Areszt Śledczy. To tam białoruscy więźniowie polityczni czekają miesiącami na proces

W aresztach śledczych przebywają setki białoruskich więźniów politycznych. Niedawno dołączyła do nich piątka działaczy polskiej mniejszości na Białorusi i może minąć dużo czasu, zanim zakończy się śledztwo w ich sprawie.

Tzw. izolator śledczy, a więc SIZA (lub z rosyjska SIZO) stał się „drugim domem” dla całej rzeszy białoruskich więźniów politycznych. Można tam spotkać osoby, którym postawiono zarzuty karne, skazane i czekające na apelację. Ale także skazane w drugiej instancji i czekające na przewiezienie (etap) do wyznaczonego przed sąd i Departament Wykonywania Kar MSW (służbę więzienną) miejsca docelowego.

Wszyscy uwięzieni działacze ZPB z formalnymi zarzutami

O ile w większości przypadków białoruskie sądy starają się jak najszybciej skazywać szeregowych uczestników protestów, jest grupa, która przebywa w aresztach śledczych nawet od maja ub. roku. Niektórzy przetrzymywani miesiącami „polityczni” dokonują samookaleczeń i rozpoczynają głodówki, nie mogąc znieść panujących tam warunków czy niepewności swojego losu.

Choć represyjna machina białoruskiego państwowa na dobre rozkręciła się po sierpniowych wyborach, pierwsi oponenci Alaksandra Łukaszenki trafiali do aresztów już w czasie kampanii wyborczej.

Areszt Waładarka, w którym przebywają polscy działacze: na kolację „mogiła”, z głośników Łukaszenka

29 maja ub.r. został zatrzymany Siarhiej Cichanouski, niedoszły kandydat na prezydenta i ośmiu jego zwolenników. Proces w sprawie pierwszej trójki ruszył dopiero po ponad pół roku, w połowie stycznia. Oskarżeni o organizację nielegalnej akcji ulicznej i w niektórych przypadkach napaść na policjantów siedzą w areszcie ponad 10 miesięcy.

31 maja ub.r. do aresztu trafił Mikoła Statkiewicz, weteran białoruskiej opozycji, który już przedtem przesiedział 4,5 lata w w więzieniu – po wyborach prezydenckich z 2010 r. Tym razem oskarżono go o przygotowywanie nielegalnych demonstracji i działania w poważny sposób naruszających porządek.

Kolejnym niedoszłym kandydatem na prezydenta (który od 7 czerwca ub.r. nie wychodzi z aresztu) jest Paweł Siewiaryniec, jeden z liderów Białoruskiej Chrześcijańskiej Demokracji. On również jest oskarżany o organizację nielegalnego zgromadzenia. W czasie pobytu w areszcie podciął sobie żyły z powodu umieszczenia go w karcerze.

Siewiaryniec okaleczył się w proteście. Opozycjonistę torturują w areszcie?

18 czerwca ub.r. do aresztu trafił główny oponent Łukaszenki Wiktar Babaryka. Razem z nim zatrzymano jego syna Eduarda oraz kilkunastu współpracowników sztabu kandydata. Zostali oskarżeni o machinacje finansowe. Jak poinformował zbiegły z kraju opozycjonista Pawał Łatuszka, Babaryce postawiono warunek, że mógłby zostać zwolniony z aresztu pod warunkiem zgody na opuszczenie kraju.

To krótki spis aresztantów z najdłuższym stażem aresztowanych jeszcze przed wyborami. Obrońcy praw człowieka uznali do dziś 322 osoby za więźniów politycznych, wielu z nich również czeka na proces długie miesiące.

Dwóch więźniów politycznych podcięło sobie żyły. Kilku rozpoczęło głodówki

Białoruski adwokat i obrońca praw człowieka Raman Kiślak uważa, że wielomiesięczne pobyty „politycznych” w aresztach śledczych wynikają z nagromadzenia wszczętych spraw. Białoruskie organy śledcze i sądy fizycznie nie dają sobie rady z ich nawałem. Do tego, jego zdaniem, władze dopuszczają na wokandę „polityczne” sprawy stopniowo, obserwując reakcję społeczeństwa.

