Mąż aresztowanej reporterki Biełsatu: „To tak bolesne nie móc przytulić ukochanej osoby”

Ihar Iliasz i Kaciaryna Andrejewa. Zdjęcie z archiwum rodzinnego

Nasze koleżanki Kacia Andrejewa i Dasza Czulcowa, których proces ma rozpocząć się w najbliższy wtorek, pozostają za kratami od 15 listopada ub.r. Grozi im wyrok trzech lat pozbawienia wolności.

Tego dnia zostały zatrzymane na trzynastym piętrze bloku stojącego przy mińskim podwórku, z którego porwano Ramana Bandarenkę. Prowadziły relację z demonstracji, będącej protestem przeciwko brutalności białoruskich służb, której skutkiem była jego śmierć. Mężczyzna zwrócił uwagę tajniakom, by nie zrywali patriotycznej symboliki. Pobity, prawdopodobnie przez OMON, zmarł w szpitalu. Dziennikarki oskarżono „o organizację i przygotowanie działań, które naruszają w rażącym stopniu porządek społeczny”. Na Białorusi grozi za to kara do 3 lat więzienia.

9 lutego sąd w sprawie dziennikarek Biełsatu

Jednak Kaciaryna to nie tylko dziennikarka. To czyjaś córka, żona. Przyszła matka. Jednym słowem, dzielna kobieta. I taką chcę ją pokazać oczyma najbliższych: męża i dziadka.

Pierwszy raz na Akreścina

Miński areszt przy ul. Akreścina jest owiany złą sławą. Warunki, w jakich przebywają tam zatrzymani przeciwnicy reżimu Łukaszenki, urągają ludzkiej godności. Brudne, śmierdzące materace. Zatłoczone do granic możliwości cele, w których podczas masowych aresztowań upycha się dziesiątki osób. Upokarzające rewizje osobiste, podczas których trzeba rozbierać się do naga. Kiepskie jedzenie.

Po raz pierwszy, na trzy dnia Kacia trafiła tam 12 września, kiedy podczas transmisji na żywo z Marszu Kobiet została zatrzymana przez funkcjonariuszy OMON-u.

Kaciaryna Andrejewa prowadzi relację online z ulic Mińska. Zdj. belsat.eu

W „Reportażu ze skrępowanymi rękami” tak wspomina swój pierwszy pobyt w tym miejscu:

– Dla wielu zabrzmi to dziwnie, ale poznanie tego okropnego miejsca od środka było z punktu widzenia dziennikarki ciekawym przeżyciem. Tak, rozbieranie się do naga podczas rewizji było upokarzające. Tak, materace były brudne i śmierdziały. Tak, tego jedzenia nie da się zjeść. Ale za każdym razem, gdy w moich oczach pojawiały się łzy zwątpienia, pocieszał mnie fakt, że nie jestem sama. Obok były nowe przyjaciółki, a w sąsiednich celach lekarze, sportowcy, dziennikarze. Jesteśmy tu razem.

Reportaż ze skrępowanymi rękami. Dziennikarka Biełsatu opowiada o trzech dniach w areszcie

Jaką drogą Kacia doszła do tego miejsca? Co ją ukształtowało? Jak bliscy znoszą jej uwięzienie? Oddaję im głos.

Dziadek: Jej dzieciństwo upłynęło w atmosferze miłości do Białorusi

Andrejewa to właściwie pseudonim Kaci. W rzeczywistości nazywa się Bachwaława. Urodziła się w Mińsku 2 listopada 1993 roku, w rodzinie inteligenckiej, w której na przestrzeni pokoleń byli dziennikarze, lekarze czy muzycy. Rodzice Kaci mają wykształcenie filologiczne i stąd pewnie się wzięły jej zdolności językowe, które przejawiała od dziecka, ale absolutnym priorytetem była zawsze nauka języka ojczystego – białoruskiego. Po ukończeniu rosyjskojęzycznej szkoły podstawowej Kacia kontynuowała naukę w pierwszym białoruskim gimnazjum nr 23 w Mińsku.

Jak wspomina dziadek Kaciaryny, dziennikarz i publicysta Siarhiej Wahanau, za przetłumaczenie z ukraińskiego na białoruski znanego wiersza Tarasa Szewczenki „Mijają dni, mijają noce” nagrodzono ją nawet specjalnym dyplomem. Duże zainteresowanie przejawiała też językiem polskim – w dzieciństwie czytano jej wiersze Tuwima i innych polskich poetów zarówno w tłumaczeniach, jak i w oryginale. Jeszcze podczas nauki w gimnazjum uczęszczała na kursy języka polskiego organizowane przez Instytut Polski w Mińsku. Na studiach zajęła się z kolei literaturą hiszpańską.

