„Nikt nie odejdzie, to jest niewola”. Rozmowa z byłym funkcjonariuszem białoruskich wojsk wewnętrznych

Białoruskie media państwowe przekonują, że siły bezpieczeństwa są oporą reżimu. Czy w strukturach siłowych rzeczywiście pracują „maszyny” gotowe do wypełnienia każdego rozkazu? O miłości do wodza, pieniądzach i nastrojach wśród żołnierzy opowiedział nam były funkcjonariusz jednostki wojsk wewnętrznych.

„Miarka się przebrała”

Odkąd pamiętam pracuję w strukturach państwowych. Pochodzę z rodziny wojskowych, a przez ostatnie 7 miesięcy pełniłem służbę w jednej z jednostek wojsk wewnętrznych. W czasie mojej służby zawsze cieszyłem się dobrą reputacją, były plany, że wkrótce zostanie mi przydzielone wyższe stanowisko, że trafię do sztabu. W naszej armii brakuje dobrze wykształconych ludzi.

Zdj. TK/belsat.eu

W ostatnich miesiącach dotarło do mnie, że w naszym kraju właściwie nikt cię nie potrzebuje, jesteś zdany tylko na siebie. Po wyborach miarka się przebrała, obrzydzenie budziła we mnie moja własna praca.

Pierwszy tydzień protestów był najtrudniejszy, zwłaszcza gdy na trzy dni odcięto internet. Tak się złożyło, że po pierwszych masowych rozproszeniach protestów wyjechałem na urlop. Robiło mi się niedobrze od tego błota, które wylewała władza, które wykorzystywali propagandziści.

„Uważnie czytaj ulotki”

Naszych chłopaków, prawie całą kompanię (około stu ludzi) wysyłano do rozpędzania protestów. Już wtedy wiedziałem, że nie mogę tam dłużej pracować. Doszło do kłótni z dowódcą. Odważyłem się powiedzieć, że w naszym kraju panuje kompletne bezprawie. Nikogo nie obraziłem, powiedziałem tylko, że w kraju jest bałagan i że to mnie denerwuje.

W odpowiedzi po kilku dniach dniach zaczęto przysyłać mi listy z rozkazem: „Uważnie czytaj ulotki propagandowe”. Zacząłem czytać, dowiedziałem się między innymi, że w Mińsku protestujący, 12 osób, pobili całą kompanię żołnierzy! Nawet z tych listów dało się wyczuć, że ludzie są spragnieni krwi i pałają wściekłością w stosunku do sił bezpieczeństwa. W wysyłanych listach pojawiały się dziwne epitety i aluzje.

Podjąłem decyzję o rezygnacji, ale trzeba było pracować jeszcze przez miesiąc. Musiałem zwrócić część swoich rzeczy i poczekać aż upłynie okres wypowiedzenia. Do tego dopłaciłem jeszcze 900 rubli [ok. 1300 złotych – belsat.eu] z własnej kieszeni. Mimo, że spełniłem wszystkie warunki, nie spieszono się ze sformalizowaniem mojego odejścia.

Marsz pamięci Ramana Bandarenki. Okolice stacji metra Puszkinskaja w Mińsku. Zdj. belsat.eu

Pojawił się między nami pewien podział, ale nie był on właściwie widoczny. Na przykład pewnego dnia siedziałem z chłopakami, którzy brali udział w rozpraszaniu prostu w Mołodecznie. Nie było dowództwa, to był nocny dyżur.

– Chłopaki, podnieście rękę, kto za wąsatym? – zapytałem.

Żaden z nich nie podniósł ręki… Ale w tym właśnie tkwi paradoks: oni i tak bili ludzi i byli gotowi robić to dalej!

„Ludzie, z którymi nikt się nie witał”

Jestem dość spostrzegawczą osobą i zauważyłam, że moi współpracownicy przestali witać się z jednym z kolegów. To byli ci, którzy zdali sobie sprawę z tego, co zrobili i teraz tego żałowali. Wszyscy byli na celowniku, ale przecież zawsze jest jakiś wybór. I ja ich nie usprawiedliwiam. Miałem kolegę, który często dzielił się ze mną swoimi racjami żywnościowymi.