– Nie znam np. faktów, na podstawie których obwiniają Siarhieja Cichanouskiego. Mogę sobie jednak wyobrazić, że prokuratura najpierw przekazuje do sądu sprawy proste i zrozumiałe, w których zgromadzono wiele dowodów. W sprawach trudnych i wątpliwych cały czas toczy się śledztwo. I dlatego oni maksymalnie przeciągają. Być może też mają nadzieję, że ludzie przestaną się interesować losem aresztowanych – mówi prawnik o przypadku opozycjonisty, który już spędził w areszcie ponad 10 miesięcy.

„Nie ma na niego paragrafu? Trzeba wymyślić i posadzić na długo”. Jak fabrykowano sprawę Cichanouskiego

Według jego wiedzy bywało, że ludzie oczekiwali w białoruskich aresztach śledczych na proces nawet do półtora roku. Jak przypomina, na Białorusi obowiązują jeszcze stare sowieckie normy, przewidujące, że do SIZA podejrzany jest kierowany na podstawie sankcji prokuratorskiej. Często decyzja zapada nawet zaocznie.

– To na odwrót niż głoszą rekomendacje Rady Europy czy ONZ, które mówią, że o środkach zapobiegawczych powinien decydować sąd, a nie prokurator. Nawet w Rosji dostosowano do nich prawo, a na Białorusi zostało po staremu jak w czasach sowieckich – dodaje obrońca praw człowieka.

Kiślak przypomina, że na Białorusi powszechna jest praktyka skazywania ludzi na tzw. areszty administracyjne za złamanie artykułów Kodeksu Wykroczeń. Trafiają oni do tzw. ICzS (Izalatar Czasowaha Zatrymannia – Izolator Zatrzymań Tymczasowych) lub do Centra Izalacyi Prawaparuszalnikau (Centrum Izolacji Naruszających Prawo, CIP). Prawie w każdym rejonie (powiecie) Białorusi istnieją właśnie takie ICzS, ale oprócz tego w podziemiach każdego lokalnego komisariatu znajdują się cele dla zatrzymanych i aresztowanych za wykroczenia. Na początku protestów po 9 sierpnia, gdy wszystkie cele ICzS i CIP były przepełnione, zatrzymani trafiali do cel w SIZA.

Areszt w centrum Mińska zwany „Waładarką”, zbudowano w I połowie XIX wieku. Zdj. Iryna Arachouskaja/ belsat.eu

Jedną z więźniarek politycznych, które doświadczyły wielomiesięcznego przebywania w SIZA jest dziennikarka Biełsatu Kaciaryna Andrejewa. Do aresztu trafiła 15 listopada ub.r. w trakcie relacjonowania protestu po zabiciu przez milicję sympatyka opozycji Ramana Bandarenki. Od tego czasu przebywa razem z operatorką Biełsatu Darią Czulcową bądź w areszcie śledczym w podmińskim Żodzinie, bądź w SIZA w Mińsku przy ul. Waładarskiego – który stał się głównym aresztem śledczym dla oskarżonych z przyczyn politycznych. Andrejewa i Czulcowa zostały skazane na dwa lata kolonii karnej i obecnie oczekują na proces apelacyjny, który według wszelkiego prawdopodobieństwa potwierdzi wyrok.

„Od Ihara – dla Kaci”. Pierwsza paczka dla dziennikarki Biełsatu na nowy więzienny adres FOTO

Maż Andrejewej Ihar Iliasz opowiada, że Kacia bardziej „chwali” sobie warunki pobytu i stosunek personelu do aresztowanych w „Waładarce” niż w Żodzinie. Iliasz podkreśla, że na Białorusi panuje taki paradoksalny zwyczaj, że lepsze warunki mają nie sprawcy lekkich wykroczeń, ale podejrzani w sprawach kryminalnych. Ci pierwsi mają często mniejszą szansę otrzymania przesyłki z zewnątrz, tymczasem mieszkańcy SIZA dostają je bez ograniczeń, tzn. 5 dni w tygodniu. Kacia, przed trafieniem do aresztu śledczego przebywała w Centrum Izolacji Naruszycieli Prawa (CIP) przy ul. Akreścina w Mińsku. Przez pierwszy tydzień siedziała w celi czteroosobowej, w której było 11 osób.

Przebywający w SIZA mają znacznie utrudniony kontakt ze światem. Można się z nimi kontaktować się przez adwokatów bądź listownie. Jednak wszystkie listy przechodzą przez cenzurę. „Niebezpieczne” fragmenty są albo zamazywane, albo po prostu listy nie trafiają do adresata.

