurach lub tajniaków, niż mieszkańców. Przyjeżdżają tu codziennie, więc nie mamy możliwości, żeby się tutaj spotykać.

Poszczęściło się nam, bo w sąsiednim domu mieszka nauczycielka języka białoruskiego. Kiedy na lokalnym czacie zaczęliśmy się zastanawiać, czego chcielibyśmy się nauczyć, ona zaproponowała pomoc. Założyła osobny czat, na który wysyłała zrzuty ekranu z zasadami i ćwiczeniami. Wstyd nam było, że my, dorośli ludzie, uczymy się z podręczników dla 5 klasy. Ale jeśli w czasach szkolnych zabrakło rozumu, to może choć teraz się czegoś nauczę.

Obrzęd wzywania Wiosny w Homlu, 3 kwietnia 2021 r. Fot.: belsat.eu

Nasza nauczycielka radzi nam rozmawiać po białorusku w domu, żeby nabierać praktyki. Jednak nie we wszystkich domach ten pomysł się spodobał. Dlatego postanowiliśmy jeździć po różnych ciekawych miejscach na Białorusi i podczas tych podróży rozmawiać „po naszemu”. Po prostu wsiadamy do swoich samochodów, zabieramy sąsiadów i w drogę.

Okazało się, że takie obieżyświaty mieszkają na naszym podwórku! Najpierw chcieliśmy jeździć tylko po okolicach Mińska, ale w tym tygodniu pojechaliśmy do Gierwiat. Nikt z nas nie był tam wcześniej, co też jest powodem do wstydu – mieszkamy blisko tak pięknego miejsca, które dotychczas znaliśmy tylko ze zdjęć w internecie.

Wiemy, że zatrzymują grupy turystyczne, ale my przecież nie jesteśmy zorganizowaną wycieczką. To tylko trzy samochody z pasażerami. Trudno nas zauważyć.

Marzę o tym, żebyśmy naszą ekipą pojechali na bagna; na jakiekolwiek bagna. Może uda się w tym roku trafić na rozlewiska Prypeci. Byłoby wspaniale.

Mińsk, Kaciaryna. Kawiarniane „Spotkania literackie”

Zaczęło się od pomysłu na czacie dla mieszkańców naszego podwórka, żeby zająć się nauką języka. Wprowadziliśmy zasadę: w środy będziemy tam pisać tylko po białorusku. A to najspokojniejszy dzień tygodnia. Zazwyczaj otrzymujemy po 150 – 200 wiadomości dziennie, a w środy mniej niż 50.

Nie mamy żadnego osobnego czatu dla tematów językowych, bo każdy z nas posługuje się białoruskim na innym poziomie. Dlatego po prostu ogłaszamy w środę, jaki tekst mamy przeczytać przez tydzień, a następnie spotykamy się w kawiarni, żeby go omówić. Nie wybieramy wielkich dzieł, bo chcemy, żeby każdy zdążył przeczytać.

Książki Uładzimira Karatkiewicza na XXVІII Międzynarodowych Targach Książki w Mińsku, 22 lutego 2021 r. Fot.: belsat.eu

W kawiarni nikt nie zwraca na nas szczególnej uwagi. Przez dwa miesiące nie było aż takich dyskusji o literaturze, żeby ludzie krzyczeli. Wszystko odbywa się z klasą.

Trudno powiedzieć, ile osób należy do naszego literackiego klubu. Nawet nie wiem, czy w ogóle warto to nazywać klubem. Po prostu każdy wie, w której kawiarni, za którym stołem i o której godzinie będą omawiane teksty. Przychodzimy i sobie rozmawiamy.

Obecnie czytamy Uładzimira Karatkiewicza. Wszystkim radzę zacząć od niego.

md / MGM / belsat.eu

Wiadomości