– Dlaczego nie witasz się tym jednym? Zastanawiam się, dlaczego chodzi taki przygnębiony – zapytałem go ostrożnie pewnego razu, kiedy siedzieliśmy przy kolacji.

Znajomy odpowiedział, że ten „któremu nie podaje się ręki” pobił 40-letniego mężczyznę na ulicy w Mińsku. Bił go z taką wściekłością, że dorosły facet popuścił. Odwróciłem się i wyszedłem, bo nie mogłam tego słuchać. Moi koledzy przestali rozmawiać z tamtym facetem, zaczęli go ignorować.

Śledczy nie chcą zająć się przemocą ze strony milicji

Wszystkie takie historie są owiane jakąś mroczną tajemnicą. Mam listę tych, którzy byli szczególnie „twardzi”. Dowódcy starali się nie mówić nic o takich „nadgorliwych” funkcjonariuszach. To byli ludzie incognito. Ich nazwiska nie były nigdzie wymieniane, żeby nikt się do nich nie przyczepił. Dlatego jestem całkowicie pewien, że nawet ich bliscy i sąsiedzi nie wiedzą, co ci ludzie robili.

Stacja metra Puszkinskaja. Mińsk, 10 sierpnia 2020 r. Zdj. TK/belsat.eu/vot-tak.tv

Szybki awans

Pamiętam, jak psycholog przydzielona do naszej kompanii zajmowała się dosłownie praniem mózgów. Rozmawiała z tymi mundurowymi, którzy szczególnie się wyróżniali – pouczała, że nie należy bać się odbierać premii za bicie i przeznaczać tych pieniędzy na siebie i swoje rodziny. Mówiła, że nie jest to żaden powód do wstydu. Terapia ideologiczna odbywała się codziennie.

Mieliśmy w oddziale jednego dziwaka, był bardzo zaniedbany i nieporadny. Najbardziej odpowiedzialnym zadaniem, jakie mu powierzono, było koszenie trawy. Właściwie nikt nie chciał się z nim zadawać. Dowódca rozmawiając z nim wciąż przeklinał i nazywał go świnią. Ten właśnie facet zgłosił się na ochotnika do rozpędzania protestujących, a po powrocie otrzymał awans! Był chorążym i został awansowany na starszego porucznika, awans o dwa stopnie naraz. Jak to w ogóle możliwe?

Bicie, przekleństwa, strzały do tłumu: wyciekły nagrania z osobistych kamer białoruskich omonowców

Zaczęli wypłacać premię co miesiąc. Ale byli też funkcjonariusze z zupełnie inną postawą. Na przykład jeden kolega, który służył z nami, ale nigdy nie brał pałki w ręce, a podczas rozpędzania protestów stał pod drzewem. Potem chodził i kpił z nowo mianowanego porucznika, pytając, czy z okazji awansu postawi kolejkę „na koszt Łukaszenki”. Dokładnie tych słów użył.

Marsz pamięci Ramana Bandarenki. Demonstrujący w okolicach stacji metra Puszkinskaja w Mińsku. Zdj. LP/belsat.eu

„Od tego, gdzie się stało, zależała wysokość premii”

U nas system działa tak: nauka w Akademii Wojskowej jest wliczana do stażu pracy. Dlatego wielu idzie tam w wieku 17 lat, potem wstępuje do armii i przechodzi na emeryturę w wieku 37 lat – po 20 latach służby.

Książeczka wojskowa białoruskich sił zbrojnych. Zdjęcie z archiwum prywatnego

Aby otrzymać umowę na czas nieokreślony, należy odbyć pięć lat służby. Pierwsza umowa zawierana jest na dwa lata, kolejna na trzy lata. Dopiero potem podpisywana jest umowa, w której zapisane jest tzw. kontraktowe – stała wypłata. To są dobre pieniądze jak na nasze standardy, około dwóch, trzech tysięcy dolarów [7-11 tys. złotych – belsat.eu]. Wiele osób dostaje kontrakt i od razu kupuje samochód albo robi remont w mieszkaniu.