– Często jednak po prostu nie przekazują listów niezależnie od treści. Albo chcą odciąć wybranego więźnia od świata zewnętrznego, albo przychodzi taka masa listów, że cenzorzy nie mają czasu ich czytać – mówi nam Iliasz.

Jak opowiada, przez pierwsze cztery miesiące w Żodzinie z 13 listów, które wysłał do żony, dotarły do niej tylko dwa.

Jego zdaniem w korespondencji do aresztowanych nie warto pisać nic o polityce, bo 100 proc. takich listów będzie odrzucane. Nie ma też szans, żeby list w języku obcym trafił do adresata w SIZA, bo cenzorzy ich nie znają i nie będą sprowadzać tłumacza, tylko po prostu je wyrzucą. Lepiej pisać po białorusku lub rosyjsku.

Kaciaryna Andrejewa i Daria Czulcowa przebywają w areszcie śledczym ponad 4,5 miesiąca. Zdj. belsat.eu

Iliasz podobnie jak Kiślak uważa, że skierowani do SIZA „polityczni” głównie zajmują się czekaniem na śledczego. Ci najczęściej nie mają żadnych dowodów i trzymają człowieka długi czas tylko dlatego, by go odizolować. Przypadek dziennikarek Biełsatu był tu pewnym wyjątkiem, gdyż śledztwo skończyło się w 1,5 miesiąca, a dalsza procedura do wydania wyroku trwała następny miesiąc.

Jak relacjonuje, Kacia do niedawna nie skarżyła się na presję ze strony administracji. Ostatnio jednakże została oficjalnie sklasyfikowana jako „osoba o skłonnościach do ekstremizmu”. Jej mąż uważa, że to mechanizm nacisku na aresztowanego i forma naznaczenia więźnia. Kaciaryna została w dokumentach określona mianem „zmaharki” (bojowniczki ) – zwolennicy Łukaszenki używają tego białoruskiego słowa w pogardliwy sposób, by określić aktywnych opozycjonistów.

“Tabliczka z napisem bojowniczka”. Dziennikarka Biełsatu uznana w więzieniu za ekstremistkę

Specyficzną pozostałością po czasach sowieckich, a nawet carskich, jest „etapowanie”, czyli przejazd pod konwojem z aresztu do aresztu lub z więzienia do więzienia. Nazwa wzięła się z od carskich „więzień etapowych”, w których skazani nocowali po przejściu kolejnego odcinka wędrówki na katorgę.

– Wszystko jest bardzo brutalne. Więźniów otaczają ujadające psy konwojentów – przekazuje relację Kaci Ihar. – Więźniowie, gdy zostali wyprowadzeni na peron i czekali tam na pociąg, nie mogli stać. Kobietom kazano kucać, a mężczyzn prawie położono twarzami na ziemi. Procedura jest bezsensownie okrutna.

Ihar przypomina, że z Mińska do Żodzina jedzie się około godziny samochodem. Ale w przypadku Kaci ta podróż zajęła prawie 14… Na początku zabrano ją bowiem do tzw. „odstojnika”, czyli celi przejściowej, gdzie aresztowanych trzyma się przed lub po podróży. W tych prymitywnych warunkach musiała przesiedzieć sześć godzin. Potem zawieziono ją więźniarką na dworzec, by umieścić w tzw. „stołypinowskich” wagonach, czyli wagonach z zakratowanymi przedziałami. Po dotarciu do Żodzina trafiła znowu do więźniarki, a z niej do „odstojnika”.

– Jest to więc nocna podróż, w czasie której nie można się wyspać. Kompletnie bezsensowna z punktu widzenia logistyki. A wystarczyłoby ich zawieźć więźniarką od razu do innego więzienia. Nie tłumaczę tego inaczej niż sowieckim zwyczajem. Tak kiedyś ustalono i oni tak to wykonują – dodaje Iliasz.

Weteranem białoruskich aresztów jest Igor Bancer, w przeszłości niezależny dziennikarz i rzecznik prasowy Związku Polaków na Białorusi, a dziś punkowy muzyk, który „zwiedził” różne białoruskie areszty w ciągu ostatnich 15 lat.

