Dziś białoruskie władze kryminalizują dostęp do informacji. A jak to było w czasach komunizmu?

Białoruskie MSW uznało grupę obywateli zrzeszonych za pośrednictwem serwisów internetowych Biełsat za ugrupowanie ekstremistyczne”. Sprawdziliśmy, co to oznacza w praktyce i przypominamy, w jaki sposób dostęp do alternatywnych źródeł informacji był uznawany za przestępstwo w reżimach totalitarnych w przeszłości.

Zdj. JSz/ Belsat.eu

Według MSW, za „ugrupowania ekstremistyczne” uznawane są od teraz grupy obywateli zrzeszonych za pośrednictwem strony internetowej Biełsatu, kanałów YouTube, kont w Telegramie, Instagramie, na Twitterze, Facebooku, VKontaktie i Odnoklassnikach.

„Nie da się uznać za ekstremistów milionów Białorusinów”

Jak twierdzi Alaksiej Dzikawicki, wicedyrektor Biełsatu, władze „szukają wszelkich możliwych środków, aby oczyścić pole informacyjne, w próżnej nadziei pozbawienia Białorusinów wolnej informacji”.

MSW Białorusi uznało Biełsat za ugrupowanie ekstremistyczne

– Oczywiście nie można uznać milionów Białorusinów, którzy nas oglądają lub czytają na portalach społecznościowych, za ekstremistów. To by oznaczało uznanie całego narodu za ekstremistów, ponieważ zdecydowana większość Białorusinów ufa niezależnym mediom, w tym Biełsatowi. Dodam, że te decyzje nie zatrzymają Biełsatu, będziemy kontynuować pracę – powiedział Dzikawicki.

Wiceprzewodniczący Białoruskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy (BAŻ) Barys Harecki twierdzi z kolei, że jest to pierwszy przypadek uznania mediów na Białorusi za „ugrupowanie ekstremistyczne”, więc trudno na razie powiedzieć, jakie będą konsekwencje tej decyzji.

– Oczywiście celem tych działań jest, po pierwsze, zniechęcenie ludzi do subskrybowania kanału w Telegramie, odwiedzania strony internetowej i udostępniania wiadomości. A po drugie, rozwiązuje to ręce organom ścigania – mogą represjonować tych, którzy współpracują z Biełsatem. Niewątpliwie Biełsat jest dużym kanałem, pracuje tu wielu dziennikarzy, producentów i po prostu ludzi, którzy przesyłają informacje lub dzielą się jakimiś wiadomościami. Teraz władze mogą hipotetycznie ścigać tych ludzi za udział w „ugrupowaniu ekstremistycznym” – podkreśla Harecki.

Marsz Pokoju i Niepodległości. Mińsk, Białoruś. 30 sierpnia 2020 r. Zdjęcie: Vot Tak TV / Belsat.eu

– Z drugiej strony w ostatnim czasie na Białorusi panuje absolutne bezprawie, nawet bez tych nowych ograniczeń ludzie codziennie są bezpodstawnie pociągani do odpowiedzialności – podsumowuje wiceprzewodniczący BAŻ.

Jak aresztować miliony osób

Obecnie trudno jest powiedzieć, jak służby bezpieczeństwa wykorzystają tę decyzję. Władze grożą ściganiem uczestników „ugrupowań ekstremistycznych” na podstawie artykułu o „zakładaniu lub udziale w ugrupowaniu ekstremistycznym” (art. 361 cz. 1 Kodeksu Karnego Białorusi). Nadal jednak nie jest jasne, kto będzie uznany za uczestnika. Wypowiedzi funkcjonariuszy na ten temat są sprzeczne.

Z jednej strony Wiaczasłau Arłouski, rzecznik Głównego Wydziału do Walki z Przestępczością Zorganizowaną i Korupcją (HUBAZiK), już wcześniej zaznaczał, że osoby, które po prostu czytają „ekstremistyczne” kanały, nie mają się czego obawiać. Zarzuty karne będą rzekomo stawiane tylko tym, którzy uczestniczą w promowaniu takich materiałów (np. dostarczają informacje do takich kanałów, udostępniają posty itp.) Z drugiej strony Arłouski stwierdził, że samo subskrybowanie takich zasobów „jest już elementem uczestnictwa w ich promowaniu”, więc formalnie każdy subskrybent może być pociągnięty do odpowiedzialności. Przedstawiciel HUBAZiK-u w związku z tym oświadczył, że najlepszym rozwiązaniem byłoby zakończenie subskrypcji takich kanałów. Ale w innym oświadczeniu powiedział, że wypisanie się z kanału nie jest ratunkiem, ponieważ „wszędzie pozostawiany jest elektroniczny ślad”. Zagroził, że służby „dotrą do każdego”.