Mogłoby się wydawać, że jest całkiem nieźle, prawda? Niestety jest jedno „ale”! Wypowiedzieć umowę przed czasem bez zwrotu kontraktowego można tylko z ważnych powodów: choroba albo bankructwo. Pensje same w sobie są niskie. Starszy chorąży dostawał około 300 dolarów [ok. 1100 złotych – belsat.eu].

I tu dochodzimy do najciekawszej rzeczy – premii za rozpędzanie protestów. Żołnierze wojsk wewnętrznych, którzy trafili do jednostek „oprawców”, oprócz żołdu zaczęli dostawać premie. 700-750 rubli [ok. 1000-1100 złotych – belsat.eu] miesięcznie. Jeśli ktoś stał z tyłu, otrzymywali od 300 do 500 rubli [450-700 złotych – belsat.eu]. Awangarda dostawała nawet do 800 rubli [ok. 1100 złotych – belsat.eu].

Kolejna ofiara milicji. W szpitalu zmarł skatowany obrońca „placu Zmian”

Wniosek był prosty: im bliżej stałeś, tym intensywniej mogłeś „pracować” z protestującymi, więc nagroda była wyższa. Pytali nas wprost:

– Gdzie staliście? Tam? – mówiono nam wprost. – To tyle się należy.

„Wszyscy sędziowie, wszyscy prokuratorzy będą po waszej stronie”

Ci, którzy jeździli na protesty, mówili, że ustawiano ich najpierw w szeregach tylko po to, żeby im powiedzieć: „Możecie robić co chcecie. Wszyscy sędziowie, wszyscy prokuratorzy będą po waszej stronie”. Mówili to bezpośrednio ich dowódcy, którzy, że tak powiem, prowadzili na pole bitwy. Natomiast ci, którzy dobrze dogadywali się z kolegami – przeciwnie, czuli się winni i starali się, jeśli to możliwe, nie brać czynnego udziału w tych operacjach.

Jak pokazała praktyka, najbardziej „twardzi” byli ci, którzy od najmłodszych lat mieli problemy osobiste. Ale zaskakujące jest to, że z jakiegoś powodu tych „najtwardszych” nie udało mi się jeszcze znaleźć na kanałach w Telegramie, gdzie publikowane są listy katów.

Jeśli chodzi o to, czy funkcjonariusze na służbie są pod wpływem narkotyków, to nie sądzę, żeby to była prawda. Przynajmniej ja się z niczym takim nie zetknąłem.

Pożegnanie z zastrzelonym demonstrantem Alaksandrem Tarajkouskim. Mińsk, stacja metra Puszkinskaja, 15 sierpnia 2020 r. Zdj. Alaksandr Wasiukowicz/vot-tak.tv/belsat.eu

Zemsta narodu? Nie mam nic przeciwko ujawnianiu danych funkcjonariuszy. Ale metody walki, takie jak przebijanie kół samochodów, nie działają. Ludzie, którzy chcieli się zemścić, dostają prawdziwe wyroki. Oni zostają z przebitymi oponami, a protestujący z trzema latami więzienia. Prawda i tak wyjdzie na jaw, więc kiedy nadejdzie czas, wszystkie nazwiska będą znane.

„Cieszę się, że odszedłem. Nigdy w życiu tam nie wrócę”

Trzeba zdawać sobie sprawę, że oni wszyscy są związani umową, która jest podstawą do zliczania stażu pracy. Najpierw podpisuje się umowę na pięć lat, a po tym czasie otrzymuje się stałe wynagrodzenie. Oczywiście jeśli nie odpracuje się tych pięciu lat, trzeba je spłacić. Jest to spora kwota – kilka tysięcy dolarów. A jeśli na początku dostaniesz kwotę netto, to musisz ją zwrócić z podatkami. Na przykład, za trzy tysiące dolarów trzeba spłacić aż cztery.