„Chemia ze skierowaniem”: skazywanym w politycznych procesach grożą lata przymusowej pracy

Bancer podkreśla, że zarówno areszt w Grodnie jak i ten w Mińsku znajdują się w carskich budynkach z pierwszej połowy XIX w. r. i są one w opłakanym stanie:

– Człowiek czuje się jak w carskim więzieniu, a idąc podziemnymi korytarzami to w ogóle jak w średniowiecznym lochu, gdzie ze ścian cieknie woda. Robi to dramatyczne wrażenie, jak z filmów i książek.

Jak opowiada, jeszcze kilka lat temu w tych piwnicach siedzieli ludzie – teraz jest trochę lepiej. Ale nadal prycze bywają trzypiętrowe, a czynności fizjologiczne trzeba wykonywać na widoku nawet 10 osób.

Igor Bancer, zdjęcie z Facebooka muzyka

Bancer trafił do aresztu w październiku ub.r. za rzekome obnażenie się przed milicjantem. A że jak na punkowego muzyka przystało, jest wytatuowany od stóp do głów, został uznany przez milicję za ekstremistę i psychopatę. Wysłano go nawet na badanie psychiatryczne, które jednak potwierdziło jego pełną poczytalność. Jak twierdzi, z powodu swojej wyjątkowości większość z pięciu miesięcy w areszcie spędził w jednoosobowej celi.

Od początku starał się wejść w kontakt ze długoterminowymi więźniami, którzy przebywają na terenie grodzieńskiego więzienia razem z aresztowanymi.

– Nielegalnie kontaktowałem się z innymi więźniami i aresztowanymi przy pomocy poczty więziennej. To są grypsy, ale też inne formy o komunikacji, o których nie chciałbym mówić. Rozmawiałem tak z wysoko postawionymi więźniami i znam historię ludzi siedzących po 10-20 lat. Każdy przyznawał, że więzienne władze mają wszelkie instrumenty, żeby złamać człowieka – opowiada.

Według relacji więźniów mniej więcej do roku 2018 r. w Grodnie strażnicy praktykowali bicie więźniów, jednak potem zainstalowano kamery i zaczęto wywierać presję w inny sposób.

– Jeżeli chodzi o więźniów politycznych, to łukaszenkowskie władze od lat stosują metodę umieszczania ich razem z więźniami o najniższym statusie w hierarchii z tzw. opuszczonymi. Człowiek, który pierwszy raz tam trafi do aresztu, nie zna panujących zasad i może mieć kłopoty. Ostatnio pojawiły się pogłoski, że Cichanouski, gdy był w Waładarce, zachowywał się „nieodpowiednio”. Podobnie w 2010 r. było z kandydatem na prezydenta i b. wiceszefem MSZ Andrejem Sannikawem. Podobne problemy miał lider Młodego Frontu Zmicier Daszkiewicz – opowiada.

Grodzieński muzyk dostał 1,5 roku prac poprawczych. Głodował i nie pił od 16 dni

W stosunku do niego administracja więzienna miała również podjąć próbę skompromitowania w oczach współwięźniów

– Dwa dni przed wyjściem człowiek uznawany przez aresztantów za konfidenta, zaczął krzyczeć na całą „Amerykankę” (jeden z dwóch budynków w których przetrzymywani więźniowie w grodzieńskim): „Bancer pietuch” – czyli „Bancer jest cwelem” (więźniem wykorzystywanym homoseksualnie – belsat.eu). I była to prowokacja zrobiona przez KGB dzień przed wypuszczeniem. I teraz gdybym znowu trafił do tego aresztu, to od razu pojawią się pytania, dlaczego ktoś powiedział, że Bancer jest „cwelem”. I to będzie się to za mną ciągnąć. To metoda kompromitowania używana wobec politycznych – opowiada.

Więzienne władze celowo przy pomocy współpracujących z nimi więźniów organizują różne prowokacje. Bancer opowiada, że w jednej z cel, do której go przeniesiono, spotkał osobę znaną mu z wolności, która charakteryzowała się radykalnymi poglądami.

– I on wprost namawiał mnie do buntu w więzieniu, zaniechania głodówki. Zazwyczaj jednak robią to finezyjniej. Konfidenci wchodzą w bliższe relacje z aresztowanym, gdy po pewnym czasie ludzie dobierają się w grupy i zaczynają szczerze rozmawiać.

Obserwatorzy, feści i czaj. Były więzień polityczny o tym, jak przetrwać w kolonii karnej

Grodzieński muzyk opowiada też, że kiedy miał być zabrany z aresztu w Mińsku na proces w Grodnie, padł ofiarą kolejnej prowokacji.