Uznanie Biełsatu i jego odbiorców za „ugrupowanie ekstremistyczne” to forma zastraszania

Jednak groźba „dotarcia do wszystkich” wydaje się nierealna. Z decyzji MSW wynika, że wszyscy subskrybenci Biełsatu we wszystkich sieciach społecznościowych i na wszystkich platformach są uznawani za „ugrupowania ekstremistyczne”. Czyli mówimy o setkach tysięcy Białorusinów (kanał YouTube BELSAT NEWS ma 459 tys. subskrybentów). Ponadto, oprócz Biełsatu, za „ugrupowania ekstremistyczne” uznano dziesięć telegramowych kanałów i czatów z setkami tysięcy subskrybentów. Nie jest możliwe, aby w państwie liczącym 9,4 mln mieszkańców represjonować tak wiele osób.

Napis na plakacie: „On karmi się strachem”. Marsz Pokoju i Niepodległości. Mińsk, Białoruś. 30 sierpnia 2020 r. Zdjęcie: Vot Tak TV / Belsat.eu

– Nie ma możliwości wsadzenia tylu ludzi do więzień, nie jest to możliwe ani fizycznie, ani organizacyjnie, ani ideologicznie. Pozostaje więc tylko zastraszać ludzi tak, aby bali się ze sobą komunikować. Poziom represji nie zależy od tego, co jest zapisane w ustawie, ale od tego, jak aktywnie Białorusini się temu przeciwstawiają i jak społeczeństwo na to reaguje – powiedział wcześniej w wywiadzie dla Biełsatu Michał Kiryluk, odpowiedzialny za kwestie prawne członek Narodowego Zarządu Antykryzysowego i przedstawiciel Rady Koordynacyjnej ds. prawnych.

Najprawdopodobniej władze próbują ustanowić pełną kontrolę nad przestrzenią medialną i opiniami obywateli. Służby specjalne chcą osiągnąć ten cel poprzez groźbę kryminalizacji dostępu do alternatywnych źródeł informacji. Takie cele stawiały sobie wszystkie reżimy totalitarne XX wieku. Ale nawet one nie zdołały powstrzymać rozprzestrzeniania się informacji.

„Głosy wroga” w ZSRR

W ZSRR niezależne media były nielegalne od początku istnienia tego państwa. Osoby, u których znaleziono czasopisma emigracyjne lub inną zakazaną literaturę (w tym książki nielojalnych pisarzy i poetów) były w czasach stalinowskich prześladowane za antyradziecką propagandę lub agitację (art. 58 pkt. 10 Kodeksu Karnego ZSRR).

Posiadanie „antyradzieckich” materiałów drukowanych mogło być powodem do prześladowań również po śmierci Stalina. Można było też sądzić obywateli za posiadanie książek, których „antyradzieckość” została stwierdzona po fakcie (tak dzieje się również na dzisiejszej Białorusi). Decyzja o tym, co uznawano za literaturę „antyradziecką”, była podejmowana arbitralnie i nie uwzględniała podobnych decyzji podjętych wcześniej. Wiadomo na przykład o przypadku, kiedy bibliotekarz z Odessy był sądzony za „rozpowszechnianie” utworu „Requiem” Anny Achmatowej, a ta sama książka, znaleziona podczas rewizji u moskiewskiego astrofizyka, nie wzbudziła żadnych pytań ze strony KGB.

Po II wojnie światowej walka z wolnością słowa w ZSRR stała się trudniejsza, ponieważ zachodnie stacje radiowe zaczęły nadawać w języku rosyjskim (Radio Swoboda [Radio Wolna Europa], Głos Ameryki, BBC, Deutsche Welle i inne), a następnie również w innych językach krajów związkowych. Propagandyści sowieccy nazywali te stacje radiowe „głosami wroga”.