Najczęściej przychodzą tam młodzi chłopcy, którzy służyli w wojsku. Przemęczyli się kilka miesięcy bez pracy i postanowili podpisać kontrakt. Rozumieją, że będą mieć pieniądze na siebie, na to, by zabrać dziewczynę do klubu i nie będą musieli o nie prosić swoich rodziców, którzy często też nie mają pieniędzy. Jest to przynajmniej jakaś pensja i pewna stabilizacja. To dlatego młodzi ludzie tam idą.

 

Jest się związanym umową na pięć lat i w tym czasie właściwie nie można zrezygnować. Bo skąd weźmiesz cztery tysiące dolarów? A jeśli masz również kredyt na mieszkanie i dwójkę dzieci? Chłopaki siedzieli więc i liczyli, ile zostało im do końca kontraktu. Ci, którym zostały trzy czy cztery miesiące służby, odpracowali swoje i odeszli.

Niedawno spotkałem starszego chorążego z mojego oddziału. Teraz pracuje jako ochroniarz w kasynie. Służył 20 lat.

– Cieszę się, że odszedłem. Nigdy w życiu tam nie wrócę – powiedział.

Jego kontrakt skończył się we wrześniu, odszedł wtedy z czystym sumieniem.

Zatrzymania na Prospekcie Zwycięzców w Mińsku. 13 września 2020 r. Zdj. IA/belsat.eu

„Zawsze jest jakiś wybór, nawet jeśli go nie ma”

Zgodnie z wojskowym regulaminem, każdy musi wykonać rozkaz swojego przełożonego. I tylko przełożony może uznać rozkaz za przestępczy i zwolnić żołnierza z obowiązku jego wykonania. Innymi słowy, jeśli dowódca wyda rozkaz, nie można odmówić jego wykonania, dopóki drugi dowódca lub ktoś, kto stoi nad nim, nie uzna rozkazu za przestępczy.

Ale zawsze jest jakiś wybór. Na przykład, jak ten mój znajomy, który poszedł na rozpędzanie protestów i stał pod drzewem. Wrócił, zbesztano go konkretnie, ale nie został zwolniony. Miał jeszcze półroczny kontrakt. Obecnie mamy ogromny problem z kadrami; ludzi jest po prostu za mało. Dlatego starają się nikogo nie zwalniać.

Zdj. TK/belsat.eu

„Jeśli na kogokolwiek podniesiesz rękę, od razu składam pozew o rozwód”

Mój bezpośredni przełożony, starszy chorąży, jeździł na akcje rozpędzania protestów. Według moich źródeł, stał on z tyłu. Mógł przeczekać, wrócić i pójść spać. Ale żona i tak od razu postawiła mu ultimatum – „Jeśli podniesiesz rękę na kogokolwiek, od razu składam pozew o rozwód”. Potem zaczęła naciskać, żeby zrezygnował.

Kiedy ja odchodziłem, on też szukał wolnych miejsc pracy, był gotów pracować nawet przy załadunku. Ale były takie żony, które cieszyły się z premii i w pośpiechu kupowały nowe rzeczy. Niektóre były temu wszystkiemu kategorycznie przeciwne, a inne to pochwalały.

„To jest niewola”

Nikt nie odejdzie, dopóki nie skończy się kontrakt. To jest niewola! Chłopaki mają kredyty, nawet na 5 procent. Nie wierzą w pomoc z ByPol [inicjatywa wspierająca byłych i obecnych funkcjonariuszy białoruskich organów ścigania – belsat.eu]. Obiecują tam wiele, ale pewności nie ma.

Widocznie mamy taką mentalność – licz tylko na siebie. I tak żyjemy – po dwóch stronach barykady. Choć i tu, i tam są ludzie, którzy zachowali swoje ludzkie oblicze.

Byli milicjanci rejestrują zbrodnie reżimu Łukaszenki

Stefan Hłuszakou, ksz / belsat.eu

Wiadomości