– Zabrano mnie godzinę wcześniej do celi przejściowej – do boksu 60×70 cm, tzw. stakana (pol. szklanka). Przychodzi do mnie funkcjonariusz działu operacyjnego i pyta się mnie o nazwisko. I nagle w boksie obok aktywuje się więzień, ten sam który przedtem krzyczał, że jestem cwelem i znowu zaczyna wrzeszczeć przez 40 min. Najeżdża na moją psychikę, wykrzykuje, że jestem gwałcicielem dzieci. A milicja, jak gdyby nigdy nic, zabiera go z tej celi. Moim zdaniem dzieje się to z przyzwolenia władz więzienia. I skoro KGB wydało rozkaz, by mnie pognębić, oni zareagowali w typowy dla nich sposób.

Bancer jest przekonany, że więzienne władze mają nieograniczane możliwości ukarania więźnia czy aresztowanego:

– Można być ukaranym za niezapięty guzik czy źle przyszytą naszywkę z nazwiskiem. W Grodnie od 2019 r. zainstalowano kamery i gdy aresztowany kontaktuje się nielegalnie z osobą z innej cel, nadzorca widzi to i spisuje takie przypadki daty i godziny popełnienia wykroczenia. A wiadomo, że prawie każdy je popełnił. I kiedy zaczniesz domagać się swoich praw lub masz problemy z administracją, oni wyciągają tę kartkę i jest podstawa do wysłania cię do karceru.

Karcer jest na pozór zwykłą celą, jednak wysłany do niego może zabrać jedynie swój kubek. W dzień przypinają łóżko do ściany i musisz dzień spędzić na nogach, bo nie ma jak siedzieć.

– Nawet siedzenie na ziemi też jest wykroczeniem. Jak siedziałem na ziemi, też mi grozili protokołem i wysłaniem do… karceru. Były jednak przypadki, gdy ludzie spędzali w karcerze po trzy miesiące. W karcerze nie masz czym się zająć, nie ma książek ani listów – opowiada.

Pod względem jedzenia najgorzej mają aresztanci, którzy nie dostają prowiantu z zewnątrz. Wychodzą z aresztu dosłownie zszarzali na skórze z powodu braku pełnowartościowego jedzenia. Posiłki w aresztach czy więzieniach bowiem nie trzymają norm wyżywienia ustanowionych prawem.

Igor Bancer podczas swojego pobytu w areszcie rozpoczął tzw. suchą głodówkę – przez 16 dni powstrzymywał się od jedzenia i picia. Jak podkreśla, fakt, że głodówka miała przyczyny polityczne i była ogłoszona na sali rozpraw, sprawił, że administracja więzienna odnosiła się do niej w miarę neutralnie. Jednak jak podkreśla, uderzyło go zachowanie więziennych lekarzy, z których żaden nie zaproponował mu, żeby się położył. I więzień mimo ogromnego osłabienia spędzał w dzień na siedząco, gdyż nie poprosił lekarza „o litość”.

– Podczas głodówki zadawałem im zawsze pytania: „czy jesteście w pierwszym rzędzie funkcjonariuszami czy lekarzami?”. Nigdy nie dostałem odpowiedzi. Gdy zadawali mi pytanie: „jak się czujesz?”, zawsze odpowiadałem, że czuje się świetnie jak na człowieka, który głoduje tyle i tyle dni. Tam wszystko jest nagrywane na kamerach. I oni oczekują, że przyznam, że czuję się bardzo źle i będę ich błagał o zgodę na położenie się. Tymczasem ja nie chciałem, bo następnego dnia to mogło pojawić się w białoruskiej TV. Tymczasem niektórzy z tych lekarzy pozwalali sobie na niewybredne żarciki w stylu: „coś się pan chwieje?”

Podczas głodówki osłabionemu Bancerowi w ciągu pięciu dni czterokrotnie zmieniano cele, w których umieszczano osoby podejrzewane o współpracę z administracją.

– Ten system nie ma litości, więc ja się nad sobą nie lituję. Ale ten system też nie zazna litości z mojej strony – mówiąc to, podkreśla jednak, że zmiana władzy i rozliczanie winnych represji musi mieć charakter całkowicie legalny.

Kiedyś gułag, dziś kolonia karna. Białoruscy „polityczni” trafiają do obozów pracy

Jakub Biernat/ belsat.eu

 

Wiadomości