Akcja solidarności z zatrzymanymi dziennikarzami Nadzieją Kalininą, Mikitą Niedawiarkowym, Andrejem Szauluhem, Maryią Jelaszewicz, Aleksejem Sudnikawym i Światosławam Zorkim. Mińsk, Białoruś. 3 września 2020 r. Zdjęcie: Alisa Hanchar / Belsat.eu

Zagraniczne stacje radiowe były zagłuszane, więc słuchanie „głosów wroga” w ZSRR było wyzwaniem. Poza tym słuchanie zachodnich mediów było zabronione. W materiałach spraw karnych o podłożu politycznym z tego okresu można znaleźć takie sformułowania jak „słuchała audycji, regularnie wyrażała niezadowolenie z niskiego standardu życia, mówiła o braku żywności w sklepach” lub „słuchał i przekazywał towarzyszom na służbie treść audycji” (radziecki odpowiednik dzisiejszego udostępniania w mediach społecznościowych).Jednak mimo to nawet w ZSRR nie udało się zapanować nad dostępem do alternatywnych informacji – miliony ludzi nadal słuchały zagranicznych stacji radiowych. „Zagłuszacze” nie mogły równomiernie pokryć całego terytorium kraju: według dokumentów Biura Politycznego, ochrona radiowa była dość skuteczna tylko na jednej trzeciej terytorium ZSRR. Jeśli chodzi o postępowania karne, to trudno było kontrolować słuchanie „głosów wroga”, bo najpierw trzeba było to jakoś udowodnić. Oczywiście obywatele radzieccy starali się nie słuchać zachodnich audycji razem z tymi, którym nie ufali, czy tymi, którzy mogliby na nich donieść i z zasady nie afiszowali się z takimi rzeczami. Dla absolutnej większości ludzi słuchanie „głosów wroga” nie pociągnęło za sobą żadnych konsekwencji.

Podziemne dziennikarstwo w NRD

Podobne normy kryminalizujące współpracę z kapitalistycznymi mediami i dostęp do alternatywnych źródeł informacji istniały w innych komunistycznych krajach Europy Wschodniej. Na przykład w NRD istniał cały szereg artykułów karnych, pod które w razie potrzeby można było podciągnąć wszelkie relacje z zagranicznymi mediami. Można było być ściganym za „propagandę przeciwko państwu” i “wykorzystywanie środków masowego przekazu do szerzenia burżuazyjnej ideologii”, przechowywanie i przekazywanie zachodnich gazet i czasopism, przekazywanie zachodnim mediom informacji o sytuacji w NRD oraz „rozpowszechnianie oszczerstw”.

Oczywiście w tych warunkach obywatele NRD nie mogli otwarcie współpracować z zagranicznymi redakcjami. Ale tacy ludzie i tak się znaleźli. Najbardziej znanymi podziemnymi dziennikarzami NRD byli Aram Radomski i Siegbert Schefke, którzy w latach 80. nieoficjalnie współpracowali z zachodnioniemiecką telewizją. Zbierali informacje i robili zdjęcia w miejscach, do których akredytowani korespondenci zagraniczni, będący pod stałą kontrolą Służby Bezpieczeństwa, po prostu nie mieli wstępu.

Najważniejszym wydarzeniem w karierze dziennikarskiej Schafkego i Radomskiego była praca podczas masowego protestu w Lipsku w październiku 1989 roku. Udało im się w wyjątkowy sposób uwiecznić demonstrację z wieży kościoła protestanckiego, gdzie zostali wpuszczeni przez pastora, który sympatyzował z dysydentami. Kadry z protestów w Lipsku obiegły cały świat, stały się najsilniejszym źródłem motywacji do rewolucji w NRD i potężnym czynnikiem dyskredytującym reżim komunistyczny. Tegoroczną Lipską Nagrodę Mediów, która została ustanowiona w Niemczech dla upamiętnienia tamtych wydarzeń z 1989 roku otrzymały symbolicznie nasze koleżanki Kaciaryna Andrejewa i Daria Czulcowa, aresztowane za prowadzenie relacji na żywo z protestu.

Dyplomy i statuetki nagrody „O wolność i przyszłość w mediach” dla dziennikarek Biełsatu Kaciaryny Andrejewej i Darii Czulcowej. Lipsk – Niemcy. 8 października 2021 r. Zdjęcie: WO / Belsat.eu

Wiadomości