– Ludzie często pytają, dlaczego właśnie wybrała dziennikarstwo, zawód szczególnie trudny w warunkach dyktatury łukaszenkowskiej. Najłatwiej byłoby to wytłumaczyć tradycją rodzinną: prababka, pradziadek i dziadek ze strony matki byli dziennikarzami. Ale to tylko jeden powód. Dużo ważniejsze jest wewnętrzne powołanie, które wynika z wyznawanych przez nią zasad, szacunku do prawdy i sprawiedliwości oraz miłości do ojczystego kraju. W tej atmosferze przecież upłynęło jej dzieciństwo. Zachował się jeszcze jej wiersz, który napisała, mając cztery lata. Rozpoczęła go wielkimi, drukowanymi literami: „Nie zapomnę ojczystego kraju”… – wspomina dziadek Kaciaryny.

Kaciaryna Andrejewa prowadzi relację online z ulic Mińska. Zdj. belsat.eu

Mąż Kaciaryny: Chcemy wolności… i mieć dzieci

– Pytasz co mnie w Kaciarynie inspiruje? Przede wszystkim to, że nieustanie się rozwija i że zawsze wyciąga wnioski ze swoich błędów. Dotyczy to zarówno spraw zawodowych jak i osobistych. Pamiętam, że po swoim pierwszym zatrzymaniu w 2017 roku w Orszy, na 24 godziny, była roztrzęsiona i płakała na rozprawie – mówi Ihar Iliasz, mąż Kaci i także dziennikarz Biełsatu.

Od tego czasu wiele się zmieniło, zmieniła się też sama Kacia. Jak mówi jej mąż, teraz trzyma się bardzo dzielnie i konsekwentnie odmawia przyznania się do winy oraz składania zeznań. Jest pogodna, może nawet nieco bojowo nastawiona i nie traci wiary, że wyjdzie z tego obronną ręką.

– Jest jednak alergiczką. W areszcie miała już kilka ataków, które udało się opanować za pomocą domięśniowych zastrzyków. Alergię wywołują stare, śmierdzące materace w których pełno jest roztoczy. To, że ją trzymają mimo jej choroby w takich warunkach, jest zwykłym okrucieństwem.

Ihar Iliasz i Kaciaryna Andrejewa. Zdjęcie z archiwum rodzinnego

Na pytanie o relacje małżeńskie, Ihar odpowiada jednym słowem:

– Partnerskie. Od początku budowaliśmy je na fundamencie równości i absolutnego szacunku dla wzajemnych wyborów. Już po aresztowaniu pytano mnie, dlaczego Kaci pozwalam na wykonywanie tej pracy skoro ona na Białorusi jest tak niebezpieczna. Właśnie dlatego, że sam będąc dziennikarzem, jako jej mąż nie mogę jej tego zakazać. Niektórzy mogą to uznać za dziwne, ale robić to co się uważa za ważne, a do tego pracować z ukochaną osobą – to ogromne szczęście.

Mąż uwięzionej dziennikarki Biełsatu: To wszystko będzie nam się wydawać drobnostką

Ihar nawet nie próbuje ukrywać, że bardzo przeżywa jej aresztowanie. Wie jednak, że nie wolno mu się załamać.

– Trudno jest wyrazić słowami co czuje mąż, którego żona przebywa w więzieniu. Wiesz co to znaczy i jak to boli nie móc przytulić i pocałować ukochanej osoby, a nawet pisać do niej listów? Nasza korespondencja jest ograniczona przez więziennych cenzorów.

Mąż aresztowanej dziennikarki Biełsatu pyta: „Skąd rządowa TV ma moją prywatną korespondencję?”

Z trzynastu listów, które przed naszą rozmową wysłał do żony, Kacia dostała tylko dwa. Ihar nie chce i nie może jednak popadać w czarnowidztwo.

– Pomaga mi w tym organizowanie i prowadzenie kampanii informacyjnej, której celem jest wsparcie dla żony. Omawiam różne kwestie z adwokatami, a do tego dochodzi normalna praca w Biełsacie. Poza tym czerpię siły widząc, jak sobie z tym wszystkim radzi Kacia. Trzyma się tak dzielnie w więzieniu, że nie mogę być gorszy. Muszę zebrać wszystkie swoje siły, by jej pomóc w przetrzymaniu tej próby. Przecież na tym polega rola męża.

Czy oboje marzą teraz o czymś więcej, niż o tym, aby Kacia jak najszybciej wyszła na wolność? Oczywiście, że tak…

– O czym marzymy? Czego chcemy najbardziej, może nawet bardziej niż wolności dla siebie i dla Białorusi? Odpowiedź jest prosta – chcemy z Kacią mieć dzieci – bez wahania odpowiada Ihar.

„Dasza mi mówiła, że tylko pokazuje prawdę…” List od matki więzionej dziennikarki Biełsatu

Antoni Styrczula, md, cez/belsat.eu

Wiadomości